Urodziłem się w Chobocie, trzy lata przed drugą Wojną Światową. Tam przeżyłem pierwsze 10 lat mojego życia. Mój Chobot był i jest przysiółkiem dużej i pięknej wsi Ponikiew. Chobot w tamtym czasie należał do parafii w Wadowicach, mimo, że w Ponikwi też jest kościół. W Chobocie było wtedy 25 domów. W Ponikwi budynkiem numer jeden był młyn wodny, później mechaniczny, Jana Sopickiego na przysiółku Leniówka.
Przysiółek Chobot położony jest nad skarpą kilkunastometrową nad terenem doliny Skawy i ograniczają go: – od południa mały potok Czerna,
– od północy potok Ponikiewka, który podczas powodzi bywał bardzo groźny,
– od wschodu zakrzewiona skarpa, za nią szosa Wadowice – Sucha Beskidzka
nr 28, i dalej rzeka Skawa, – od strony zachodniej teren lekko się wznosi, dawniej z polami uprawnymi do dolnej granicy lasów i leśnych dróg w kierunku Leskowca.
Numerem 28 na obecnych mapach drogowych, oznaczona jest droga krajowa od Zatora, przez Wadowice, Suchą Baskidzką i dalej aż do Przemyśla.
U podnóża wzniesienia na którym rozścielił się Chobot, jeszcze po 1945 r. były tereny podmokłe zarastające bagienną roślinnością po dawnych stawach, z koncertami rechotu żab, w ich okresie godowym.
Główny dojazd do Chobotu prowadzi z szosy nr 28, najpierw drogą do Ponikwi od t.zw. Myta, by po około 250 m. skręcić w lewo. Przez Chobot dawniej była to jedyna droga do wsi Koziniec, położonej jeszcze wyżej, za potokiem Czerna.
Myto, tam prawdopodobnie w przeszłości były pobierane opłaty drogowe. Tam też znajdowała się jeszcze w latach 1930-tych knajpa w drewnianym budynku – „obowiązkowy” przystanek szczególnie dla furmanów powracających z targów czy jarmarków z Wadowic czy też z Suchej Beskidzkiej.
Knajpa ta znajdowała się na wprost drogi do Ponikwi, między szosą nr 28, a torem kolejowym. Drewnianą knajpę strawił pożar w latach 1930-tych.
W narożu drogi do Ponikwi, po północnej stronie wybudowany został przed 1939 r. murowany budynek z restauracją i mieszkaniem na poddaszu. Za mojej pamięci mieszkał tam pan Brańka, starszy człowiek, który utykał na nogę, był wyznania Światków Jehowy. Na terenie między szosą a torem kolejowym, gdzie m.in. stała spalona knajpa, prowadził plantację znakomitych, pięknych i smacznych pomidorów. W sobie tylko znany sposób „dogadzał” krzewom pomidorów, bo potrafił wyhodować okazy „piękne ku wejrzeniu i smaczne ku jedzeniu”.
Miał trzech synów, którzy nie poszli śladami ojca i za rzetelną pracą chyba nie przepadali. W czasie okupacji najstarszego syna Juliana, podczas ucieczki Niemcy zastrzelili na dworcu kolejowym w Andrychowie, młodszego Mariana powiesili na pokazówce w Targanicach, a najmłodszy Jasiek, nie był intelektualnie sprawny i nadawał się do pasienia krów oraz prostych robót gospodarskich przy domu.
Po drugiej, południowej stronie drogi do Ponikwi na wysokości domu p. Brańki, była w murowanym budynku kuźnia Józefa Smazy. Obok kuźni, równolegle do szosy Nr 28, znajdował się jego drewniany budynek mieszkalny. Stukot młota kowalskiego o kowadło roznosił się bardzo daleko poza Chobot i był codziennością.
Dom w którym się urodziłem i w którym mieszkaliśmy był nowym, murowanym, nie ukończonym na skutek wybuchu wojny w 1939 r. Budynek ten został usytuowany na lekkim wzniesieniu, skąd był doskonały widok na całą dolinę Skawy z pastwiskami, szosą i torem kolejowym, który został rozebrany w 1988 r. w związku z budową zapory wodnej na rzece Skawie w Świnnej Porębie.
