Pył z pilotem w ręku – część trzecia.

Dar, który przypomina broń. Broń, która przypomina dar.

Człowiek od bardzo dawna czeka na przybysza. Najpierw wypatrywał go wśród bogów. Potem wśród proroków. Później za horyzontem, dokąd odpływały statki. Dzisiaj skierował radioteleskopy ku gwiazdom i nasłuchuje, czy w kosmicznym szumie nie pojawi się sygnał świadczący o tym, że nie jesteśmy sami.

Tylko czy jesteśmy przygotowani na odpowiedź? Bo przyszłość może przyjść na dwa sposoby. Może przynieść dar, który przypomina broń. Może też przynieść broń, która przypomina dar. I cała trudność polega na tym, że decyzję trzeba podjąć, zanim dowiemy się, z którym przypadkiem mamy do czynienia.

Dar, który przypomina broń

Film Arrival — Nowy początek — wywołał we mnie kiedyś głębokie zdumienie. Nie dlatego, że pokazuje przybyszów z kosmosu. Science fiction robiło to już tyle razy, że statki kosmiczne należą niemal do stałego wyposażenia kina, podobnie jak wszelkie inne atrapy Hollywoodu i jego raczej zabawne wyobrażenia o Obcych jako kolejnych deformacjach istot ziemskich.

Zdumiewa coś innego. Obcy przynoszą ludziom język. Nie bombę. Nie armię. Nie ultimatum. Język. Narzędzie, które pozwala inaczej rozumieć czas, rzeczywistość i samego człowieka. A człowiek pyta: czy to broń? Trudno mieć mu to całkowicie za złe.

Pierwszym odruchem wobec nieznanego jest lęk. Atawistyczny i głęboki. Przez tysiące lat nauczyliśmy się go nie od kosmitów, lecz od siebie nawzajem. Od plemion, najazdów, podbojów, zdrad, granic przesuwanych ogniem i obietnic łamanych szybciej, niż wysychały podpisy.

Obcy częściej oznaczał niebezpieczeństwo niż wykład z językoznawstwa. Tego odruchu nie da się usunąć z ludzkiej natury dekretem. Można go wychować. Można nad nim zbudować kulturę, prawo, sumienie i rozum. Nie można jednak udawać, że go nie ma. I dlatego Arrival można odczytać jako współczesną alegorię przybycia Chrystusa.

Nie w religijnej i moralnej szacie i nie chodzi tu jedynie o religijną alegorię. Przyjście Chrystusa było przecież jednym z tych wydarzeń, które na całe stulecia zmieniły punkt odniesienia człowieka i postać Europy, a wraz z jej późniejszą ekspansją wpłynęły także na ogromną część świata. Nowa idea nie usunęła jednak starego człowieka. Weszła w jego istniejące mechanizmy — dobro i żądzę, miłosierdzie i władzę, ofiarę i interes.

Arrival pojawia się podobny archetyp spotkania z czymś, co nie chce odebrać człowiekowi świata, lecz rozszerzyć jego rozumienie. Nie przynosi miecza i pożogi, ale możliwość przemiany. I właśnie dlatego budzi lęk. Bo człowiek częściej pragnie zbawienia niż zmiany. Chce znaku, ale najlepiej takiego, który potwierdzi to, w co już wierzy. Chce przyszłości, pod warunkiem że będzie mówiła jego językiem, respektowała jego interesy i nie poprosi o gruntowną przebudowę wnętrza. Jeżeli przychodzi naprawdę jako obca, natychmiast pojawia się podejrzenie.

Dar staje się podstępem. Język — arsenałem. Spotkanie — kryzysem bezpieczeństwa. To paradoks niezwykle ludzki. Tak bardzo pragniemy spotkania z przyszłością, że możemy ją zniszczyć, gdy wreszcie nadejdzie, ponieważ nie będzie wyglądała tak, jak ją sobie wyobrażaliśmy.

Dar, który przypomina broń, sprawdza naszą odwagę. Ale istnieje sytuacja odwrotna. I być może jeszcze groźniejsza.

