Szanowni Państwo,

Kilka lat temu stanąłem przed sądem lekarskim. Zarzucono mi, że w okresie od września 2020 roku do grudnia 2021 roku przekazywałem informacje dotyczące tzw. pandemii COVID-19, które miały być „niezgodne z aktualną wiedzą medyczną”. Zarzuty dotyczyły m.in. masek, testów PCR, lockdownów, zagrożenia COVID-19 dla ludzi młodych, szczepień oraz ograniczenia normalnego funkcjonowania służby zdrowia. Za wypowiadanie tych poglądów Okręgowy Sąd Lekarski w Krakowie zawiesił mi prawo wykonywania zawodu na rok. Dopiero Naczelny Sąd Lekarski uchylił tę karę.

Dzisiaj problem wraca w jeszcze poważniejszej postaci. Sejm uchwalił ustawę nazywaną potocznie „Lex Szarlatan”. W chwili, kiedy piszę te słowa, została ona skierowana do podpisu Prezydenta RP. Oficjalnie ma chronić pacjentów przed szarlatanerią i niebezpiecznymi praktykami pseudomedycznymi. I taki cel oczywiście popieram. Człowiek namawiający chorego na nowotwór do porzucenia skutecznego leczenia i sprzedający mu za tysiące złotych „cudowną terapię” powinien ponosić odpowiedzialność. Problem w tym, że uchwalone przepisy idą znacznie dalej. Nowy art. 67zn mówi o publicznym rozpowszechnianiu lub promowaniu nieprawdziwych informacji dotyczących określonych metod diagnostycznych lub leczniczych, niezgodnych z „aktualną wiedzą medyczną” i zagrażających zdrowiu lub życiu. Ale proszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden warunek. Ma to być działanie podejmowane w celu osiągnięcia „korzyści majątkowej lub osobistej”. Korzyść majątkowa jest stosunkowo łatwa do zrozumienia. Ktoś zarabia na sprzedaży rzekomego cudownego preparatu. Ale czym jest korzyść osobista? Ustawa tego nie definiuje.

W toku prac legislacyjnych zwracano uwagę, że przy szerokim rozumieniu mogą chodzić nawet o rozgłos, zasięgi czy osobistą satysfakcję. A skoro tak, czy korzyścią osobistą nie może być także budowanie własnego wizerunku, pozycji eksperta albo rozpoznawalności? Który lekarz występujący publicznie nie buduje przy okazji swojego wizerunku? Który naukowiec publikujący pracę nie zdobywa rozpoznawalności? Który profesor występujący w telewizji nie zwiększa swojego prestiżu? Jeżeli pojęcie „korzyści osobistej” zostanie zinterpretowane wystarczająco szeroko, zabezpieczenie to może przestać cokolwiek zabezpieczać.

Cofnijmy się teraz do roku 2021. Wyobraźmy sobie, że „Lex Szarlatan” obowiązuje wtedy, gdy publikuję swoje teksty.

Twierdzę, że dodatni PCR nie oznacza automatycznie, że człowiek w danej chwili zakaża innych. Dziś nie jest to żadna sensacja. PCR wykrywa materiał genetyczny wirusa. Już w 2020 roku badania wykazywały silną zależność między wartością Ct, czasem od wystąpienia objawów a możliwością wyhodowania żywego wirusa. Sam dodatni PCR nie był więc testem aktualnej zakaźności. Mimo to w Polsce dodatni wynik był wykorzystywany jako automatyczna przesłanka izolacji. Krytykowałem masowe wykorzystywanie techniki PCR jako binarnego substytutu odpowiedzi na zupełnie inne pytanie: „czy człowiek w tej chwili stanowi zagrożenie dla innych”? PCR tego pytania samodzielnie nie rozstrzygał. Równocześnie PCR jest przecież bezspornie metodą diagnostyczną – czyli dokładnie jedną z kategorii wymienionych dzisiaj w art. 67zn. Czy Rzecznik Praw Pacjenta w 2021 roku mógłby uznać moją krytykę za nieprawdziwą informację podważającą metodę zgodną z ówczesną oficjalną linią? To pytanie nie jest już czysto akademickie i odpowiedź wydaje się być oczywista.

Kwestionowałem także przedstawianie skuteczności powszechnego maskowania jako naukowo rozstrzygniętego faktu. Za takie wypowiedzi stawiano mi zarzuty. Tymczasem duże randomizowane badanie DANMASK nie wykazało statystycznie istotnego zmniejszenia liczby zakażeń w grupie, której zalecono noszenie masek chirurgicznych. Późniejszy przegląd Cochrane obejmujący randomizowane badania również nie dał podstaw do stwierdzenia dużego, jednoznacznego efektu interwencji maskowych w populacji. Oznacza to, że istniał rzeczywisty spór naukowy. A spór naukowy to nie dezinformacja.