Dom ten wybudował brat mojego ojca Józef. Wtedy na wsiach budowano budynki murowane jeszcze według schematu budownictwa drewnianego. Do budynku wchodziło się z frontowej strony najpierw do sieni, na jej przedłużeniu była kuchnia. W sieni po lewo i prawo były pokoje. Z kuchni po prawo było dojście do następnego pokoju a po lewo bezpośrednio do stajni, gdzie była krowa, koza, chlewik, króliki, kury, i ogromna ilość much. Ciocia Stefania była krawcową, maszynę do szycia Singer miała przy oknie. W okresach przedświątecznych, słyszeliśmy turkot tej maszyny nawet nocami. W kuchni był też dostęp do pieca chlebowego, którego zasadnicza część znajdowała się w sieni. W tamtych czasach prawie w każdym domu był piec chlebowy.
Mój ojciec Jan był rzemieślnikiem, wyuczył się na szewca i ten zawód kontynuował do swojej emerytury. Mój ojciec nie miał czasu ani ochoty do zajęć gospodarskich. Zatem uprawa roli niewielkiego gospodarstwa i wszystkie z tym związane roboty spadały na jego brata i jego najbliższą rodzinę. Brat Józef imał się też różnych innych robót.
Obaj bracia zawarli związki małżeńskie jeszcze w latach 1930-tych. Józef ożenił się ze Stefanią z domu Ryczko z Leniówki, sąsiadką Jana Sopickiego. Z tego związku urodziła się Krystyna w 1933 r. Drugą córką była Henryka urodzona w 1939 r.
Mój ojciec pojął za żonę Walerię z domu Banaś, pochodzącą z Jaroszowic, przysiółka Jałowce, liczącego kilka domów, na wysokości dawnego młyna na Zbywaczówce /obecnie Młyn Jacka/, między dawnym torem kolejowym a rzeką Skawą.
Moje najwcześniejsze dzieciństwo to było towarzystwo z kuzynką Krystyną, później także z Henryką.
Z Chobotu do Myta można było dojść drogą lub wcześniej skręcić w prawo wzdłuż cieku wodnego, zwanym tu potoczkiem. Mogło to być we wrześniu lub październiku 1939 r. Właśnie nad tym potoczkiem, mnie jako 3-latka, moja mama trzymała na rękach, chyba wyszła przed tatę, który wracał z miasta. Pamiętam płacz i łzy mojego taty, który z miasta przyniósł wiadomość, że Niemcy mają zabierać małe dzieci do Nieniec i tam je zniemczać.
Do takich akcji na szczęście nie doszło.
Drugim moim przeżyciem najmłodszych lat była w 1939 r. ucieczka z domu przed wojskami niemieckimi. Uciekaliśmy wczas rano w góry w kierunku lasu wraz z innymi rodzinami. Uciekinierzy taszczyli toboły z ubraniami, pościelą zawinięte w białe prześcieradła. Przy polnej drodze, wśród pól zarządzono odpoczynek. Z tego miejsca było widać dolinę Skawy, tor kolejowy I szosę. Był poranny brzask. Widzieliśmy długie kolumny niemieckich samochodów ciężarowych z plandekami i z włączonymi światłami. Pod plandekami prawdopodobnie przewożone było wojsko. Samochody jechały od Zbywaczówki w kierunku Suchej Beskidzkiej. Samochody się nie zatrzymały i po dłuższym oczekiwaniu postanowiono wracać do domów.
Nie pamiętam dokładnie kiedy Niemcy przesiedlali całe rodziny z Choczni. Dwie rodziny przesiedlono do Chobotu. Do domu nr 15 Adolfa Radwana wprowadzono rodzinę Bąków z małym dzieckiem. Po przeciwnej stronie drogi stoi murowany dom Artura Radwana nr 14, późniejszego partyzanta, gdzie umieszczono w jednym pokoju 6-cio osobową rodzinę Malatów tj. rodzice i ich dzieci: Apolonia, Helena, Stanisław i Maria.
Pan Malata m.in. nadzorował przebudowę głównej drogi przez Chobot i pilnował właściwego wykonania utwardzenia drogi, ukształtowania skarp, budowy przepustów i rowów przydrożnych do odprowadzania wód opadowych.
Panią Malatową zapamiętałem jako osobę drobną, szczupłą, była nieprzeciętnie uroczą i uczynną.
Na Leniówce do domu p. Kawończyków Niemcy wprowadzili rodzinę Kręciochów także z Choczni.