Broń, która przypomina dar

Postawmy się na chwilę w sytuacji mieszkańców Ameryki, którzy zobaczyli przybywające zza horyzontu statki. Przybysze mieli niezwykłe przedmioty, zwierzęta, stroje, broń, symbole religijne. Bywali przyjmowani pokojowo. Nikt nie mógł jeszcze wiedzieć, jak radykalnie ich obecność zmieni istniejący świat.

Nie znaczy to, że ich przedkolumbijski świat był tylko rajem. Nie był. Istniały w nim podobne hierarchie, podległość, wojny, okrucieństwo i ofiary. Apocalypto Mela Gibsona pokazuje to wręcz brutalnie: cywilizacja może być imponująca, a jednocześnie wewnętrznie nadgryziona własnym rozpadem. Nie znaczy to, że ich przedkolumbijski świat był tylko rajem. Nie był. Istniały w nim podobne hierarchie, podległość, wojny, okrucieństwo i ofiary. Apocalypto Mela Gibsona pokazuje to wręcz brutalnie: cywilizacja może być imponująca, a jednocześnie wewnętrznie nadgryziona własnym rozpadem.

Ale przybysze nie muszą przecież przychodzić po to, aby naprawić jej błędy. Mogą przyjść po jej ziemię i bogactwa, które będą z niej czerpać. A wraz ze sobą przynieść zarazę, która szybciej niż wszelka przemoc unicestwi życie całych narodów.

I tu kończy się łatwa moralistyka. Nie każdy obcy jest zbawcą. Nie każdy dar jest darem. Nie wszystko, co przychodzi pod sztandarem lepszego jutra, musi do niego prowadzić.  Grecy wiedzieli o tym dawno przed nami. Pod Troją zostawili konia. Nie zdobył miasta siłą. Nie rozwalił murów. Nie musiał. Trojanie sami radośnie wprowadzili go do środka. I właśnie dlatego koń trojański jest jedną z najdoskonalszych metafor ludzkiej łatwowierności. Najgroźniejsza broń nie zawsze wygląda jak broń. Najskuteczniejsza potrafi wyglądać jak coś, co sami pragniemy posiadać bezwarunkowo.

Wtedy nie trzeba burzyć bramy. Wystarczy poczekać, aż gospodarze ją otworzą.

I tutaj pojawia się John Sugar — tajemnicza postać prywatnego detektywa z serialu pod tym tytułem. Ktoś, kogo klasycy czarnego kryminału — Ross Macdonald czy Raymond Chandler — mogliby scharakteryzować dokładnie tak, jak przedstawiają go twórcy filmu:

elegancki samotnik, człowiek zasad, obserwator ludzkich słabości, poruszający się po świecie, w którym dobro i podłość mieszkają często pod tym samym adresem.

Nie wiedzieliby tylko jednego: że Sugar człowiekiem nie jest. Jest przybyszem spoza Ziemi.

I właśnie dlatego jego spojrzenie jest tak interesujące. Sugar patrzy na człowieka trochę jak Chandlerowski detektyw, a trochę jak antropolog z kosmosu. Widzi jednocześnie jego piękno i podłość. Ludzi zagubionych, kruchych i dobrych — oraz takich, którzy dla własnej żądzy nie cofną się przed niczym.

Jest w tym jeszcze jeden paradoks. Sugar wygląda jak bohater starego ziemskiego kryminału, ponieważ człowieka poznawał również z jego opowieści o samym sobie. Obcy przybiera więc formę naszego własnego mitu o sprawiedliwym samotniku — człowieku zasad, który w świecie moralnego chaosu próbuje odróżnić dobro od zła. A potem odkrywa, że rzeczywisty człowiek jest znacznie trudniejszy od tego z książki.

Dobro okazuje się kruche. Zło ma natomiast pewną praktyczną przewagę: nie czuje się związane zasadami, których przestrzega jego ofiara. Dlatego tak łatwo bierze powściągliwość za słabość. Sugar, chcąc ratować człowieka przed innym człowiekiem, zostaje w końcu zmuszony do przekroczenia zasady własnego świata — „nie zabijaj”.

To nie jest triumf. To tragedia.

