Minęła kolejna, trzecia już rocznica tragicznej śmierci gen. Sławomira Petelickiego. Śmierci ze wszech miar tajemniczej i do dziś dnia budzącej poważne wątpliwości. (…) Jak można było to zrobić – jak można było zabić gen. Petelickiego, aby upozorować to na samobójstwo, w identycznych okolicznościach czasu i miejsca akcji?

Wstęp

„Niewydarzony agent zmienia się w literata” – zwykł mawiać Tołstoj, gdy moje raporty wydawały mu się przegadane lub zbyt gładkie. (…) Czy Tołstoj miał rację? To prawda, że wielu oficerów specjalizujących się w tym, co się powszechnie zwie wywiadem, zyskało sławę w tym, co się powszechnie zwie literaturą. Jest także prawdą, że Philby (którego pamiętniki wspaniałomyślnie opatrzył wstępem Green), nie miał najlepszego zdania o talentach szpiegowskich pisarzy. Trudno jednak dowieść, że ekspert miał rację. I że panowie; Rémy, Nord, Fleming, czy Le Carré, nie odnosili sukcesów w cieniu nim zatriumfowali w pełnym słońcu. A czyż sam Philby – dżentelmen i szpieg w każdym calu, nie porzucił maski dla pióra? W powiedzeniu Tołstoja byłbym zatem skłonny dostrzegać raczej brak dobrej woli, niż przenikliwość… Jedno jest pewne. Jeśli o mnie chodzi, to jego przepowiednia spełniła się co do joty!  Vladimir Volkoff, „Werbunek”.

Gen. bryg. Sławomir PetelickiDziś mija kolejna, trzecia już rocznica tragicznej śmierci gen. Sławomira Petelickiego. Śmierci ze wszech miar tajemniczej i do dziś dnia budzącej poważne wątpliwości. I to pomimo tego, że władze policyjne i prokuratura dołożyły wszelkich starań i pośpiesznie zakończyły śledztwo, uznając śmierć śp. Generała za “zwykłe” samobójstwo. Takich samobójstw i takich samobójców, mieliśmy w Polsce w ostatnich pięciu (jeśli nie więcej) latach stanowczo zbyt wiele, aby uznać je wszystkie, za przypadkowe. Niektórzy wręcz posługiwali się słowem “seria” oraz przypisywali ich sprawstwo “Seryjnemu Samobójcy”. Ale czy On w ogóle istnieje? A jeśli tak, to jaki On jest? I czy ja Go znam? Czy poznałem Go osobiście, aby o Nim pisać i to tak bezczelnie?! To wszystko zależy, co przez to rozumieć, “poznać” i “osobiście”…?

Szanowni Państwo, nieoceniony pisarz i były szpieg francuski, śp. Włodzimierz hr. Wołkow, znany pod sfrancurzonym imieniem i nazwiskiem Vladimir Volkoff, w zacytowanej powyżej powieści “Werbunek” snuje na didaskaliach tej powieści przemyślenia, jakoby zawód pisarza i szpiega nie były znowu tak od siebie odległe. Zarazem szpieg, czy też raczej oficer prowadzący, rezydent wywiadu, który odpowiada za siatkę agentów, jak i autor powieści, mają ten sam problem. Ich bohaterowie, których tworzą i którym piszą scenariusze, są lub stają się bytami odeń niezależnymi. Autonomicznymi, które zaczynają żyć własnym życiem. I o ile Volkoff na początku swej powieści stawia tezę ustami kpt. Tołstoja, że “niewydarzeni agenci zostają pisarzami”, o tyle w posłowiu odwraca on tę tezę i niemalże pyta – czy niewydarzeni pisarze zostają agentami? I czy ich fikcja, nie dorównuje niekiedy prawdzie? A zatem, że po raz ostatni posłużę się cytatem z “Werbunku”, – z jego zakończenia, napisanego już 25 lat po pierwszym wydaniu: “– No dobra, kto puścił farbę?! – Puścił farbę…? Na jaki temat panie komisarzu? – Niech mi pan nie wciska kitu! To ja prowadziłem tę sprawę!”.

Dedykacja

Dla wszystkich pań posiadających lub prowadzących jedynie czarne auta marki VolksWagen Lupo. Niech zawsze jeżdżą prosto do celu, nie zbaczając z głównej drogi i nie wystając na poboczach bezdroży, aby ich przypadkiem z nikim nie pomylono… Pamiętajcie proszę, że pobocza polskich dróg, to niestety (?) jeden wielki “lupanar”!

Oraz dla wszystkich panów, miłośników, posiadaczy lub kierowców jedynie białych Opli Astra I Sedan. Oby ten wyraz; zdziwienia, niedowierzania i lekkiej pogardy, nigdy nie opuszczał Waszej twarzy. I pamiętajcie: “Per aspera ad Astra!”.

Zabić generała!

– „Generał schodzi do garażu” – brzmiał komunikat w uchu słuchawki Harrego. Wszystko było na swoim miejscu, wszystko wedle planu. Harry spokojnie czekał na swoją ofiarę. Przygotowywał całą akcję ponad 3 miesiące. Był skupiony, ale spokojny. Ofiara niczego nie podejrzewała.