Rodzina p. Malatów po wojnie powróciła do Choczni na swoje gospodarstwo. Przez następne lata: Apolonia została na gospodarstwie, Helena była dyrektorem Narodowego Banku Polskiego w Wadowicach, Stanisław był pracownikiem Wytwórni Silników Wysokoprężnych w Andrychowie, wcześniej w Zakładach Lotniczych w Świdniku, Maria była pracownikiem umysłowym Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego w Wadowicach.
Podczas okupacji niemieckiej wszystkie dzieci z Chobotu i Leniówki chodziły do szkoły w Świnnej Porębie. Budynek szkolny został wybudowany z początkiem XX wieku i zawierał dwie izby lekcyjne, korytarz i z oddzielnym wejściem mieszkanie dla kierownika szkoły. Na podwórku szkolnym była studnia kopana. Obowiązkiem uczniów starszych klas było dostarczanie wody do klas do ścierania i mycia tablic oraz do mieszkania kierownika szkoły.
Izby lekcyjne ogrzewane były piecami kaflowymi. Pamiętam apele nauczyciela, abyśmy idąc do szkoły, zbierali gałęzie i inne drewno do ogrzewania izb lekcyjnych w chłodnie pory roku.
Kierownikiem szkoły od czasu jej powstania był nauczyciel Stanisław Synowiec. Pochodził z Krakowa, z dzielnicy Dębniki, podobno mieszkał przy ul. Szwedzkiej. Żona pani Felicja, też była nauczycielką. Mieli córkę Marię, która jeszcze przed 1939 r. była studentką Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Państwo Synowcowie byli także nauczycielami mojego ojca, który urodził się w 1910r.
Do szkoły poszedłem w 1942 r. W czasie okupacji niemieckiej jako Polacy mieliśmy umieć tylko pisać, czytać, rachować, były też lekcje rysunku. Do polskiego w wyższej klasie miałem przedwojenną książkę. By nic nie wiedzieć o przedwojennej Polsce, książka w kilku miejscach musiała mieć posklejane kartki. Przedmioty takie jak historia, literatura, przyroda, geografia były nam zupełnie nieznane.
Mój ojciec w okresie okupacji był zarejestrowanym rzemieślnikiem jako „Schumacher”, tzn. szewc. Na wsiach Niemcy rozdawali wszystkim rodzinom specjalne bloczki, aby z wpisanym swoim nazwiskiem, dostarczali tym szewcom u których chcą naprawiać swoje buty.
Mój ojciec tych karteczek miał dużo, nalepiał je na papier pakowy, taki był wymóg władz niemieckich, zawoził je do Bielska, ówczesnego miasta wojewódzkiego /Kreiss Bielitz/.
Na podstawie ilości karteczek otrzymywał przydziały skór; wierzchniej, podeszwowej i inne materiały.
Żeby wtedy dojechać do Bielska, trzeba było z Chobotu iść pieszo do stacji kolejowej w Wadowicach, oczywiście na określoną ranną godzinę.
Powrót taką samą drogą, tylko, że z zakupionym przydzielonym towarem.
Pewnego dnia pojechałem z ojcem do Bielska po przydział. Zapamiętałem to miasto jako bardzo czyste i sprężyście maszerujących po chodnikach mężczyzn w zielonych mundurach i z opaskami ze swastyką na lewych ramionach. Czapki mieli wysokie o eliptycznym kroju. Ojciec w Bielsku odwiedzał też dobrego znajomego z Leniówki, znanego tu krawca Józefa Ryczko, szwagra swojego brata Józefa.
Za płotem mieliśmy wiejski sklep, w budynku mieszkalnym drewnianym rodziny Wiktorii i Józefa Byrskich. Natomiast sklep i pomieszczenie mieszkalne prowadzących sklep stanowiły połowę tego budynku.
W Chobocie był to jedyny sklep, prowadzony przez małżeństwo Marię i Józefa Radwan. Jak wtedy mówiono, był to sklep „towarów mieszanych”. Sprzedawcy nie mieli żadnych urządzeń do liczenia, zazwyczaj był to ołówek I przypadkowe skrawki papieru, na których odbywało się ręczne liczenie za sprzedane towary klientowi.
