Paradoks naszych czasów polega na tym, że im szybciej rozwija się nauka, tym słabsze staje się społeczne zaufanie do ludzi nauki i efektów ich działalności. Na spadek prestiżu pracują sami naukowcy, którzy zamiast wiedzy nieraz produkują jej imitację. Dość często można przeczytać o plagiatach, naruszaniu praw autorskich popełnianych nie tylko przez studentów, ale i przez „doskonałych” profesorów.

Zdarza się jednak, że nawet przedstawiciele środowiska profesorskiego uznają takie czyny za społecznie mało szkodliwe (sic!). Faktem jest, że naruszanie praw autorskich, jakkolwiek winno być karalne, nie jest największą szkodą dla nauki. To przede wszystkim szkoda dla pokrzywdzonych naukowców. Większą szkodą dla nauki są oszustwa naukowe w postaci fikcyjnych badań ogłaszanych w prestiżowych czasopismach, które mimo recenzji nie zostały zidentyfikowane. No cóż, recenzje też bywają zawodne, a nieraz fikcyjne. Stąd producentów fikcyjnych badań, rzec można: fikcjonariuszy nauki, wysoko uplasowanych w systemie, mamy wielu. Wśród zagranicznych takich „naukowców” niektórzy szczycą się i ponad 200 fikcyjnymi pracami „naukowymi”, które po zidentyfikowaniu podlegają retrakcji (wycofaniu z obiegu naukowego). Ale przed wycofaniem mogą spowodować poważne szkody dla gospodarki (jeśli ta oparta jest na takiej „wiedzy”) czy zagrożenie dla zdrowia/życia ludzkiego, jeśli takie prace dotyczą aspektów medycznych. Do tej patologii przyczynił się zanik merytorycznej krytyki i dyskusji, nawet na najlepszych uniwersytetach. Kto się odważy podważyć tezy profesora, decydenta akademickiego? Niestety do takiego stanu doprowadziła nader częsta eliminacja z systemu tych, którzy byli zdolni do rzetelnych, krytycznych, nonkonformistycznych recenzji, także prac tworzonych przez tzw. niekwestionowane autorytety. W takim systemie większe szanse na awans ma często „yes man”, potakujący autorytetom i aprobujący błędy, niż recenzent skłonny do krytycznej oceny. Nic więc dziwnego, że „fikcjonariusze nauki” mają się dobrze.