Cztery miesiące temu jego mocodawca z „Zarządu” wydał mu polecenie:

„– Trzeba odstrzelić tego skurwysyna! Tylko tym razem żadnego wieszania się! W to już nikt nigdy nie uwierzy, zwłaszcza po tym, jak powiesiłeś ostatnio tego majora z kontrwywiadu. Przecież oficer ma broń służbową! Skorzystaj z niej Harry!”

Tak naprawdę nie nazywał się Harry. Harry to pseudonim, jaki sobie wymyślił na cześć Harrego Schultza – bohatera powieści Serge’a Jacquemarda. Uwielbiał je czytać. Chciał być taki jak on. Nie, on był taki jak on! – tylko że lepszy, bo prawdziwy…

W każdym razie lubił tak o sobie myśleć, jak o Harrym Schultzu – zawodowym zabójcy. Zimnym profesjonaliście bez emocji, który zawsze wykonuje kontrakt i nigdy nie zawodzi. Tym razem miało być podobnie. Pracując dla swoich mocodawców Harry wykonał dziesiątki zleceń. Jego specjalnością były nieszczęśliwe wypadki, ale od kiedy „Zarząd” zaczął stosować „sankcje” na hurtową wręcz skalę, musiał się przekwalifikować na samobójcę. Nie lubił tego – to takie wulgarne. Musiał celowo wykonywać samobójstwa, które nawet na pierwszy rzut oka nie mogły wyglądać na samobójstwo, (taka jest istota „sankcji” – ukarać i dać przestrogę innym). Gdzie tu finezja?! Gdzie artyzm, z którego tak słynął w swym zawodzie Harry?

Na szczęście „Pierwszy” tym razem postawił przed nim nie lada zadanie – miał zabić samobójczą śmiercią generała W. Ale tym razem ofiara musiała zginąć z własnej broni – w okolicznościach, które nie budziłyby wątpliwości. Już sama jego samobójcza śmierć będzie niewiarygodna, dlatego właśnie należało ją uwiarygodnić – wiedząc, że nawet wówczas niewielu będzie dawało wiarę w jego samobójstwo. Ta myśl wprawiała Harrego w ekscytację! Ten zimny, nieokazujący żadnych emocji psychopata, uśmiechał się – tak cieszył się z nowego zadania. Wreszcie jakieś wyzwanie. Coś na jego poziomie!

Generał W. to nie byle kto. Emerytowany oficer wywiadu, żołnierz, twórca i pierwszy dowódca oddziału sił specjalnych BŁYSK, porównywalnego na świecie tylko z najlepszymi jednostkami specjalnymi, jak brytyjskie SAS, czy amerykańskie Navy SEAL. Ceniony w kraju, ale przede wszystkim za granicą, profesjonalista. Zabić go nie będzie łatwo, zwłaszcza pozorując samobójstwo. Harry musiał wszystko starannie przemyśleć…

Przygotowania rozpoczął od zebrania zespołu. Ci sami ludzie, co zwykle – sprawdzeni i starannie dobrani funkcjonariusze „Zarządu”. On i jeszcze czterech, którym przewodził: Andrzej, Bohdan, Alicja i Janek. Każdy odpowiada za inny etap przygotowań i ma inne umiejętności. Pracował z nimi od dwóch lat w niezmienionym składzie. Najciekawszą personą z nich wszystkich jest chyba Alicja. Harry ją autentycznie podziwia.

Alicja to zaledwie 22 letnia, średniej budowy ciała brunetka. Ładna, choć nie powalająca. To nie jest typ sex bomby, ale może się podobać mężczyznom. „Zarząd” zwerbował ją 5 lat temu. To wtedy Alicja ujawniła swe talenty mordując w przemyślany sposób swoją koleżankę z klasy. Zrobiła to tak udolnie, że tylko niebywały fart i długoletnie doświadczenie nadkomisarza O. pozwoliło mu wykryć sprawcę. Na jej szczęście nadkomisarz O. był od końca lat 70. „naganiaczem” dla „Zarządu”. Wskazał Alicję dosłownie na 5 minut przed odejściem na zasłużoną emeryturę. Jak to mówią? At last but not at least!

Alicja, jak można się domyślić, nie poniosła kary za swoją zbrodnię. Wręcz przeciwnie: doceniono jej pomysłowość, spryt i precyzję wykonania. To co, że wpadła? To była jej pierwsza zbrodnia. Każdy ma prawo się pomylić. Odrobina wprawy i… Alicja więcej błędów już nigdy nie popełniła. Aktami sprawy szybko bowiem zainteresował się ktoś z „Zarządu”. Zlecono badania psychologiczne Alicji i okazało się, że jest idealnym kandydatem do pracy dla „Firmy”: zimna, pozbawiona empatii, a ponadto inteligentna, samodzielna i zdyscyplinowana. O silnym, graniczącym z narcyzmem, poczuciu własnej wartości. Takich właśnie ludzi poszukiwał Zarząd! To idealny profil zawodowego zabójcy. A tu, na dodatek, kandydatem była kobieta, co więcej w wieku lat niespełna 17. Prawdziwa gratka dla rekrutera! Jakiż potencjał – nieoszlifowany diament dla zdolnego szlifierza…

Alicja jest studentką. Dostała się na ekonomię na AGH. Oczywiście wszystko zaaranżował Zarząd. Alicja napisała tylko pracę konkursową w liceum i wysłała ją na AGH. Temat? Jak zainwestowałabym 100 000 zł. Praca tak spodobała się jury, że Alicja w nagrodę dostała złoty indeks. Prawdą jest jednak, że i bez tego mogła dostać się na wybrane przez nią studia, ale Zarząd nie chciał ryzykować. Poza tym, to Zarząd za nią wybrał kierunek studiów…