W tym małym sklepiku kupowało się na kartki chleb, tłuszcze, masło, margarynę, marmoladę. Cukier, mąkę i inne towary sypkie ważone były na szalkowej wadze. Były też wędliny, kiełbasa, salceson, leberka /pasztetowa/. W sklepie była też metalowa beczka z naftą, wyłącznie do oświetlenia mieszkań. Ręczną pompką sprzedawca nalewał naftę do litrowych szklanych butelek klienta.
Jako dzieci nie wiedzieliśmy co to są słodycze, cukierki czy czekolada. W sklepie widziałem małą miedniczkę z wodą by sprzedawca mógł umyć ręce.
W mojej pamięci wciąż żywe jest wspomnienie z lat dziecinnych. Było to chyba w 1942 roku. Mój ojciec w mieszkaniu miał warsztat szewski i przygotowywał sobie końcówkę dratwy /sznurek do ręcznego szycia butów/ by móc ją łatwo nawlec do igły. Wtedy wstawał z krzesła by dratwę skręcić. W tym momencie zauważył, że z murowanej przybudówki przy domu Bronisławy Radwan unosi się dym między dachówkami. Ojciec wypadł z domu I biegł drogą w kierunku unoszącego się dymu. Biegnącego mojego ojca dostrzegł przez okno krawiec Adolf Radwan.
Skoro mój ojciec biegł to znaczy, że dzieje się coś niezwykłego. Krawiec też rzucił pracę, wybiegł z domu, a że miał blisko, wskoczył na dach przybudówki, odrywał dachówki i natrafił na kilkuletniego chłopca, którego uratował, wyciągając go między łatami, na których ułożone były dachówki. Razem z nim była tam też 3-letnia Zosia. Przybudówka była pełna słomy. Dzieciaki zapaliły tam ogień, a kiedy nie mogły go ugasić, uciekały nie na zewnątrz, tylko wspinały się pod dach na stertę słomy.
Gęsty dym nie pozwolił odnaleźć Zosi. Gaszenie pożaru wodą z wiader było mało skuteczne.
Mama Zosi Bronisława Radwan w tym dniu rano poszła pieszo 5 km do Wadowic. Kiedy wróciła, pożar był ugaszony, zastała spalone ciało swojej jedynej córeczki. Do późnego wieczora słychać było rozpaczliwy i rozdzierający krzyk i płacz matki, po stracie najdroższego jej dziecka. Ojciec Zosi Franciszek Radwan w 1939 r. poszedł na wojnę i nie wrócił.
Swąd spalonego drewna dachu przybudówki i słomy przez długi czas nie pozwalał zapomnieć o tamtejszej tragedii.
Po kilku godzinach po ugaszeniu pożaru, przyjechał niemiecki duży samochód pożarniczy z Wadowic, który nie miał już potrzeby brać udziału w jakiejkolwiek akcji. Chłopiec Józef Radwan – kuzyn Zosi, uległ poparzeniom z których się wyleczył, pozostały mu tylko blizny na skroni.
W okresie okupacji rzeka Skawa była rzeką graniczną, często widywałem strażników granicznych, niektórzy przychodzili do mojego ojca, aby naprawiał im buty. Ich siedzibą był drewniany barak, wybudowany przez niemieckich robotników w Świnnej Porębie, w pobliżu dworku p. Gajdziaka, przedwojennego właściciela ziemskiego.
Od domu gdzie mieszkaliśmy widać było patrolujących przy Skawie pograniczników, których powszechnie zwaliśmy „zielonkami”. Byli to mężczyźni po czterdziestce zazwyczaj Ślązacy, bo znali trochę, a niektórzy całkiem dobrze język polski.
Podczas okupacji nie wiedzieliśmy, że Hitler dekretem z 12 października 1939 r. wyznaczył na Skawie granicę między Reichem a Generalną Gubernią. Tereny po lewym brzegu Skawy zostały włączone do Reichu, a po prawym należały do Generalnej Gubernii.
W budynku murowanym nr 14 do którego przesiedlono z Choczni rodzinę Malatów, mieszkali prawowici właściciele tj. Artur Radwan ze swoją matką, wdową, powszechnie zwaną „Rzycką”. Podobno pochodziła ze wsi Rzyki, k/Andrychowa.
Jej syn Artur stale szukał celu w swoim życiu. Mój ojciec mówił, że Atorek, zdrobniale od imienia Artur, był w seminarium duchownym. Podobno w domu, ćwicząc głos, wygłaszał kazania, jak ksiądz z ambony.