Obcy przybył spomiędzy gwiazd, aby poznać człowieka, a znalazł się w sytuacji starej jak Antygona: pomiędzy prawem a obowiązkiem moralnym, pomiędzy własną niewinnością a odpowiedzialnością za cudze życie. Ale finał przynosi jeszcze inne ostrzeżenie.

Nie wszystko, co pozornie wygląda na dobro, nim jest. Czasem jest uwspółcześnionym koniem trojańskim. Zło nauczyło się bowiem przez tysiąclecia czegoś niezwykle użytecznego: języka dobra. Nie musi już mówić: chcę cię zniszczyć. Może powiedzieć: chcę cię ocalić. I dlatego broń, która przypomina dar, sprawdza nie naszą odwagę. Sprawdza naszą mądrość.

Pomiędzy bramą a lustrem

W tym miejscu oba pozorne przeciwieństwa spotykają się. Arrival ostrzega:

Nie zniszcz daru tylko dlatego, że go nie rozumiesz.

Troja odpowiada:

Nie przyjmuj wszystkiego tylko dlatego, że wygląda jak dar.

Jedna pomyłka rodzi się ze strachu. Druga z łatwowierności.

Pierwsza może kazać zastrzelić tego, kto przyniósł język. Druga może nas rozbroić przed bandytą. A człowiek musi rozpoznać różnicę. Nie ma na to prostego algorytmu. Nie wystarczy hasło „ufaj”. Nie wystarczy też „nie ufaj”. Oba są intelektualnie wygodne i oba mogą prowadzić prosto do katastrofy. Potrzebne jest rozpoznanie. Rozum. Doświadczenie. Sumienie. Pamięć. Świadomość historii. Zdolność zadawania niewygodnych pytań również wtedy, kiedy wszyscy wokół są już zachwyceni prezentem stojącym pod murami.

Postęp?

Dotyczy to nie tylko statków kosmicznych i drewnianych koni. Dotyczy idei. Ideologii. Technologii. Programów przebudowy świata. Także tych, których cele brzmią szlachetnie i uwodzicielsko. Samo nazwanie technologii „czystą”, „zieloną”, „bezpieczną” albo „przełomową” nie zwalnia nas jednak z pytania o jej rzeczywiste skutki. Każda wielka ingerencja ma swój bilans: klimatyczny, energetyczny, surowcowy, biologiczny, gospodarczy i społeczny. Nie znaczy to, że należy zatrzymać postęp.

Znaczy, że postęp nie otrzymuje immunitetu od myślenia tylko dlatego, że nazwaliśmy go postępem. Bo postęp jest narzędziem. A narzędzie samo nie ma sumienia. Sumienie musi mieć ten, kto bierze je do ręki.

Pytanie nie brzmi więc, czy postęp jest dobry, czy zły. To byłoby zbyt proste.

Pytanie brzmi: czy człowiek potrafi rozpoznać, kiedy postęp jest narzędziem wyzwolenia, a kiedy narzędziem podporządkowania — zwłaszcza jeśli oba mówią tym samym językiem dobra?

Stwórca, natura i kosmos mają bowiem pewną irytującą właściwość: nie są zobowiązane przestrzegać naszych założeń. I choć możemy sporządzić najlepszy model naszego projektu, wyświetlić najpiękniejszą prezentację i przegłosować najbardziej szlachetną intencję, rzeka popłynie w końcu ponownie zgodnie z fizyką lub… wyschnie. Organizm odpowie zgodnie z biologią, zaś atmosfera nie przeczyta ani nie ustosunkuje się do komunikatu prasowego.

Natura nie zna naszych etykiet i nakazów. Ale zna ich skutki i na nie reaguje.

I tutaj po[d]stęp nabiera swojego drugiego znaczenia. Nie dlatego, że postęp jest podstępem. Dlatego, że podstęp bardzo chętnie przebiera się za postęp. Historia zna tę garderobę doskonale.

Twarze bez konturów

Dlatego tak mocna jest czołówka serialu John Sugar. Ukazujące się na ulicznych banerach seryjne ludzkie twarze, jak serie zdjęć paszportowych od samoobsługowego fotografa, pozbawione wyraźnych konturów. Można wpisać w nie wszystko:

Radość. Smutek. Powagę. Miłość. Żądzę. Dobro. Zło. Dziecko. Starca. Ofiarę. Sprawcę. Antygonę. Kreona.