Janek to dla odmiany emeryt. Zwerbowany ze studiów w latach 80. Początkowo nie była mu pisana kariera „Czyściciela”. Był młodym, inteligentnym, wrażliwym studentem historii Uniwersytetu Warszawskiego. Został dostrzeżony już na pierwszym roku. Zarządowi wskazał go jego nauczyciel historii średniowiecza. Zaufany i sprawdzony naganiacz. Janka obserwowano dwa lata. Na trzecim roku dostał propozycję. Nim ukończył studia i dostał dyplom był już podporucznikiem. Szkolenie odbywał indywidualnie, w mieszkaniach operacyjnych. Miał zostać przerzucony na zachód, jako nielegał. Tymczasem sprawy się skomplikowały…

Pod koniec lat 80 Zarząd miał małą potyczkę we Francji. Trzeba było wykonać sankcję: wet za wet. Niestety nie było nikogo, kto mógłby bezstratnie wykonać kontrakt. Zarząd potrzebował kogoś, kto jest w pełni wyszkolony, biegle mówi po francusku i nie jest znany Deuxieme Bureau ani w DST. Wybór padł właśnie na Janka, który w tym czasie szykował się do swego pierwszego zadania zagranicznego. Sytuacja wymusiła na Zarządzie przekwalifikowanie Janka do roli egzekutora.

Janek wykonał swoje zadanie i wrócił – to był jego jednorazowy, gościnny występ. Zarząd nakazał mu po powrocie się ukryć na jednej z budów prowadzonych przez współpracującą z nim firmę budowlaną na obrzeżach Wrocławia. To był kuriozalny widok: młody, wykształcony, z dłońmi, które nigdy ciężko nie pracowały, chłopak, jako zwykły robotnik, w dodatku bez dokumentów, błąkający się po budowach Wrocławia… Nie tego Janek spodziewał się w nagrodę za dobrze wykonane zadanie. Na szczęście minął dla niego okres kwarantanny i Zarząd mu się odwdzięczył, dając mu nową tożsamość i ustawiając go w już nowej, odrodzonej, III Rzeczypospolitej Polskiej. Janek został właścicielem cementowni na Pomorzu Zachodnim – mały, ale dobrze funkcjonujący biznes, dający stabilne i niemałe dochody. Janek tak wegetował przez kilkanaście lat, aż jesienią 2002 r. Zarząd sobie o nim przypomniał. Od tego czasu Janek znów pracuje, a od 4 lat na stałe razem z Harrym.

Bohdan, to były żołnierz. Ma za sobą misje pokojowe ONZ: Wzgórza Golan, Kosowo – gdzie on nie był? Zaliczył prawie wszystkie. Zdążył też odwiedzić Irak. To tam właśnie wpadł na przemycie zrabowanych z irackich muzeów zabytkowych figurek sumeryjskich bożków. To miał być dla niego interes życia! I rzeczywiście, okazał się nim… Bohdan wpadł w oko wojskowym prokuratorom współpracującym z Zarządem. W zamian za wyczyszczenie kartotek, Bohdan zgodził się na współpracę. Na swej wczesnej emeryturze prowadzi dziś strzelnicę w swym rodzinnym Białymstoku. Nie trudno zgadnąć, że w grupie odpowiada m.in. za broń i amunicję.

Andrzej to trzydziestokilkuletni absolwent socjologii Uniwersytetu Opolskiego. W przeciwieństwie do Janka, nie został zwerbowany na studiach. Wpadł, ponieważ przyłapano go na ściąganiu i udostępnianiu pornograficznych zdjęć nieletnich, powiedzmy sobie szczerze, mocno nieletnich dziewczynek. Część z tych zdjęć samodzielnie zrobił. Tak, Andrzej jest pedofilem – to potwierdzona, medyczna diagnoza jego preferencji. Zarządowi to jednak nie przeszkadza – od dawna prowadzi rejestr osób o „oryginalnych skłonnościach”. W latach 80 prowadził nawet, wespół z MO, zakrojoną na szeroką skalę akcję „Stokrotka”, której celem było wyłowienie jak najliczniejszej grupy zboczeńców ze społeczeństwa. Czynił to w dwojakim celu: po pierwsze w nadziei, że da się z tego grona wyłowić szeroką grupę konfidentów, którzy w zamian za nieujawnianie ich preferencji, zgodzą się na współpracę (a niekiedy nawet pracę) na rzecz m.in. Zarządu; I po drugie, działania takie miały silne uzasadnienie kontrwywiadowcze: no bo jeśli Zarząd by nie wyłapał wszystkich pedałów, zwłaszcza na eksponowanych w PRL stanowiskach, to mogłaby go wyręczyć inna, konkurencyjna instytucja i szantażem odwrócić naszą „ciocię”, zamieniając ją we wrogą.

