Nie widzę, na jakiej płaszczyźnie można byłoby zobaczyć to przebudzenie Polaków – mówi Kajetan Rajski w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską. – Moralnej? Skąd w takim razie wzrastająca liczba rozwodów i związków niesakramentalnych? Religijnej? Wystarczy spojrzeć na coraz bardziej puste kościoły rzadko kiedy wypełnione młodymi. Politycznej? Dlaczego w takim razie od ośmiu lat rządzi partia, która systematycznie ogranicza naszą wolność? Być może to pesymistycznie zabrzmi, ale ogół Polaków przebudzi się dopiero wtedy, gdy zacznie im brakować chleba – stwierdza Kajetan Rajski w wywiadzie dla portalu Pressmania. pl. Na pytanie o to, jakie cytaty św. Jana Pawła II są mu drogie, przypomina spotkanie w Kielcach. Papież niemal wykrzyczał: „Przestańcie klaskać, zacznijcie mnie słuchać!”. A później dodał: „Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć!”- przywołuje słowa św. Jana Pawła II, utożsamiając się z nimi w pełni.

Małgorzata Kupiszewska: Zgodziłby się Pan z tezą, że książki Wojciecha Sumlińskiego, Tadeusza Płużańskiego i Kajetana Rajskiego przyczyniły się do upadku komunizmu w maju 2015 roku?

Kajetan Rajski: – Po pierwsze nie zgodzę się z tezą, że w Polsce panuje komunizm. Oczywiście mamy do czynienia z układem postkomunistycznym, wynikającym z układu okrągłostołowego. Ale przyjmując nawet ten punkt widzenia nie powiedziałbym, że zmiana na stanowisku prezydenta jest obaleniem czegokolwiek. Pomimo tego, że uprawnienia prezydenta w Polsce są dosyć szerokie jak na system parlamentarno-gabinetowy, jednak zasadniczą rolę pełni rząd. A ten nadal jest elementem układu postkomunistycznego. A co do postawienia mojego nazwiska obok panów Sumlińskiego i Płużańskiego to jest to z pewnością zbyt wygórowana ocena mojej publicystyki.

A jednak liczba spotkań, jaką każdy z trzech Panów ostatnio odbył, rozmów, musiała pomóc Polakom w innym spojrzeniu na historię, na podjęcie decyzji.

– Nie znam, niestety, osobiście pana Wojciecha Sumlińskiego. Wiem, że Tadeusz Płużański faktycznie tych spotkań miał sporo. Z kolei ja od maja 2014 roku do dziś miałem ich prawie 140 w różnych częściach naszej Ojczyzny. Na spotkania przychodzą zazwyczaj osoby, które już są w pewnym stopniu – mówiąc kolokwialnie – „po naszej stronie”, utwierdzają się jedynie w swoich przekonaniach, poszerzając swoją wiedzę. Chociaż przyznam, że otrzymuję niekiedy wiadomości, że ktoś uważał Żołnierzy Wyklętych za bandytów, a po lekturze książek „Wilczęta. Rozmowy z dziećmi Żołnierzy Wyklętych” zmienił zdanie.

Ma Pan niespełna 21 lat. Zainicjował Pan apel w sprawie poparcia dla Andrzeja Dudy przez 22 synów i córek Żołnierzy Niezłomnych. Został Pan zaproszony do grona sygnatariuszy apelu o pamięć i potępienie komunizmu w 70. rocznicę zakończenia wojny. Kiedy znajduje Pan czas na wszystko?

– Oprócz wymienionych przez Panią apeli uczestniczyłem także w inicjatywie zapoczątkowanej przez panią Zuzannę Kurtykę dotyczącą formy nazywania żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego po II wojnie światowej. Wspólnie z sygnatariuszami tego pisma uważamy, że powinno zachować się starszą formę – Żołnierze Wyklęci, a nie promowaną od pewnego czasu – Żołnierze Niezłomni. Jeśli zaś chodzi o kwestię znalezienia czasu na pisanie książek, artykułów, spotkania autorskie, studia, życie prywatne i inne sprawy, to jak dotychczas, udaje mi się wszystko godzić ze sobą. Czasem, niestety, muszę z pewnych rzeczy zrezygnować.

