Kiedyś politycy spotykali się z ludźmi na wiecach, zebraniach. Można było zadać pytanie, odpowiedzieć, wejść w spór. Dzisiaj coraz częściej wystarczy telefon, konto na Facebooku albo X i już można urządzić sobie własną małą wojnę domową.
Media społecznościowe miały być nową agorą. Miejscem, gdzie każdy może zabrać głos. I rzeczywiście każdy może. Problem w tym, że coraz częściej nie zabiera głosu, tylko rzuca kamieniem.
Wystarczy napisać coś, co nie pasuje do politycznego plemienia. Nie zgodzić się z kimkolwiek. Zadać niewygodne pytanie. Zwrócić uwagę na fakt. I zaczyna się festiwal.
„Faszysta”.
„Zdrajca”.
„Agent”.
„Debil”.
„Ruska onuca”.
„Troll”.
„Pisowski śmieć”.
„Peowski idiota”.
Argument? Niepotrzebny.
Najpierw obelga, potem dopiero myślenie. A właściwie żadnego myślenia.
Najbardziej groteskowe jest to, że część tych internetowych wojowników zachowuje się tak, jakby od wyniku każdej dyskusji zależało istnienie Polski. Jeden komentarz i natychmiast rusza kawaleria. Kilkanaście kont, dziesiątki reakcji, wyzwiska, memy, kpiny. Czasami człowiek ma wrażenie, że nie wszedł na Facebooka czy X, tylko przypadkiem otworzył drzwi do chlewu, w którym właśnie rozpoczęła się polityczna bójka.
I nie chodzi nawet o to, że ludzie mają różne poglądy. Niech mają.
Demokracja właśnie na tym polega.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy człowiek przestaje widzieć w swoim rozmówcy człowieka, a zaczyna widzieć wyłącznie „wroga”.
Nie podoba ci się mój pogląd? Udowodnij, że się mylę.
Nie zgadzasz się z moim argumentem? Przedstaw swój.
Ale nie. Dzisiaj znacznie łatwiej napisać: „Ty idioto”.
To wymaga mniej wysiłku niż przeczytanie tekstu i jeszcze mniej niż samodzielne myślenie.
Szczególnie osobliwie wygląda to w przypadku politycznych internetowych „stajni”. Wokół niektórych polityków i środowisk powstają całe grupy ludzi gotowych natychmiast ruszyć do ataku na każdego, kto ośmieli się powiedzieć coś niezgodnego z obowiązującą linią. Coraz częściej mówi się wręcz o internetowych „stajniach”. Niezależnie od tego, kto je faktycznie organizuje, mechanizm jest prosty: uderzyć, ośmieszyć, zakrzyczeć, przykleić etykietę i nie dopuścić do rozmowy.
Ale przecież ten mechanizm działa po obu stronach.
Jedni mają swoich hejterów, drudzy swoich. Jedni widzą wszędzie faszystów, drudzy agentów. Jedni krzyczą „zdrajcy”, drudzy „złodzieje”. I tak codziennie polska polityka zamienia się w wielką bitwę na błoto.
Błoto jest tanie. Argumenty kosztują znacznie więcej.
Najgorsze jest jednak coś innego. Ten sposób komunikacji zaczyna być traktowany jako norma.
Jeżeli napiszesz spokojnie: „Nie zgadzam się z tobą”, jesteś podejrzany.
Jeżeli napiszesz: „Masz prawo tak uważać, ale pokaż źródło”, jesteś naiwny.
Jeżeli nie przyłączysz się do chóru, natychmiast stajesz się przeciwnikiem.
A jeśli spróbujesz bronić człowieka, którego dana grupa właśnie rozszarpuje, możesz być pewien, że za chwilę rozszarpywany będziesz razem z nim.
To już nie jest dyskusja. To jest plemienny prymitywny odruch.
I tutaj dochodzimy do polityków.
Polityk powinien umieć rozmawiać również z człowiekiem, który go nie lubi. Powinien odpowiadać również na pytania, które są dla niego niewygodne. Poseł powinien potrafić usiąść przy jednym stole z kimś, kto uważa go za politycznego przeciwnika.
Tymczasem coraz częściej politycy sami wchodzą w rolę internetowych wojowników. Zamiast rozmawiać, odpowiadają zaczepką. Zamiast tłumaczyć, kpią. Zamiast przekonywać, mobilizują swoich zwolenników przeciwko przeciwnikowi.
A potem ich internetowa armia robi resztę.
I mamy sytuację absurdalną.
Obywatel pyta o gospodarkę. Dostaje wyzwisko.
Pyta o bezpieczeństwo. Dostaje mem.
Pyta o podatki. Ktoś zarzuca mu faszyzm.
Pyta o wydatki państwa. Ktoś odpowiada, że jest „agentem”.
Pyta o polityka, którego nie popiera. Natychmiast dowiaduje się, że jest idiotą.
I tak wygląda dzisiaj część naszej „demokratycznej debaty”.
Anonimowość dodała odwagi tym, którym wcześniej brakowało kultury.
Nie twierdzę, że należy zakazać ostrych słów. Demokracja bez ostrego sporu byłaby martwa. Można krytykować, można szydzić, można być bezlitosnym wobec politycznych decyzji.
Ale jest różnica między bezlitosną krytyką poglądu a bezmyślnym opluwaniem człowieka.
I tej różnicy najwyraźniej zaczynamy nie dostrzegać.
Jeżeli dalej będziemy pozwalać, żeby każda dyskusja kończyła się wyzwiskiem, każda różnica poglądów oskarżeniem o zdradę, a każdy niewygodny komentarz zmasowanym atakiem internetowych wojowników, to któregoś dnia obudzimy się w państwie, w którym wszyscy mają prawo mówić, ale nikt już nie potrafi słuchać.
A demokracja bez słuchania drugiego człowieka jest tylko hałasem.
Nie potrzebujemy kolejnych armii hejterów.
Potrzebujemy ludzi, którzy potrafią powiedzieć:
„Nie zgadzam się z tobą. Ale usiądźmy i porozmawiajmy.”
Bo właśnie w tym miejscu kończy się plemię, a zaczyna społeczeństwo.
Zostaw komentarz