Po upadku PRL i rozpropagowaniu pedalstwa w kraju, Zarząd przeżywał prawdziwą traumę. Bycie „ciocią” przestało być dla społeczeństwa stygmatem. Co więcej, wielu odniosło swój sukces w zasadzie tylko dzięki temu, że się ujawniło – powiedziało: „jestem gejem i jestem z tego dumny”. Większego obrzydzenia nie mogło to wywołać pośród Kapituły. Nie aby pedzie jakoś specjalnie raziły jej członków, ale chodziło o samą ideę: jak można tak bezwstydnie publicznie szafować własnym frędzlem przy każdej okazji i jeszcze być za to nagradzanym?! – Nie, świat stanął dlań na „ptasiej głowie”! Co więcej skończyły się dotychczasowe łowy. Zarząd i jego Kapituła musiał się więc szybko przeorientować. Wybór padł na pedofili. Co prawda długo to zajęło, zanim na to wpadli, ale to bardzo trafny wybór: ich nikt, nigdy nie polubi i jedynie Zarząd może przytulić zbłąkane duszyczki do swej piersi, broniąc biednych pedofili przed karzącą ręką sprawiedliwości społecznej oraz publicznym linczem. Czyż to nie genialne rozwiązanie?! To źródełko dla Zarządu nigdy nie wyschnie…

Byle pedofili nie werbują, ale to nie dotyczyło Andrzeja. On miał to szczęście, że zainteresował się nim Zarząd. Młody, zdolny, wykształcony, inteligentny, 28 letni pracownik banku, a nadto mężczyzna obarczony wstydliwym i powszechnie potępianym piętnem. – Czyż można lepiej trafić?! Do tego odpowiedni profil psychologiczny: brak empatii (Andrzej nie jest „dobrym pedofilem”) itp. Po prostu idealnie nadawał się do pracy w Zarządzie! A dzięki protekcji służb specjalnych nie tylko uniknął kary, ale także rozwijał swoją przykrywkę – awansował i dziś pracuje w centrali swego banku w Warszawie. Otrzymał dobrze płatne, choć nieeksponowane stanowisko, które umożliwia mu w razie czego częste wizyty w terenie – idealna przykrywka dla jego faktycznej profesji. Z Harrym pracuje od 2005 r., czyli już 7 lat. Był z nim w zespole, zanim jeszcze Harry awansował na lidera grupy. To Harry go wyszkolił.

A sam Harry? To dobiegający 50-tki, czterdziestokilkuletni mężczyzna. Można rzec: w sile wieku. Czy przystojny? Każdy zadbany, dobrze się ubierający, majętny facet w tym wieku jest przystojny. Dlatego mimo przesuniętego łuku brwiowego oraz krzywo zrośniętego nosa, (pamiątek z młodości), tak – Harry jest przystojnym mężczyzną, z czego snadnie korzysta i to pomimo tego, że ma młodszą od siebie aż o 12 lat żonę. Mają razem 8 letniego synka: Harrego juniora – jedyną prawdziwą miłość w życiu Harrego i jego oczko w głowie.

Harry pochodzi z biednej rodziny. Urodził się w Warszawie i wychował na Pradze Południe, w okolicach Grochowa. Jako młokos miał szczęście trafić na wspaniałego wychowawcę, pana Zenona – nauczyciela WF-u. To on rozwinął w nim pasję i ukierunkował na właściwe tory. Młodzieńczy entuzjazm oraz rozpierająca go energia znalazły dzięki panu Zenonowi ujście w boksie, który Harry zaczął trenować jeszcze w szkole podstawowej. Później, gdy trochę podrósł i poszedł do technikum, równolegle zaczął trenować boks na Gwardii. To tam wyhaczyli go rekruterzy Zarządu. Jego dalsza kariera przebiegała szablonowo. Harry niestety nie wybił się w boksie, był zaledwie 7. w kraju pośród młodzików, za to skupił się na innej karierze. Poszedł na studia, na politechnikę, równolegle awansując w szeregach Zarządu.

Dziś Harry jest szanowanym stołecznym architektem. Ma też regionalne biura w Krakowie i Poznaniu. Prowadzi stabilny tryb życia reprezentanta klasy średniej. Harry jednakże przede wszystkim jest niezarejestrowanym oficerem (dorobił się już pułkownika), na żołdzie Zarządu. Jest dowódcą najlepszej grupy egzekutorów w kraju, odpowiedzialnej za śmierć ok. 12 ludzi w trakcie jego przewodzenia grupie. Jako zakonspirowany funkcjonariusz odpowiada tylko przed Pierwszym w Zarządzie i nikt, nawet członkowie Kapituły, nie mają pełnej wiedzy na temat Harrego i jego podwładnych.

Harry ma umysł ścisły – techniczny. To bardzo cenne atuty, które z powodzeniem wykorzystuje w obu swoich profesjach: magistra inżyniera architekta, oraz zawodowego zabójcy i dowódcy tego osobliwego „komanda śmierci”. Tym razem nie było inaczej. Harry dostał zadanie i musiał obmyślić plan, jak dotrzeć do generała W.? Potrzebował informacji. Te podstawowe, jakie dostał w dossier od Pierwszego zawierały ich aż nadto, ale mało z nich nadawało się do wykorzystania a czas uciekał. Co prawda ma nielimitowane godziny pracy, ale przyjęło się w Zarządzie uznawać, że grupa ma maksimum pół roku na wykonanie zadania. No chyba, że coś ma priorytet i jest ekspresowe! Ale do takich akcji nie brano by Harrego, a przynajmniej nie stawiano by mu zadania, aby to wyglądało na samobójstwo.