Nie dla niego była jednak asceza. Opuścił seminarium, zajmował się różną działalnością, nie zawsze zgodną z obowiązującym prawem okupanta. Mówiono, że był bardzo sprytny. Po wejściu Niemców, nie podjął żadnej legalnej pracy, co było powszechnym obowiązkiem, stąd dla Szkopów był pod specjalnym nadzorem.
W Chobocie była rodzina z trójką dzieci, a mężczyzna – głowa rodziny miał taką samą datę urodzenia jak Artur i podczas mniej ważnych kontroli, Artur podawał, że nazywa się Johann Paździora. Stąd wniosek, że udawało mu się kontrolujących wprowadzać w błąd.
Po wojnie Jan Paździora mówił, że do jego domu raz przyszedł Artur Radwan i jego dzieciom, zostawił do zabawy pudełko po tytoniu i przyznał, że to pudełko zaraz spalił w piecu. Za handel tytoniem Niemcy stosowali ostre kary, nawet z odesłaniem podejrzanego do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.
Było to w 1944 roku. Artur znalazł się w domu bardzo bliskiego sąsiada krawca Adolfa Radwana. Kiedy krawiec zorientował się, że przy furtce jego parceli stoi gestapo, ustalili, że Artur wyjdzie z rzekomo swoją kurtką od krawca. Oczywiście gestapo zatrzymało wychodzącego. Na zapytanie o nazwisko, odpowiedział: Johann Paździora.
Udając, że szuka dokumentów, rzucił kurtką w gestapowców i zerwał się do ucieczki w stronę budynku nr 8 /Bronisławy Radwan/, za którym droga wiejska ostro skręca o 900 w kierunku północnym.
Artur uciekał między tyłem tego domu a naturalnym brzegiem o wysokości ponad 1 m, następnie przez drogę i dalej szeroką miedzą w stronę „pagórków”. Zanim gestapowcy odpięli kabury i wyciągnęli broń, Artur oddalił się od nich na kilkanaście metrów.
Jeden gestapowiec biegł drogą, by zbiega dopaść zaraz za budynkiem nr 8. Jego strzały z pistoletu chybiały, chciał wbiec na miedzę, ale nie zauważył, że było tam mało widoczne ogrodzenie z drutu kolczastego, na palikach drewnianych o wysokości ok. 1 m. Gestapowiec go nie zauważył i na tym ogrodzeniu wykonał przewrotkę na twarz.
Drugi gestapowiec, który biegł dokładnie za Arturem, nie mógł do niego strzelać, gdyż w tym momencie na linii jego strzału pojawiła się chłopska furmanka woźnicy z Kozińca.
Na tych przypadkach skorzystał Artur. Strzały z pistoletów z coraz większej odległości były niecelne. Artur biegł boso. Szybko zniknął za pagórkiem, przebiegł pod pagórkiem w stronę potoku Czerna.
Tym potokiem dobiegł do Skawy i niedostrzeżony przez celników, znalazł się na drugim brzegu rzeki tj. w Generalnej Guberni. Tam wyszedł kilkadziesiąt metrów na zbocze góry Jaroszowickiej, usiadł na pniu ściętego drzewa i obserwował, jak gestapowcy opuszczają Chobot po nieudanej akcji.
Ucieczkę Artura z moim ojcem i jego bratem Józefem, obserwowaliśmy przez szczytowe okienko na strychu naszego domu.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia byłem z rówieśnikami na placu przed sklepem, a drogą od chobockich lasów, czyli z niespodziewanej strony, idzie sobie normalnym krokiem Artur w innym ubraniu, w porządnych butach i czapce, którą teraz nazwałbym leninówką.
Podziwiam jego odwagę, przecież w sklepie często przebywali Niemcy.
Po miesiącu, może dwóch za ogrodzeniem przy naszym domu pojawił się pogranicznik, słabo mówił po polsku, ale przkazał, ż jakiś P…P…P…, nie potrafił wymówić nazwiska, przyszedł do ich Zollamtu z jakąś wiadomością. Na szczęście w ogrodzie Artura była p. Malatowa, której tę wiadomość przekazała moja mama. Pani Malatowa podążyła do domu, czy Artur był w domu – nie wiedzieliśmy. Dalszych losów nie znam. Niemców nie widzieliśmy w tym dniu.
Artura też nie.