Twarz pozostaje ludzka. Dopiero czyn nadaje jej kontur. I może właśnie dlatego spotkanie z Obcym byłoby dla nas tak trudne. Nie dlatego, że zobaczylibyśmy istotę niepodobną do człowieka. Dlatego, że ona mogłaby zobaczyć człowieka zbyt dokładnie. Mogłaby zarazem odkryć, że nie istnieją dwa gatunki: ludzie dobrzy i ludzie źli. Istnieje jeden. Zdolny do jednego i drugiego. Z tą niepokojącą różnicą, że dobro stawia sobie granice, których zło może nie znać.

I dlatego Sugar staje się tak wielkim lustrem — niemal delfickim. Jego wątpliwości coraz mniej przypominają rozterki Obcego obserwującego człowieka, a coraz bardziej zmaganie o ludzką duszę, która zaczyna mu się udzielać. „Czy ja się zmieniłem od naszego poprzedniego spotkania?” — pyta w epilogu starego reżysera. To już nie pytanie badacza o przedmiot obserwacji. To pytanie istoty, dla której ten świat — to miejsce — zaczyna być własnym światem.

Z jedną różnicą: przybysz widzi jego kontury ostrzej niż ci, którzy żyją w nim od urodzenia. Widzi światło i cień — dwa żywioły tak mocno obecne również w obrazie serialu — i zaczyna rozumieć, że nie są to dwa osobne światy. Przebiegają przez tego samego człowieka.

Obcy przybył więc, aby poznać człowieka. Człowiek stał się jego lustrem. A kiedy Sugar pyta, czy sam się zmienił, okazuje się, że stoi już po jego drugiej stronie. I być może powiedziałby jeszcze człowiekowi:

– Taki jesteś. Mógłbyś być inny. Ale jak chcesz.

Zbawienie czy po[d]stęp?

Przyszłość może więc przybyć jako język lub przypłynąć jako konkwistador. Może także stanąć pod bramą jako koń trojański. Problem polega jedynie na tym, że decyzję trzeba podjąć, zanim otworzymy bramę.

Dar, który przypomina broń, wymaga odwagi. Broń, która przypomina dar, wymaga mądrości.

A pomiędzy nimi stoi człowiek — ze swoim lękiem, zachwytem, pamięcią, interesem i odwieczną skłonnością do widzenia przede wszystkim tego, co chce w imię własnych wyobrażeń zobaczyć.

Może właśnie dlatego największym zagrożeniem przyszłości nie jest technologia a zadziwiająca łatwość, z jaką człowiek potrafi zwolnić samego siebie z myślenia. Bo pierwszy przybysz może nas rozbroić przed bandytą, a drugi kazać zastrzelić tego, kto przyniósł język.

A koń trojański? Tego wprowadzamy za mury sami.

I być może dopiero wtedy rozumiemy, dlaczego przed tysiącami lat nad wejściem do świątyni w Delfach zapisano wezwanie znacznie trudniejsze niż wszystkie programy naprawy świata:

Poznaj samego siebie.

Bo zanim zdecydujemy, czy przed bramą stoi zbawienie, czy po[d]stęp, dobrze byłoby wiedzieć, kto właściwie patrzy przez wizjer.

I czy obraz, który mu się jawi, jest prawdziwy?

Epilog

Jerzy Waldorff:

– Bogusławie, czy człowiek może poznać samego siebie?

Bogusław Schaeffer:

– Może. Ale musiałby zbić lustro.

Jerzy Waldorff:

– Tego nikt nie zrobi. Chyba że przypadkiem.

Bogusław Schaeffer:

– Owszem. I na tym polega człowiek…

Jerzy Waldorff:

– Zawsze bardziej ufa przypadkowi?

Bogusław Schaeffer:

– A czy przypadek zaufałby człowiekowi?

Tomasz Trzciński

Część pierwsza – Pył z pilotem w ręku

Część druga – Dinozaury też ludzie…