Nie, tu Harry nie mógł się śpieszyć, ale jednocześnie nie mógł zwlekać. Potrzebował pilnie informacji z wewnątrz kręgów generała W. Trzy podstawowe to: 1) rodzina/dom, 2) praca/znajomi oraz 3) hobby. Generał W. był jednak specyficznym obiektem – nieprzeciętnym. To jeden z nich. Podobnie jak Harry, to oficer służb specjalnych, na dodatek były komandos. Już sam fakt jego wyszkolenia jako kontrwywiadowcy mógł pokrzyżować plany. Na dodatek to miało być samobójstwo, a zatem wypadek odpadał. Szkoda… Bo Generał był znany jako zapalony skoczek spadochronowy, także pilot. Harry zaś słynął ze swoich wypadków. W., jako posiadacz broni palnej, uczęszczał też na strzelnicę. Niestety upozorowanie samobójstwa na strzelnicy, (nie wspominając o wypadku z bronią), było niemożliwe. Harry musiał więc wymyślić coś innego…

W. był posiadaczem mieszkania na krakowskich Plantach w strzeżonym budynku, gdzie mieszkał z młodą żoną oraz dziećmi. Strzeżone osiedle to kolejne utrudnienie, ale też atut. Aby zdobyć licencję na prowadzenie firmy ochroniarskiej, trzeba zyskać zgodę Policji. Dostają ją w Polsce ludzie nieprzypadkowi. Tym razem było nie inaczej. Właścicielem firmy ochraniającej budynek, w którym mieszkał generał W., był N., – człowiek który już wcześniej współpracował z Zarządem, jego pracownikami zaś emerytowani policjanci. To ułatwiło obserwację budynku i uzyskanie jego planów, w tym planów rozmieszczenia kamer i instalacji alarmowych. Harry jednak nie mógł polegać tylko na tym, zwłaszcza, gdyby zaplanował wykonanie zadania na miejscu.

Obserwacja budynku wykazała, że mieszka w nim sporo młodych małżeństw z dziećmi. Pierwsze zatem co zrobił Harry, to wprowadził Alicję do budynku, w którym mieszkał generał W. Jedna z rodzin straciła bowiem nianię – nieszczęśliwy wypadek. Nie, dziewczyna nie zmarła, ale musiała zrezygnować z pracy na okres rehabilitacji. Traf chciał, że młodemu małżeństwu Kowalskich napatoczyła się wtedy młoda studentka Alicja B., która równie pilnie potrzebowała pracy, jak Kowalscy nowej niani – co za zbieg okoliczności! Zaaranżowane zdarzenie powiodło się po myśli Harrego i po miesiącu od uzyskania zlecenia, miał w budynku zaufanego człowieka, który przeprowadził pełen rekonesans. To było maksimum, co mógł osiągnąć w tej sytuacji – bliżej do W. nie dało się zbliżyć w jego pierwszym kręgu.

W międzyczasie Harry szukał też okazji do rozpracowania kręgu drugiego i trzeciego. To było bardzo trudne zadanie, bowiem pracą Generała W., także na emeryturze, były służby specjalne. Większość osób, z którymi utrzymywał kontakt, to albo byli, albo obecni funkcjonariusze specsłużb lub sił specjalnych. Generał angażował się w prace fundacji pomagającej byłym żołnierzom jednostki „BŁYSK”, zatrudniał ich też, jako ochroniarzy, we własnej firmie, chroniącej m.in. lidera głównej opozycyjnej partii w Polsce, Jaromira Sroczyńskiego. Nie, tu nikogo nowego by nie wprowadził. Zresztą, każda nowa osoba w otoczeniu W. musiała wzbudzić jego podejrzliwość. Niestety, w zasadzie jedynymi ludźmi, którzy mogli się do niego zbliżyć nie wzbudzając przesadnych podejrzeń, byli dziennikarze. Ale była to dla Harrego, ze względu na warunki wykonania zadania, informacja bezużyteczna. W. stracił niedawno pracę w Eriksenie, więc i ta ścieżka dojścia była zamknięta.

Harry sobie myślał, że wymarzonym miejscem akcji byłby leśny domek generała W. w Bieszczadach. Spokój, brak ludzi, ale jak go tam wywabić? Kto i w jakich okolicznościach mógł to zrobić. Tylko ktoś, komu ufał. Kogo znał od lat, kto mógłby go zdradzić. Kandydatów nie brakowało. Trzeba było tylko przeprowadzić selekcję. Od Pierwszego Harry dostał teczki wszystkich towarzyszy broni generała. Szukał w nich haków w postaci przeszłych jak i współczesnych punktów nacisku. Czegoś, za co można byłoby ich złapać, jak za gardło. Lista była długa, ale trudno było wytypować kogokolwiek. Większość ludzi, których znał i cenił, nie zrobiłaby tego, nawet pod groźbą śmierci. Nie ma jednak ludzi nie dających się złamać. Wybór padł na Ch. Ch. z W. znali się jeszcze z pierwszego składu BŁYSKU. Ch. służył pod W. na Haiti. Nie był wtedy nawet oficerem, ale zyskał szacunek i uznanie W. Utrzymywali ze sobą, stały, nieregularny kontakt a propos Fundacji byłych żołnierzy BŁYSKU. Ch. też prowadził strzelnicę w Krakowie, którą odwiedzał W. To była bardzo interesująca informacja. Harry automatycznie skojarzył fakty:

– „Broń! Muszę go przecież zastrzelić z jego własnego pistoletu H&K.”