Nigdy nie wiedziałem, kto do mojego ojca przynosił wiadomości o powstaniu warszawskim, spisane na skrawkach papieru. Oświetleniowa lampa naftowa wtedy była gaszona, moja mama przy świetle ognia z żelaznego piecyka, czytała przekazane wiadomości o łapankach, rozstrzeliwaniach, torturach ludności, stolicy po wybuchu powstania. Po przeczytaniu ulotki były palone w piecu.
Pamiętam dwukrotną obecność Artura w naszym mieszkaniu. Zjawiał się zawsze późnym wieczorem. Za pierwszym razem wieczór spędził z sąsiadami na grze w karty. Byli wtedy: Artur, sąsiad Franciszek Gurdek, Stanisław Ryczko z Leniówki i mój ojciec.
Za drugim razem przyszedł jesienią, ciemnym późnym wieczorem I pamiętam jak mówił, że jeszcze tej samej nocy pójdzie górami do Żywca. Podczas rozmowy usłyszeliśmy bardzo mocne wręcz brutalne dobijanie się do drzwi wejściowych do budynku, jak to zwykle robili gestapowcy. Padł wielki strach na wszystkich. Artur zapytał, czy jest drugie wyjście z domu.
Pół żywa moja mama poszła otworzyć, prymitywne zbite z desek drzwi.
Dobijającym się był sąsiad krawiec Adolf Radwan, który nie wiedział, że Artur jest w naszym mieszkaniu. Później powiedział, że dla żartu naśladował zachowanie się Niemców.
W okresie okupacji wszystkie okna musiały być tak zasłaniane, by nie było widać z zewnątrz światła w mieszkaniach i innych pomieszczeniach.
Jesienią 1944 r. mój ojciec gdzieś się dowiedział, że Niemcy zaczynają się nim interesować. Ja godzinami w ciągu dnia wysiadywałem pod domem, skąd miałem doskonały widok na myto i szosę. Miałem informować ojca czy jakiś samochód skręca na Ponikiew. Wtedy przerywał pracę i wychodził w pola między zboża. Nigdy po niego nie przyszli, bo zapewne był dla nich mało ważny a myśli mogli mieć zajęte ucieczką przed zbliżającym się frontem.
Dopiero po wojnie, rodzice dowiedzieli się, od listonosza z Ponikwi, że sąsiad, który do nas często przychodził, doniósł Niemcom, że mój ojciec zajmuje się polityką.
Nadszedł dzień 14 grudnia 1944 r. Wstawałem przed godziną 7-mą, bo chodziłem do szkoły w Świnnej Porębie na godz. 800. Poranną ciszę na wsi nagle przerwała seria z pistoletu maszynowego. Koło domu Artura byli Niemcy.
Po chwili słychać było drugą krótszą serię. Nie jestem w stanie teraz przypomnieć sobie, czy w tym dniu poszedłem do szkoły.
Nikt w sąsiedztwie nie wychodził z domu. Natomiast wszyscy z trwogą i zaciekawieniem świat oglądali z domów przez swoje okna. Około godziny 9-tej Niemcy wyszli do sadu a z nimi p. Malata. W pewnym momencie p. Malata pokazuje na nasz dom. Ten moment widziała moja mama, którą dopadły najgorsze myśli.
Ojciec nie chciał obserwować co się dzieje za oknem, wolał siedzieć przy warsztacie i zajmować się swoją robotą. Po chwili sprawa się wyjaśniła. Mój ojciec był im potrzebny do kopania w sadzie dołu-grobu, do którego później złożono ciała Artura i jego matkę. Po złożeniu ciał w ubraniach, jak zastała ich śmierć, zostali zasypani ziemią.
W dwa lub trzy dni po tej tragedii, dzięki mojemu rówieśnikowi Staszkowi Malacie, który mieszkał w tym domu, znalazłem się w tamtym tragicznym miejscu. Staszek otworzył drzwi pokoju w którym wtedy był Artur. Stałem w drzwiach i nie mogłem pójść dalej. Pod oknem było łóżko, w którym spał nieszczęsny partyzant. Zapamiętałem, że pościel nie była najwyższej czystości.
Dużo zastygłej krwi było na parapecie okna i na ścianie pod parapetem.
Zapewne Artur , kiedy w kuchni usłyszał głosy Niemców, poderwał się do ucieczki przez okno. Jednak seria z automatu mu na to nie pozwoliła i został na parapecie, wykrwawiając się.
