Wujek Google pozwala przetłumaczyć powyższy tytuł na język niemiecki – Europa wird nicht über dem Donbass einfrieren, co podaję na odpowiedzialność e-tłumacza.
Jeszcze wczoraj czytaliśmy o Rosji, że nikomu nie zagraża. Bo co to za przeciwnik, którego PKD jest sporo mniejszy od PKD Korei Południowej. Zupełnie tak, jakby agresywność danego państwa była proporcjonalna do rozwoju jego cywilnej gospodarki…
Tymczasem historia uczy, że jest dokładnie odwrotnie. By dokonać aneksji sąsiedniego terytorium trzeba być „głodnym”, a ten warunek Moskwa spełnia z naddatkiem. Rosja od wieków pokazuje, że sens swojego istnienia widzi w kolonizowaniu sąsiadów. Odwrotnie niż Brytyjczycy, którzy stworzyli największe w dziejach Imperium zamorskie, kolonie rosyjskie z moskiewskim matecznikiem tworzą zwartą całość. Ta zwarta konstrukcja jest powodem, że jest to ostatnie na świecie Wielkie Imperium Kolonialne.
O tym, że Rosja jest Państwem Kolonialnym pisał jeszcze w XIX wieku Jules Verne. Wówczas Imperium Moskiewskie osiągnęła największy w dziejach rozwój terytorialny, rozciągając się aż na trzech kontynentach – Europie, Azji i… Ameryce Północnej (Alaska).
Jak każde Imperium tego typu walczy więc o utrzymanie status quo, a nawet w sprzyjających warunkach o odzyskanie utraconych kolonii lub przynajmniej ich kontrolowanie.
Pamiętamy (a powinniśmy!) ostatnią akcję europejskich pancerników – 1956 . Wtedy to dopiero interwencja prezydenta USA zatrzymała szykującą się międzynarodową wojnę.
Dzisiejsza Rosja mentalnie znajduje się w tym samym miejscu, co Wielka Brytania w 1956 r.
Imperium zaczyna się walić – od czasów Gorbaczowa utracono ziemie, których podbicie zajęło carom blisko 200 lat. A to przecież dopiero początek.
W dzisiejszej Rosji już mieszka procentowo więcej muzułmanów, niż w postrzeganej za przesiąkniętą islamem Francji (tak: https://forsal.pl/artykuly/1024368,islam-zmienia-rosje-odsetek-muzulmanow-wyzszy-niz-we-francji.html ).
Syberia staje się dla odmiany coraz bardziej chińska. Jak długo żyjący tam ludzie będą znosić bezwzględny drenaż zasobów mineralnych połączony z dewastacją środowiska? Do tego transfer środków do Moskwy?
Odpuszczenie Ukrainie spowoduje w bliższej raczej niż dalszej przyszłości wyjście Kazachstanu z rosyjskiej strefy wpływów i, co jest naturalne, wejście w orbitę Turcji, najpotężniejszego w tej chwili Państwa Islamskiego.
I tak powoli i bez hałasu Wielka Rosja ulegnie destrukcji.
To jest proces nieunikniony historycznie.
Putin próbuje go natomiast powstrzymać. I w walce o zachowanie Rosji jako takiej nie cofnie się przed niczym.
Zwłaszcza, że jedyne, co u Moskali działa jako tako to Gazprom i Armia.
Oraz służby, ciągle opierające się na pozostałych z czasów istnienia ZSRS renegatach i pożytecznych idiotach rozsianych po całym świecie.
Dlatego nacisk na Ukrainę będzie nadal wywierany.
Czy dojdzie do eskalacji najazdu? Pisałem już, że wojna wymaga pieniędzy. A tych w Rosji wbrew pozorom aż tak dużo nie ma.
Bardziej trzeba liczyć się z kolejnym „powstaniem” w jakimś obecnie ukraińskim jeszcze obwodzie.
Na razie uznano jedynie „republiki” i wysłano tam wojsko, rzekomo mające gwarantować pokój.
Scenariusz upadku Ukrainy przewidziany jest bowiem na lata, a nie na jedną, nawet najbardziej błyskotliwą, kampanię.