Zaczęło się więc osaczanie Ch. Ch. nie miał problemów finansowych. Nie nadużywał też alkoholu. O narkotykach w ogóle nie było mowy. Jego życie intymne nie było owiane żadnym skandalem, choć nie stronił od kobiet – głównie prostytutek, ale profil Ch. wykluczał podatność na tego rodzaju szantaż. Jedyną słabością Ch., była jego była żona z którą miał 14 letnią córkę Agatę. Plan zakładał szantaż z użyciem groźby pod adresem jego najbliższych. Trzeba było przemówić Ch. do wyobraźni. Tak, Harry używał tego określenia: „przemówić do wyobraźni…” – to bardzo dlań charakterystyczne powiedzenie. Harry zastanawiał się nawet, czy użyć do tego celu Andrzeja. Agata co prawda to „za stara d…” dla niego, ale służba nie drużba – Andrzej zrobiłby, co by mu rozkazano (nie ukrywajmy – nie bez przyjemności). Miał jednak nadzieję, że Ch. zrozumie aluzje, że jego najbliższych nic nie uratuje, jeśli się nie zgodzi na współpracę. Trzeba było tylko być dość sugestywnym, a jednocześnie pamiętać, z kim ma się do czynienia. Ch. to były komandos. Szantażowanie takiego człowieka niesie za sobą zawsze ryzyko podobne temu, jak to, które ponosi treser w klatce z dzikim niedźwiedziem.

Plan Harrego był prosty: należało zbliżyć się do Agatki i odizolować ją od matki. Harry wykluczył możliwość zaszantażowania Ch. bez porwania mu córki. Stwierdził, że sama obietnica spełnienia groźby nie wystarczy, (choć to byłoby lepsze – czystsze, zostawiające mniej śladów zagranie) i to pomimo tego, że Ch., jako były komandos, musiał wiedzieć po wysunięciu żądania, z kim ma do czynienia i co w związku z tym rzeczywiście mogłoby mu, a przede wszystkim jego córce, grozić. Nie mógł jednak ryzykować i postanowił przywalić mu z piąchy na dzień dobry, aby nie dać czasu na „główkowanie”. Tak jest najlepiej, – kiedy sterowany nie ma czasu na refleksje i postępuje punkt po punkcie wedle planu.

Co za szczęście: Agatka miała akurat jechać na kilkudniową wycieczkę autokarową ze swoją klasą w góry – w nagrodę za dobrą naukę jej klasa w gimnazjum wybierała się do Zakopanego oraz na Słowację. Agatka jednak nigdy nie wsiadła do autokaru. Nieszczęśliwie zapadła na zdrowiu i musiała w ostatniej chwili odwołać wyjazd. Kurację odbywała pod czujnym okiem Janka. Harry nie chciał kusić losu i prowokować Andrzeja, dlatego opiekę sprawował właśnie Janek, w jednym z ustronnych miejsc środkowo-wschodniej Polski. W międzyczasie Bohdan otrzymał zdanie dotarcia do Ch. i umówienia spotkania z Harrym. Ch. dostał ultimatum:

– „Albo będzie pan, panie Ch., w pełni współpracował, albo dorobi się pan szczekających wnuczków, bo pańska ukochana córeczka, Agatka – swoją drogą piękne dziecko – zostanie sprzedana do Niemiec, jako aktorka filmów porno dla zoofili.”

Aby potwierdzić prawdziwość gróźb Harry wręczył Ch. zdjęcia jego ukochanej, bezbronnej córeczki wraz z pięknym podpalanym na niebiesko olbrzymim Dogiem Niemieckim. Dziecko było ubrane i całe zdjęcie wyglądałoby na niewinne, gdyby nie dzisiejsza Gazeta Wyborcza uwieczniona na zdjęciu.

Harry nie był pewny reakcji Ch. Na wypadek, gdyby ten nie opanował swoich emocji, Harremu towarzyszył Bohdan. I rzeczywiście, Ch. nie wytrzymał. Rozpłakał się. Całkowicie się rozkleił. Nie tego się spodziewał Harry, ale też nie był zdziwiony. Jak mógłby inaczej postąpić mężczyzna, nawet tak silny psychicznie jak Ch., słysząc taką groźbę i mając pełną świadomość tego, że zostanie ona spełniona, jeśli tylko nie będzie posłuszny. Harry nie zdążył jeszcze powiedzieć Ch., czego od niego oczekuje, ale Ch. miał już pewność, że ludzie, którzy robią takie rzeczy, wiedzą kim jest i że będą wymagać od niego rzeczy strasznych. To pogłębiało ból Ch. Wiedział, że nie ma wyjścia. Kiedy się już uspokoił, zapytał:

„– Kim jesteście? Czego chcecie?”

„– Domyślasz się, kim jesteśmy i czego chcemy. Nie bój się, ani tobie, ani twej byłej żonie, ani tym bardziej córce, nic się nie stanie, jeśli zrobisz to, czego od ciebie wymagamy. Chcemy, abyś nam wystawił W.” – odparował Harry.

„– Jak mam to zrobić?! Ja go wcale nie znam!”

„– Nie podniecaj się. Służyliście wspólnie na Haiti. Generał odwiedza też twoją strzelnicę. Chcemy jego broni z odciskami palców. Odwrócisz jego uwagę i ja podmienisz.”