Za „Rozmowy z dziećmi Żołnierzy Wyklętych” Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce przyznało Panu Medal Ignacego Jana Paderewskiego. Co Pan wtedy poczuł?

– Faktycznie, taki zaszczyt spotkał mnie w maju ubiegłego roku. Było to dla mnie ogromne wyróżnienie, weterani walk o naszą niepodległość docenili moją pracę. Wśród członków SWAP znajduje się Andrzej Pityński, znany rzeźbiarz, syn por. Aleksandra Pityńskiego ps. „Kula” z Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, który jako dziecko wraz ze swoim ojcem woził żywność, lekarstwa, prasę ukrywającemu się wujowi Michałowi Krupie ps. „Pułkownik”, pojmanemu dopiero w 1959 roku.  Rozmowa z Andrzejem Pityńskim znajduje się w pierwszej części „Wilcząt”.

Dlaczego Polska zapomniała o Żołnierzach Wyklętych?

– Przede wszystkim przyczyniły się do tego lata komunistycznej propagandy. Wtedy na każdym kroku wmawiano społeczeństwu, że powojenne podziemie to „bandyci” i „zaplute karły reakcji”. Tak pokazywano ich w filmach czy propagandowych książkach. Wystarczy wymienić znanych pisarzy, reżyserów czy aktorów, jak choćby Zbigniew Nienacki, Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz czy Witold Pyrkosz. Ale największy żal można mieć do Polski po 1989 roku, rzekomo wolnej, niepodległej i suwerennej. Temat Żołnierzy Wyklętych dopiero od niespełna dziesięciu lat stał się bliżej znany patriotycznej części społeczeństwa, nie mówiąc już o całym narodzie. Na pewno cenna była inicjatywa rozpoczęta przez prof. Lecha Kaczyńskiego ustanowienia Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” 1 marca, a wcześniej jego polityka historyczna polegająca na przypominaniu, dekorowaniu i awansowaniu – niejednokrotnie pośmiertnie – wielu polskich bohaterów podziemia antykomunistycznego.

Młodzi pasjonaci historii nie cenią dorobku Andrzeja Wajdy, odznaczonego za patriotyczną działalność Orderem Orła Białego. Dlaczego?

– Przede wszystkim zważywszy na jego początkowy dorobek. Debiutował filmem „Pokolenie”, który nawet Adam Michnik uznał za zwyczajną komunistyczną propagandówkę, szkalującą żołnierzy AK, a w glorii chwały pokazujący bandytów z Gwardii Ludowej. W 1957 roku z kolei nakręcił „Popiół i diament”, w którym to filmie przedstawił poakowskie podziemie w negatywnym świetle. Z kolei w „Lotnej” wpisał się w nurt kłamliwej propagandy państw Osi ukazujący polskich kawalerzystów szarżujących na hitlerowskie czołgi we wrześniu 1939 roku. Był reżyserem współpracującym z władzami komunistycznymi w Polsce. Trudno zapomnieć mu także inicjowania akcji zapalania zniczy na grobach czerwonoarmistów w 2010 roku czy zapamiętałego zaangażowania się po stronie Platformy Obywatelskiej jako jedynie słusznej partii.

Młodzież zna przykład niezłomności polskiego żołnierza w czasie II wojny? Na przykład historię żołnierzy ORP Orzeł?

– Skąd ma znać, skoro lekcje historii są stale ograniczane? Przecież obecnie właściwa nauka historii kończy się po pierwszej klasie liceum. Jest to trend nie tylko spotykany w Polsce, ale również w innych krajach. Na przykład we Francji podręczniki powoli zarzucają uczenie o Ludwiku XIV na rzecz historii władców afrykańskich. W Polsce z kolei przybiera to formy przedkładania umiejętności odczytywania tekstów źródłowych, mapek i innych pomocy nad rzetelną wiedzę, którą te wszystkie umiejętności muszą być podbudowane. Zauważam to niekiedy w szkołach, gdy mam tam spotkania z uczniami na temat Żołnierzy Wyklętych. Zadaję pytanie o rotmistrza Pileckiego – naprawdę dobrze jest, gdy trzy osoby spośród trzydziestu kojarzą choć trochę o kogo chodzi. Nie mówiąc już oczywiście o pozostałych znanych nazwiskach powojennego podziemia, jak choćby Hieronim Dekutowski ps. „Zapora” czy Zygmunt Szendzielarz ps. „Łupaszka”. Oczywiście nikt nie musi być historykiem, ale jednak jakąś podstawową znajomością polskich dziejów każdy Polak powinien się wykazać. Wydanych zostało sporo książek popularyzujących historię, w sieci można znaleźć sporo dobrych stron internetowych. Zachęcam w tym momencie do „polubienia” profilu książki „Wilczęta.Rozmowy z dziećmi Żołnierzy Wyklętych” na Facebooku. (https://www.facebook.com/WilczetaRozmowy).