Okupanci tak przeprowadzili całą akcję, że przy każdym narożniku domu, stał jeden Niemiec z bronią gotową do strzału.
Artur nie miał żadnej szansy żeby uciec.
Mimo, że od tego tragicznego wydarzenia minęły już dziesiątki lat, takich scen nie można zapomnieć do końca życia. Nie potrafię sobie wyobrazić, co przeżywała rodzina Malatów, bo przecież ta cała strzelanina, działa się za ścianą ich mieszkania.
Całą akcję zlikwidowania partyzanta Artura Radwana i jego matki, opisał Dominik Byrski „Czaronowiejski” w Przeglądzie Historyczno – Kulturalnym „Wadoviana” nr 8 z 2004 r. w artykule „Ocalić od zapomnienia”.
Po wyzwoleniu w 1946 r. ciała zamordowanych zostały ekshumowane, włożone do trumien i na dwóch furmankach, w kondukcie żałobnym zawiezione do kościoła parafialnego ONMP w Wadowicach, następnie złożone na Cmentarzu Parafialnym w Wadowicach. Nie byłem na tym pogrzebie.
Uczestnicy konduktu mówili, że piękne przemówienie nad ich grobami wygłosił też partyzant, później naukowiec i wykładowca w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Krakowie – dr Bronisław Byrski.
Pod koniec 1944 roku wieczorne łuny artylerii Armii Czerwonej były coraz jaśniejsze, było też słychać odgłosy ich dział. Front szybko się zbliżał.
Mieszkańcy Chobotu byli zgodni co do tego, że pozostanie w domach podczas frontu będzie bardzo niebezpieczne dla tut. ludności. Trzeba było uciekać , i to jedynie w kierunku Ponikwi. Była mroźna zima, śnieg miał grubość około 0,5 metra. Uciekinierzy zabierali jedynie podręczny dobytek. Moja mama miała dodatkowe obowiązki, bo musiała się opiekować kilkumiesięcznym moim braciszkiem w beciku
Pierwsze noce spędziliśmy na Leniówce, w domu Józefa Ryczko. Kiedy Rosjanie byli już bardzo blisko, ktoś saniami nas i inne rodziny zawiózł wgłąb do Ponikwi, powyżej kościoła. Zatrzymaliśmy się u gospodarza o nazwisku Byrski, tuż za jedynym wtedy piętrowym murowanym budynkiem mieszkalnym p. Jaworka. Tam byliśmy około tygodnia.
Wraz z nami w tym domu były jeszcze inne rodziny z Chobotu. Państwo Byrscy byli bardzo życzliwi w stosunku do nas – uciekających przed pociskami I tym co wiąże się z wojną.
W czasie frontowego natarcia artyleria sowiecka uszkodziła w Chobocie kilka domów. Pocisk artyleryjski trafił w dom w którym mieszkaliśmy. Uszkodził konstrukcję dachu, strop nad nieukończonym pokojem, mur nad otworami okiennymi.
Spalił się jeden dom mieszkalny drewniany, najbiedniejszej wielodzietnej rodziny, która też schroniła się u p. Byrskich w Ponikwi. Najstarsze z dzieci już z Ponikwi musiały pójść na służbę do gospodarzy w innych wsiach.
W kilka dni po przejściu frontu w kierunku Wadowic, kiedy byliśmy już w Chobocie, ojciec zabrał mnie na Myto. Zima była śnieżna i ostra, grubość śniegu dochodziła do 0,5 metra. Między budynkiem restauracji a szosą Wadowice – Sucha Beskidzka był wtedy niewielki zajazd na postój furmanek, gdy woźnicy byli w knajpie.
Otóż na tym zajeździe były trupy niemieckich żołnierzy, częściowo przysypanych śniegiem. Żołnierze byli w różnych pozach, widziałem głowę jednego żołnierza z częściowo odciętą czaszką, widać było zakrwawiony, zastygły od mrozu mózg. Niewiadomo jak ci żołnierze byli zabijani, zapewne nie od kul, a raczej od siekiery czy topora. Co się tam wtedy działo, trudno się nawet domyślić.