Ch. zrozumiał, że sprawcy, którzy porwali mu dziecko i grożą tak ohydnymi czynami, nie tylko nie żartują, ale wiedzą o nim wszystko i mają gotowy plan działania. Że to ani nie amatorzy, ani zwykli gangsterzy. Ich oczekiwania wobec niego wyraźnie sugerowały, że ma do czynienia z kimś „od nich”. Że nie uda mu się rozgrywać porywaczy i grać na czas. To ludzie bezwzględni, bez wahania ukaraliby go za opieszałość a ucierpiałaby na tym najdotkliwiej jego ukochana Agatka. Domyślał się też, że zgadzając się na „propozycję” Harrego, wpakuje W. w nie lada kłopoty. Nie wiedział jakie i chyba wolał nie wiedzieć. Dość, że się domyślał. Teraz jednak liczyła się dla niego Agatka. Zrobiłby dla niej wszystko. I właśnie los powiedział: „– sprawdzam”.

Harry zaplanował akcję podmiany broni na ten sam tydzień, na który zaplanował „Godzinę W” – jak żartobliwie nazwał egzekucję generała. Na 3 dni przed planowanym „wydarzeniem” Ch. oraz Andrzej, a także ubezpieczający ich Bohdan, podmienili generałowi W. broń na strzelnicy. Chwila nieuwagi oraz urocza blondynka, pani prokurator C., która nigdy dotychczas nie strzelała i akurat tego dnia zapragnęła się nauczyć tej trudnej sztuki na strzelnicy Ch., wystarczyły, aby dokonać podmiany. Generał niczego nie zauważył.

Wcześniejszy rekonesans wykazał, że W. spotyka się w piwnicy swego bloku z różnymi ludźmi. Nie zapraszał ich na górę, gdzie mieszkają jego żona oraz dzieci, ale też nie organizował spotkań ze swoimi współpracownikami na mieście, w lokalach konspiracyjnych. Harry podśmiewał się z W., że zdziadział na starość. W oczach Harrego to była fuszerka – nie powinien, nawet będąc na emeryturze, łączyć życia rodzinnego z pracą. Harry tego nigdy nie robił, a przecież był tylko kilkanaście lat młodszy od W. W. jednak z wygodnictwa, a może z przesadnej pewności siebie i poczucia genialności (narcyzm najczęściej zabija ludzi w tej profesji), zwykł „dyskretnie” spotykać się w swojej piwnicy, połączonej w garaż, z ludźmi, którzy informowali go o różnych sprawach. W. lubił być na bieżąco i wydawało mu się to rozwiązane genialnie proste i bezpieczne. Nie wiedział, że w ten sposób sam wydał wyrok na siebie. Genialny pomysł generała ułatwił Harremu wykonanie zadania. W. wykonał za niego co najmniej połowę pracy. Po pierwsze sam zaaranżował miejsce swoich „dyskretnych” spotkań w taki sposób, że wiedział, gdzie nie ma kamer. To ważne: generał pod pretekstem popracowania w garażu mógł niezauważony kontaktować się z informatorami. Informatorzy wchodzili i wychodzili niezauważeni – o to zadbał sam generał, dając też Harremu sposobność do wejścia i wyjścia niezauważonym. Konfidenci dostarczali co mieli dostarczyć, a generał, jak gdyby nigdy nic, wracał na górę do swojego mieszkania, żony oraz dzieci.

Plan Harrego, kiedy już to odkrył, był dziecinnie prosty. Wystarczyło już tylko namierzyć informatora – to zrobił dla niego Zarząd, a następnie ustalić czas akcji, na którą generał sam, dyskretnie przyjdzie. W. lubił schodzić do garażu co najmniej na kwadrans przed planowanym spotkaniem. Mówił żonie, że idzie po jakieś dokumenty i rzeczywiście, wracał z nimi. Tym razem miało być inaczej. Harry wpadł na pomysł, aby zorganizować spotkanie w dniu ważnego i medialnego meczu polskiej reprezentacji z reprezentacją Niemiec. To był ważny dzień. Akurat odbywał się u naszych południowych sąsiadów, na Słowacji, Mundial i ten mecz decydował o wszystkim – polskie być, albo nie być. Wszyscy żyli piłką, także ochrona budynku, która częściej, niźli w monitory telewizji przemysłowej, patrzyła się w ekran telewizora. Mecz miał być dopiero za kilka godzin, ale wszyscy byli rozkojarzeni. Akurat tego dnia N., właściciel firmy ochroniarskiej, zrobił swoim pracownikom prezent i przyniósł im 50 calowy telewizor. Traf chciał, że wymieniał swoją starą plazmę, na nowy LED i przypadkowo postanowił uszczęśliwić swoich pracowników – niech obejrzą sobie mecz w jakości HD na dużym ekranie. A co!

Spotkanie umówił figurant. Zarząd szybko ustalił, kto nim jest i tylko sobie znanymi metodami wymusił na nim wystawienie W. Figurant nie miał wyjścia. Zrobił, co mu kazano. Na akcję poszedł Harry wespół z Jankiem. W budynku przebywała wtedy Alicja, „opiekując się” bliźniakami państwa Kowalskich. Na zewnątrz budynek obserwowali Andrzej oraz Bohdan. Użyta w budynku instalacja telewizji przemysłowej, miała jedną poważna „zaletę”. Użyte do łączenia kamer kable były słabo ekranowane i emitowały fale radiowe, przez co można było nieinwazyjnie podpiąć się pod ich system i widzieć to, co powinna widzieć ochrona na swoich monitorach. Urządzenie pozwalało nawet manipulować tym, co ochrona miała zobaczyć. Sprytne urządzenie podłożyła dyskretnie, przy jednej z okazji, Alicja. Mieszkając wraz z Kowalskimi mogła nie wzbudzając podejrzeń przemieszczać się po całym budynku. To dzięki temu Bohdan mógł teraz na ekranie swego monitora w laptopie zobaczyć, że W. schodzi do piwnicy. Czekali tam na niego już Janek z Harrym.