Kiedy Zofia Pilecka–Optułowicz dowiedziała się o dacie śmierci swojego ojca, Rotmistrza Witolda Pileckiego?

– Dokładnie nie wiem, ale z rozmowy z Andrzejem Pileckim mogę się domyślać, że nastąpiło to dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych. Wtedy to właśnie syn rotmistrza Pileckiego po wielu staraniach, chodząc przysłowiowo od Annasza do Kajfasza, uzyskał akt zgonu.

Od 25 lat Zofia Pilecka-Optulowicz staje 25 maja o 21:30 pod ścianą więzienia na Rakowieckiej. W godziną śmierci ojca. Prawdy dowiedziała się dopiero w 1990r! Wczoraj już nie stała samotnie. Polska obudziła się z marazmu?

– Nie. Temat oczywiście staje się coraz szerzej znany, ale nie oszukujmy się. Należymy do zdecydowanej mniejszości. Niestety większość społeczeństwa zainteresowana jest jedynie „chlebem i igrzyskami”, a w tym dychotomicznym podziale nie ma miejsca na Żołnierzy Wyklętych czy też ogólnie pojęty patriotyzm.

Jak Pan przyjmuje komplement: utalentowany historyk?

– Ten komplement może razić prawdziwych historyków, do których ja nie należę. Jestem pasjonatem historii od wielu lat, mogę powiedzieć, że odkąd pamiętam, ale na ten tytuł na pewno nie zasługuję. Studiuję prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, jestem na drugim roku. Może kiedyś podejmę studia historyczne jako drugi kierunek.

Nie boi się Pan buty i pychy, jaką daje popularność?

– Mam zbyt realistyczne podejście do swoich wad i ograniczeń, żeby łatwo wpadać w butę i pychę. Ale oczywiście „niech ten, kto stoi, baczy, aby nie upadł”.

Pana życiu patronuje św. Kajetan: doktor prawa rzymskiego i kościelnego, patron ubogich i potrzebujących? Ma Pan misję do spełnienia?

– Rzeczywiście, orędownictwa mojego patrona jako prawnika wzywam między innymi przed egzaminami na studiach. Kult św. Kajetana był w Polsce stosunkowo żywy w XVIII wieku, gdy w Rzeczpospolitej funkcjonowały dwa klasztory teatynów, a więc zakonu zapoczątkowanego przez mojego patrona. Istniały nawet „Godzinki ku czci św. Kajetana”, w niektórych kościołach można odnaleźć jeszcze ołtarze boczne z jego wizerunkiem. Niestety współcześnie ten kult przygasł. Na pewno stało się tak również w wyniku posoborowej reformy liturgii, która rangę wspomnienia św. Kajetana zmniejszyła z obowiązkowej do dowolnej, a zatem zazwyczaj przez kapłanów pomijanej.

Oczywiście każdy człowiek ma swoje powołanie czy też misję, którą powinien zrealizować, stając się faktycznie narzędziem w ręku Boga. Na tyle, na ile mogę i potrafię, staram się też zrealizować moją własną misję.

Powiedział Pan kiedyś: „Człowiek wzmocniony różańcem pokona każdą przeszkodę”. Czyjeś serce się wtedy skruszyło?

– Zapewne odnosi Pani te słowa do mojej poprzedniej publikacji „Prawdziwy mężczyzna… czyli kto?”, w której zastanawiam się na przykładzie biografii świętych i bohaterów polskiej i powszechnej historii nad ideałem mężczyzny-katolika. Na okładce tej książki widać pięść otoczoną różańcem, za nią znajduje się mur. Właśnie tylko człowiek wzmocniony różańcem jest w stanie pokonać wszelkie „mury”, które w swoim życiu napotka. A czy czyjeś serce się wtedy skruszyło? Proszę mnie zwolnić z odpowiedzi na to pytanie.