Żołnierze ci uciekając przed nacierającym „Iwanem”, postanowili zanocować u p. Brańki na poddaszu. Rosjanie wczesnym ranem przyjechali czołgiem. Wpadli do budynku. Starszemu stopniem Niemcowi, prawdopodobnie oficerowi, kazali rozebrać się do naga i stanąć w otworze drzwiowym, za którym nie było balkonu ani żadnego podestu. Po serii z rosyjskiego automatu jego ciało spadło na śnieg i tam leżało do czasu pochówku.
W kilka tygodni po przejściu frontu, zabitych żołnierzy niemieckich, mężczyźni z sąsiedztwa zakopali we wspólnym grobie przy szosie nr 28, przy skrzyżowaniu z drogą dojazdową do byłego przystanku PKP „Czartak”.
Będąc jeszcze w Pinikwi, byliśmy bardzo ciekawi, co się dzieje w Chobocie po przejściu frontu. Po upewnieniu się, że Niemcy wciąż uciekają, rodziny postanowiły wracać do swoich domów. Zorientowaliśmy się, że podczas naszej nieobecności, ktoś „odwiedzał” mieszkania, bo poginęły np. drobne przedmioty. Ja nie mogłem przeżałować, bo zginęła moja kasetka na drobiazgi.
Nasze małe mieszkanie nieopalane przez kilka dni, było bardzo zimne, a mój kilkumiesięczny braciszek wymagał przecież odpowiednich warunków.
Wodę przynosiłem ze źródła oddalonego o około 350 m.
Po przejściu frontu na śniegu ludzie znajdowali różne rzeczy jak maski przeciwgazowe, opakowania po pociskach artyleryjskich, naboje do karabinów a nawet pociski artyleryjskie, które nie wybuchły oraz inne przedmioty o nieznanym przeznaczeniu.
Na tych pozostałościach najbardziej cierpieli młodzi chłopcy. Do szkoły w Świnnej Porębie chodził z nami chłopiec Marian Woźniak. Prawdopodobnie majstrował z jakimś pociskiem czy granatem, który mu wybuchnął i mocno go poranił.
Furmanką wieziono go do szpitala w Wadowicach. W drodze do szpitala Marian zmarł, furmanka musiała zawrócić. Chłopiec miał najwyżej 10 lat. Takie i mniej tragiczne wypadki zdarzały się w wieli innych miejscowościach.
W 1946 roku urodził się mój drugi braciszek Leszek. Mieszkanie nasze to był jeden pokój o powierzchni 10,0 m2. W nim mieściła się rodzina już 5-cio osobowa i warsztat szewski. Potrawy były gotowane na żeliwnym piecyku z szabaśnikiem. W kącie przy drzwiach stała ubraniowa. A że do ojca przychodzili sąsiedzi, czasem na dłuższe pogaduszki, w mieszkaniu bywało ciasno.
Ojciec był zmuszony szukać mieszkania w mieście. Osoby z którymi załatwiał mieszkanie nie zawsze były uczciwe. W końcu znalazł n a Gotowiźnie mieszkanie – mały dom drewniany, którego właściciel, szanowany krawiec Tadeusz Janik, otrzymał duże mieszkanie z pokojem na zakład krawiecki i to jeszcze blisko rynku. Mieszkańcami Wadowic zostaliśmy w listopadzie 1946 r.
Nasz nowy adres: Wadowice, ul. Gotowizna 1.
Mnie zapisano do 5 klasy w Szkole Podstawowej w Wadowicach, przy ul. Sienkiewicza.
Do Chobotu przez sentyment, często z ojcem wracaliśmy do rodziny i do byłego domu mieszkalnego, Dzisiaj chociaż jestem już starcem, Chobot zawsze bardzo mile wspominam, mimo, że dom w którym się urodziłem stoi teraz pusty. W ubiegłym roku zmarła w nim samotnie mieszkająca kuzynka Henryka.
Dawni jego mieszkańcy, jedni są już w lepszym świecie, pozostali pozakładali rodziny poza Chobotem.
Wadowice, luty 2023 r.
Autor: JANUSZ SOBALA
Urodzony w Ponikwi-Chobot k/Wadowic w 1936 roku. Wykształcenie architekt i Podyplomowe Studium Urbanistyczne na Politechnice Krakowskiej. Praca: w pracowni urbanistycznej, w administracji budowlanej, w biurze projektów w Wadowicach. Przez dwie kadencje /2004-2012/ prezes Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej.
Zostaw komentarz