Komuś na Kremlu najwyraźniej przypomniała się historia I Rzeczpospolitej. Okrojona w 1772 roku do drugiego rozbioru, praktycznie likwidującego naszą państwowość, przetrwała dwie dekady. Ukraina na razie utraciła Krym oraz „samodzielne republiki” na wschodzie.
Kolejnym krokiem będzie próba zachęcenia sąsiadów Ukrainy do wysunięcia roszczeń terytorialnych.
Nie mówię tylko o Lwowie. Słowacja utraciła na rzecz dzisiejszej Ukrainy przynajmniej 20% przedwojennego terytorium. Węgry tak samo. Najbardziej poszkodowana jest Rumunia.
A wszystko dlatego, że Stalin kreślił sobie granice jak chciał. Na to nałożył się Chruszczow, który lekką ręką wyłączył z Rosyjskiej Federacyjnej Republiki Sowieckiej spory kawałek ziemi i oddał go Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Sowieckiej.
Dla całości ZSRS nie miało to znaczenia. Ot, w Polsce np. przez lata Olkusz należał do województwa katowickiego, a teraz na powrót jest w Małopolsce. W żaden sposób nie zaważyło to na naszych zewnętrznych granicach. Jedynie ludzie w Olkuszu odetchnęli – teraz do stolicy województwa mają ciut bliżej, niż kiedyś (o całe 2 km).
Dla Chruszczowa takim „Olkuszem” był Krym. Nie przewidział tylko jednego – po rozpadzie ZSRS granice republik stały się granicami państwowymi.
Został więc ojcem dzisiejszych problemów. Jednym z wielu, niestety.
Tyle, że uzyskawszy pierwszy raz w historii własną państwowość Ukraińcy stali się wyjątkowo zajadłymi szowinistami. I żeby tylko chodziło o Krym czy też za niedługo będące integralnymi częściami Rosji dzisiejsze „republiki”.
Kijów, choć trudno podejrzewać o brak świadomości tamtejsze władze, podobnie jak niepodległości broni słów hymnu.
Dla nas, ale i dla Rosji, brzmią jak zapowiedź agresji. Co prawda w oficjalnych wykonaniach ta zwrotka jest pomijana, ale i tak każdy Ukrainiec ją zna.
Станем, браття, в бій кровавий від Сяну до Дону,
В ріднім краю панувати не дамо нікому;
Чорне море ще всміхнеться, дід Дніпро зрадіє,
Ще у нашій Україні доленька наспіє.
Po polsku:
Staniemy bracia do krwawego boju od Sanu do Donu,
Panować w domu ojców nie damy nikomu.
Czarne Morze się uśmiechnie, dziad Dniepr rozraduje,
W naszej Ukrainie dola się odmieni.
San na odcinku 54 km stanowi granicę pomiędzy Polską a Ukrainą. Tyle, że granica zdaniem całkiem sporej grupy nacjonalistów ukraińskich powinna odpowiadać tej początkowo mającej rozgraniczać III Rzeszę i Sowiety – Sanem do Wisły, potem Wisłą do Bugu i powrót na wschód.
Z kolei Don leży jeszcze dalej od granic Ukrainy (i to liczonej razem z „republikami”), niż Kutno od Lwowa.
Oczywiście wiersz, pochodzący z XIX wieku, którego słowa trafiły do ukraińskiego hymnu, to zabytek literatury ukraińskiej.
Tyle tylko, że zamiast polityki dobrosąsiedzkiej władze w Kijowie praktycznie nie robią nic, aby uświadomić swoich wyborców, że albo granice będą akceptowane, albo też czeka nas kolejny młyn, z którego co najwyżej może narodzić się godzący zwaśnionych… kalifat. Ewentualnie kolejne Imperium ze stolicą w Stambule.