Wydał Pan już wiele książek. Bóg Pana prowadzi?

– Książek, których jestem autorem, współautorem lub redaktorem na swoim koncie mam już dwadzieścia, a w czerwcu ukażą się dwie kolejne. Przyznam szczerze, że nie należę do osób, które lubią się „uzewnętrzniać” mówiąc szeroko o swojej prywatnej relacji z Panem Bogiem. W kwestiach religijnych daleko mi do emocjonalizmu, skupiania się na uczuciach, które przecież nie stanowią istoty wiary. Po prostu robię co do mnie należy, a Pan Bóg na pewno pomaga.

Jaką myśl św. Jana Pawła II nosi Pan w sercu?

– Są dwie takie szczególne sytuacje, w których Jan Paweł II ukazuje się nie jako cukierkowaty „nasz papież” od kremówek, ale faktycznie zatroskany o to, czy Polacy rzeczywiście przyjmują jego przekaz. Oba stwierdzenia pochodzą z Kielc z 1991 roku. Zebrany wówczas tłum uczestniczący we Mszy świętej jakoś nie miał zbyt wielkiej ochoty klaskać, ponieważ w pewnym momencie papież niemal wykrzyczał: „Przestańcie klaskać, zacznijcie mnie słuchać!”. A później dodał: „Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć!”. Polacy spodziewali się, że po „odzyskaniu wolności” Jan Paweł II przyjedzie poklepać ich po ramieniu, a tymczasem zwyczajnie przypomniał o dekalogu, o podstawowych wartościach, i to wcale nie w miłych słowach.

W Kielcach Św. Jan Paweł II bezpardonowo, jak ojciec, budził Polaków. Dzisiaj zrozumieli, dotarło do nich na czym polega wolność?

– Oczywiście, że nie. Nie widzę, na jakiej płaszczyźnie można byłoby zobaczyć to przebudzenie Polaków. Moralnej? Skąd w takim razie wzrastająca liczba rozwodów i związków niesakramentalnych? Religijnej? Wystarczy spojrzeć na coraz bardziej puste kościoły rzadko kiedy wypełnione młodymi. Politycznej? Dlaczego w takim razie od ośmiu lat rządzi partia, która systematycznie ogranicza naszą wolność? Być może to pesymistycznie zabrzmi, ale ogół Polaków przebudzi się dopiero wtedy, gdy zacznie im brakować chleba.

Gdyby miał Pan możliwość nadawania orderów,  kogo natychmiast chciałby Pan uhonorować?

– Z pewnością w pierwszej kolejności tych spośród ojców i matek moich rozmówców z „Wilcząt”, którzy dotychczas nie doczekali się żadnego uhonorowania ze strony Państwa Polskiego.

Pułkownik Ryszard Kukliński zasługuje na pomnik i prawdę o jego bohaterstwie?

– Jak najbardziej. Dużo dobrego w tej sprawie robił nieżyjący już prof. Józef Szaniawski, a także Jerzy Bukowski i prof. Sławomir Cenckiewicz. Zapewne postać Kuklińskiego spopularyzował film „Jack Strong”, choć można mieć do niego sporo zastrzeżeń. Oczywiście do filmu, a nie do bohaterskiej postawy pułkownika.

Zapraszam Pana 7. listopada 2015 roku na sesję naukową poświęconą osobie Pułkownika Kuklińskiego. W tym roku przypada 85.rocznica  jego urodzin. Mogę liczyć na referat? Tadeusz Płużański mi nie odmówił…

Serdecznie dziękuję za to zaproszenie, z którego z chęcią skorzystam. Traktuję je jako niezwykłe wyróżnienie zważywszy na tak zacne towarzystwo, w którym się znajdę!

Fot. Jarosław KozikowskiKajetan Rajski – ur. 1994 r., student prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, autor książek, publicysta, dziennikarz; współpracuje z wieloma czasopismami i portalami internetowymi. Autor m.in. „Wilczęta. Rozmowy z dziećmi Żołnierzy Wyklętych”.

foto: Jarosław Kozikowski