– „Generał schodzi do garażu” – brzmiał komunikat w uchu słuchawki Harrego. Wszystko było na swoim miejscu, wszystko wedle planu. Harry spokojnie czekał na swoją ofiarę. Był skupiony, ale spokojny. W ręku trzymał w specjalnych rękawiczkach broń W. z jego odciskami palców. W. niczego nie podejrzewając zszedł do piwnicy. To było dlań rutynowe spotkanie. Ufał Jurkowi, ale nie na tyle, aby zrezygnować z „zabezpieczenia”. Zawsze miał przy sobie dyskretnie ukryty pistolet szwajcarskiej firmy Hekler und Koch, który po prostu uwielbiał. Zszedł po schodkach na poziom piwnicy/garażu i zmierzał wolnym krokiem do swojego samochodu. Był kwadrans przed czasem. Za chwilę dyskretnym przejściem miał przyjść Jurek. Otworzy samochód. Pobawi się chwilę – pomyślał, – a później odbierze przesyłkę i spokojnie wróci na obiad na górę. Jakże się mylił generał W. Nie wiedział, że los i Harry Schultz inaczej zaplanowali mu to popołudnie.

Generał W. zszedł do piwnicy, właśnie otwierał samochód, kiedy usłyszał, że nadchodzi Jurek. Odwrócił się w jego stronę. W tym momencie poczuł, że ktoś stoi za nim. Zimna lufa pistoletu przywarła do jego skroni a przed nim, zamiast Jurka, wyłonił się Janek. Co myślał wtedy generał W.? Tego się nigdy nie dowiemy. Sekundę później głuchy strzał zakończył jego żywot. Pozostało już tylko włożyć broń generałowi W. w rękę i zabrać tę podmienioną a następnie ulotnić się dyskretnie drogą, którą przyszli Janek z Harrym.

„– Kolejne zadanie wykonane.” – pomyślał Harry siedząc wieczorem w domu przy kominku, popijając 18 letnią Glen Garioch i patrząc na swą kochającą, młodszą o 12 lat żonę Anię oraz ich 8 letniego synka, Harrego juniora – oczko w głowie tatusia…

Posłowie

Powyższe opowiadanie napisałem i opublikowałem 08.08.2012 r. na moim dawnym blogu pod adresem:http://neosofista.salon24.pl/439340,zabic-generala Mimo podobieństwa do rzeczywistych postaci oraz zdarzeń, zapewniam Państwa, że jest ono zupełną fikcją literacką – na tyle, na ile powstało ono w pełni jedynie w mej głowie i nie posiłkowałem się przy tym żadną wiedzą źródłową, poza ogólnie dostępnymi informacjami prasowymi. Oczywiście, że jest ono inspirowane rzeczywistymi wydarzeniami – śmiercią śp. gen. Sławomira Petelickiego. Trudno się tego wyprzeć i nie mam zamiaru tego czynić. Gdy tylko dowiedziałem się, że On zginął i jakie były okoliczności jego rzekomego samobójstwa, moja bujna, a zapewne zdaniem niektórych z Państwa, chora (makabryczna) wyobraźnia zaczęła puszczać wodze swej fantazji i przemówiła do mnie takimi oto, plastycznymi obrazami. Jak można było to zrobić – jak można było zabić gen. Petelickiego, aby upozorować to na samobójstwo, w identycznych okolicznościach czasu i miejsca akcji?

Czy bezczeszczę w ten sposób pamięć po śp. gen. Petelickim? Czy szargam pokój Jego duszy? Spokój Rodziny? Mam nadzieję, że nie. Wręcz odwrotnie! Szanuję zdanie tych, co tak uważają i najmocniej przepraszam, jeśli obraziłem nim kogoś spośród Rodziny, Krewnych lub Znajomych śp. Generała. Chcę jedynie zaznaczyć, że moje rozważania nt. przyczyn i przede wszystkim sposobu uśmiercenia Pana Generała, nie wynikają z braku szacunku. Po prostu mój umysł lubi takie zagadki. Uznałem też przedwczesne odejście gen. Petelickiego za na tyle istotne politycznie, że napisałem przywołane opowiadanie. Uczyniłem to pisząc z perspektywy mordercy, aby jak najlepiej odwzorować okoliczności śmierci i aby dobrze się to czytało. Uznałem, że pisanie z perspektywy gen. Petelickiego mijałoby się z tak postawionym celem. Uważam też, że cel takowy należy wytyczyć i mimo wszelkich sentymentów, zrealizować – sucho, konsekwentnie i bezemocjonalnie. Właśnie ze względu na pamięć po Zmarłym. Tylko w ten sposób można ją uszanować – lament mu nie pomoże. Wyjaśnienie przyczyn i okoliczności śmierci może dać spokój ducha i Jemu i Jego Rodzinie…

Radosław Herka, dnia 16 czerwca 2015 r.