Piotr Wroński, pułkownik w stanie spoczynku, znający jak mało kto kierunek wschodni, zauważa jeszcze jedno. Otóż bez względu na to, jak potoczą się najbliższe losy Ukrainy, możemy oczekiwać jedynie kłopotów. Jego pytanie pod adresem polityków (zarówno rządzących, jak i oPOzycyjnych):
Czy jesteście przygotowani na bardzo dobrze uzbrojonego sąsiada z silną armią, przygotowanym do walki społeczeństwem i równie dobrze uzbrojoną, wyszkoloną oraz zdyscyplinowaną mniejszością o wyraźnie antypolskim nastawieniu, którą Moskwa będzie kontrolować do pewnego momentu, ponieważ gdy zaistnieją odpowiednie warunki zewnętrzne, takie mniejszości stają się niekontrolowalne?
Dobrze uzbrojony i posiadający wyszkoloną armię sąsiad, na dodatek mający pretensję przynajmniej do jednego naszego województwa, oznacza konflikt w bliżej nie dającej się określić przyszłości. Z kolei obecność sporej grupy uchodźców (milion, dwa?) dyszących żądzą odwetu będzie oznaczało problemy z Rosją.
Wszak wojny, jakie I Rzeczpospolita toczyła z Imperium Ottomańskim często były wynikiem… kozackich najazdów, nie oszczędzających wiosek i miasteczek położonych nawet w zasięgu wzroku od Topkapi, pałacu sułtańskiego w Stambule.
Po części zatem oburzenie zaprzysięgłych wrogów „UPAiny” jest zrozumiałe. Bo w perspektywie nie zyskujemy zbyt wiele, natomiast może się okazać, że oto wyhodowaliśmy sobie nie tylko wroga, ale wroga niebezpiecznego.
Rosja zaś, co chyba jest oczywiste, będzie robić wszystko, by skłócić i tak chowające stare urazy Narody.
Bo konflikt pomiędzy nami da jej możliwość wystąpienia w charakterze rozjemcy. Ba, gwaranta pokoju nawet.
Faktycznie, wybór stający przed Polską wydaje się tylko wyborem mniejszego zła.
Podobny dylemat w 1919 roku miał Piłsudski – wspomóc Wrangla i innych białogwardzistów, dla których swoistym i całkowicie nierealnym paradygmatem była Rosja obejmująca w swych granicach prowincję nadwiślańską (no może ciut autonomiczną, gdyby się alianci zachodni upierali) czy też czekać cierpliwie, aż bolszewicy rozprawią się z wrogami Niepodległej?
Dzisiaj wiemy już, że żadna pomoc ze strony Polski nie pomogłaby Wranglowi w walce z bolszewizmem.
Na to biali byli zbyt mało okrutni. Co najwyżej wojna domowa ciągnęłaby się aż do śmierci Lenina, pochłaniając nie tyle ofiar, co I wojna światowa we wszystkich krajach walczących razem, ale zakasowując nawet epidemią hiszpanki.
Gdyby…
W naszej wersji rzeczywistości Piłsudski dokonał słusznego wyboru. Polska odrodziła się, choć za wschodnimi granicami pozostało jeszcze około miliona Polaków, wydanych na łup sowieckiego terroru.
O tym jednak, że przeprowadzona w latach 1937-38 tzw. akcja polska NKWD przyniosła więcej ofiar, niż rzeź galicyjska, jakoś dziwnie cichosza.
Nie to, że brak materiałów. IPN opublikował wystarczająco dużo, aby każdy, kto chce, mógł odnaleźć stosowne materiały.
Również prawie bez echa na większości portali przeszedł dzień 10 lutego. A to przecież 82 rocznica rozpoczęcia akcji wywożenia Polaków z ziem okupowanych. Do wybuchu kampanii wschodniej (22 czerwca 1941 r.) wywieziono blisko milion naszych rodaków.
Ilu zginęło?
Szacunki są różne. Nawet sięgające 900 tysięcy na 1,7 mln zesłanych. Z drugiej strony otwarte za Jelcyna archiwa sowieckie mówią o 320 tysiącach wywiezionych i śmiertelności dochodzącej do 6 % rocznie. Biorąc pod uwagę, że pośród wywiezionych obywateli II RP prócz etnicznych Polaków byli także Żydzi i Ukraińcy wywieziono około 230 tysięcy Polaków, których jakieś 25 tysięcy poniosło śmierć.