Kwestionowałem również przekonanie, że zaszczepienie człowieka oznacza, iż nie będzie on transmitował wirusa. Pierwotne randomizowane badanie Pfizera nie zostało zaprojektowane jako badanie transmisji wirusa. Badało przede wszystkim skuteczność przeciw objawowemu COVID-19. Późniejsze badania jednoznacznie pokazały, że osoby zaszczepione mogą się zakażać i mogą transmitować SARS-CoV-2. A zatem prawdziwe było moje zasadnicze ostrzeżenie, iż szczepienie nie tworzy odporności sterylizującej i zaszczepiony może zakażać innych.

Podobnie wyglądała sprawa lockdownów. Przedstawiano je społeczeństwu jako konieczne i skuteczne. Ja wskazywałem na brak odpowiednich dowodów na korzyści proporcjonalne do ogromnych kosztów społecznych i zdrowotnych. Późniejsze publikacje, w tym metaanalizy dotyczące wpływu lockdownów na śmiertelność, wykazywały znacznie mniejszy efekt, niż sugerowała ówczesna pewność polityków i części ekspertów. Spór o skalę działania poszczególnych interwencji trwa do dziś.

I tutaj dochodzimy do najbardziej niepokojącego elementu „Lex Szarlatan”. Ustawa daje Rzecznikowi Praw Pacjenta możliwość prowadzenia jawnego rejestru podmiotów prowadzących dezinformację medyczną. W rejestrze ma znaleźć się nazwisko, uzasadnienie wpisu, a w określonych przypadkach także domena internetowa. Ale to jeszcze nie wszystko. Na wniosek Rzecznika przedsiębiorca telekomunikacyjny ma w ciągu siedmiu dni przekierować połączenia prowadzące do wskazanej domeny na stronę Rzecznika zawierającą ostrzeżenie o dezinformacji medycznej. Formalnie nazwano to „przekierowaniem”.

Proszę Państwa – jeżeli wpisujecie Państwo adres mojej strony i zamiast niej władze kierują na stronę urzędu informującą, że szerzę dezinformację, to czym różni się to dla czytelnika od zablokowania mojej strony? Kontrola prawna teoretycznie istnieje: ustawa przewiduje sprzeciw, a decyzje administracyjne mogą podlegać kontroli sądu administracyjnego. Ale najpierw to organ administracyjny rozstrzyga, czy moja wypowiedź jest nieprawdziwa i sprzeczna z aktualną wiedzą medyczną. A Internet nie czeka latami na ostateczne rozstrzygnięcie sporu naukowego. Ustawa tworzy realny instrument pozwalający doprowadzić do administracyjnego odcięcia dostępu do domeny lekarza, zanim niezależny sąd rozstrzygnie merytorycznie spór. W przypadku mojej krytyki testów PCR zagrożenie byłoby szczególnie realne, ponieważ PCR jest metodą diagnostyczną.

A co, jeżeli po kilku latach okaże się, że lekarz miał rację? To właśnie przeżyłem. Za wypowiedzi niezgodne z dominującą narracją zostałem postawiony przed sądem lekarskim. Tymczasem późniejsze RCT, metaanalizy i badania empiryczne potwierdziły wiele kluczowych zastrzeżeń, które podnosiłem. Co znamienne, już w 2021 roku Rzecznik Praw Obywatelskich ostrzegał, że poglądy lekarza niezgodne z przeważającym stanowiskiem nauki nie mogą prowadzić do odpowiedzialności zawodowej, jeżeli mają oparcie w rzetelnych badaniach naukowych. RPO ostrzegł również, że ograniczanie mniejszościowych poglądów naukowych może szkodzić rozwojowi nauki. A Sąd Najwyższy później stwierdził coś równie ważnego: wytyczne EBM, także powiązane z aktami Ministerstwa Zdrowia, nie są automatycznie bezwzględnie wiążące, wiedzę medyczną ocenia się według stanu istniejącego w chwili działania, a żaden naukowy kierunek nie ma automatycznie pierwszeństwa przed innym, dopóki nie został powszechnie odrzucony.

Lekarz świadomie przedstawiający pacjentowi fałszywe informacje i narażający jego życie powinien odpowiadać. Ale między szarlatanem sprzedającym „cudowny lek na raka” a lekarzem analizującym RCT i kwestionującym rekomendację urzędu istnieje przepaść. Jeżeli prawo tej przepaści nie widzi dostatecznie wyraźnie, to nie chroni nauki. Zakłada jej kaganiec. A lekarz, który przed napisaniem każdego krytycznego zdania będzie zastanawiał się nie nad tym, czy ma rację i czy posiada dowody, ale nad tym, czy Rzecznik uzna jego wpis za dezinformację, przestaje być niezależnym lekarzem i naukowcem. Staje się wykonawcą oficjalnej narracji.

I właśnie tego powinniśmy się obawiać najbardziej.

Autor: dr n.med. Zbigmiew Martyka