Jeśli ktoś wierzy w sowieckie archiwa… A już najbardziej w część ujawnioną.
Natomiast to, co działo się u nas po 1945 roku w całości obciąża Rosję, mieniącą się spadkobierczynią ZSRS.
Dla wielu zatarło to pamięć o galicyjsko-wołyńskich mordach. Zaś przypominanie ich w chwili, gdy Ukraina lada moment może paść ofiarą kolejnego kałmuckiego najazdu…
Pamiętamy też, że przez długie lata PRL-u niejako monopol na opisywanie okrutnego i faszystowskiego UPA mieli ludzie głęboko związani z reżimem komunistycznym. Jako pierwszy wypłynął działacz przedwojennego Betaru, w czasie wojny zaś partyzant we Francji Wiktor Bardach, używający nazwiska Jan Gerhard. Jego „Łuny w Bieszczadach”, sfilmowane następnie jako „Ogniomistrz Kaleń” pokazywały obraz UPA jako okrutnej, faszystowskiej, oczekującej na III wojnę światową organizacji antykomunistycznej i antypolskiej.
Kolejnym wielkim znawcą tematu był Edward Prus, za młodu członek Istriebitielnych batalionów, organizacji pomocniczej NKWD.
Potem zaś, już w PRL, członek stowarzyszenia Grunwald, skupiającego byłych moczarowców. Tymczasem ludzie, którzy przeżyli wojnę na kresach, dość opornie podchodzili do rewelacji obu panów.
Ba, znam podwrocławską wieś, w której obok siebie żyły dwie społeczności – polska oraz ukraińska. I, pewnie jak przed 1939 rokiem, nie było pomiędzy nimi waśni, a nawet doszło do związków małżeńskich.
Dywagować na tematy polsko-ukraińskie można sporo. Owszem, wiadomo, że w okrucieństwie niektóre sotnie UPA dorównywały… armii Tuchaczewskiego z 1920 roku, aczkolwiek o wbijaniu na pale na Wołyniu mało kto słyszał. Natomiast taki sposób mordowania pojmanych polskich oficerów został nawet uwieczniony na fotografiach, dokonanych przez sowieckich oprawców.
Pamiętać jednak należy, że robienie „czerwonych butów”* i puszczanie w nich „wolno” pojmanych jeńców jakoś się w UPA nie przyjęło. A zbiry „czerwonej armii” robiły tak nawet pod Ossowem.
Mniejsza z tym…
Ukraina i Rosja…
Ale to Ukraina jest w tej chwili najechana. Na razie trwałą, wg Putina oczywiście, zmianą, jest oderwanie Krymu oraz samozwańczych „republik”.
Z drugiej strony zaś Putin już wie od dawna, że sankcje Europy będą takie same bez względu na to, jaki zasięg będzie miała rosyjska inwazja.
Czy wzorem stalinowskim za armią federacji podąża więc nowy ukraiński rząd, gotowy ogłosić w Kijowie koniec wojny i sojusz rosyjsko-ukraińsko-białoruski???
Zamiast ZBiR-u powstanie ZBUR???
Stan armii niemieckiej czy francuskiej jest niestety taki, że największe państwa UE po krótkim wahaniu uznają go. A poza tym…
Jak już pisałem – w Europie nikt nie zamierza marznąć za Krym. Ani za jakiś Donbas.
Tym bardzie zaś umierać.
I jeszcze jedno.
Oto zdaniem wielu osób to, co robi Ukrainie Putin i jego kamaryla, mało różni się od postępowania Komisji Europejskiej wobec Polski i Węgier.
I jedni i drudzy uważają bowiem, że mają prawo ingerować w wewnętrzne sprawy suwerennego kraju.
Zatem deklarowane oburzenie Brukseli to tylko hipokryzja.
A tego ukryć się nie da.
22.02 2022
_____________________________________
*”czerwone buty” polegały na zdarciu skóry z nóg poniżej kolan. Efektem była śmierć w męczarniach, często trwających kilka dni.
fot. wikimedia
Zostaw komentarz