Pamiętacie?

To było dość dawno, ale kilkukrotnie pisałem, że kłopot Francji z imigracją wynika z jeszcze XIX wiecznego rozwiązania prawnego – nowej definicji obywatelstwa, która była efektem wysiłków Erneste Renana i echem jego słynnego eseju „Czym jest naród?” (1882).

Renan, chociaż w Polsce szerzej mało znany, zalicza się do „ojców europejskiego liberalizmu”. Prawdopodobnie był pierwszym, który sformułował tezę, że:

„Narody nie są wieczne – mają swój początek i koniec. Narody europejskie prawdopodobnie zakończą swój los w ramach europejskiej federacji.”

To on twierdził, że obywatelstwo nie powinno mieć związku z „prawem krwi” – czyli nie powinno wynikać z dziedziczenia, ale powinno być związane z „prawem ziemi”: obywatelem jest ten, kto urodził się na terytorium danego kraju. To właśnie z tej koncepcji wynika przyjęty przez wiele krajów zwyczaj, że jeżeli dziecko urodzi się na pokładzie samolotu, staje się automatycznie obywatelem tego państwa, w którym zarejestrowany jest dany statek powietrzny.

Był to szczytowy okres pozytywizmu i scientyzmu – dotychczasowy porządek społeczny zaczął być atakowany jako nieznajdujący „naukowego oparcia” a na jego miejsce odważnie proponowano nowe „naukowe” formy. Prawo ziemi (ius soli) było jedną z nich. Francuskie kolonie miały być zintergowane z macierzą a ich mieszkańcy z dnia na dzień stali się Francuzami – takimi samymi jak mieszkańcy Paryża czy Lyonu. Ich prawo do równego obywatelstwa miał też podkreślać sporadyczny udział Czarnych i Arabów w wojnie francusko-pruskiej oraz wojnach krymskich. W istocie, prpopozycje Renana szły jeszcze dalej! Wg. niego tym, co konstruuje „nowego obywatela” nie jest ani krew ani ziemia na której się urodził, ale „wspólna wizja celu”.

Kontynuując jego myśl czeski socjalista niemiecko-żydowskiego pochodzenia Karl Deutch sformułował w 1969 r. tezę:

„Naród, to grupa ludzi połączonych fałszywą wizją własnej przeszłości oraz nienawiścią do sąsiadów”, która po II Wojnie Światowej stała się mantrą lewicujących liberałów budujących Unię Europejską. Powtarzana nieustannie w różnych formach fraza ta stała się „oczywistością” wyrażaną w niezmiennej niechęci elit do wszelkiego nacjonalizmu.

Pojęcie narodu – podobnie jak „religii”, „cywilizacji” a obecnie „kultury” stało się głównym obiektem „dekonstrukcji” zmierzającej do wykazania, że nic właściwie za nim nie stoi, że jest to w istocie „stek bzdur i przesądów” utrudniających postęp społeczny, z którymi należy jak najpilniej zerwać, jeśli szczerze marzy się o budowie nowoczesnego, sprawiedliwego społeczeństwa „wolnych i równych” obywateli. Z takiej perspektywy cel ekonomiczny, jakim była budowa wspólnego rynku europejskiego, staje się wyłącznie pierwszym etapem wielkiego projektu obejmującego całą ludzkość…

Być może jednak europejskie narody wcale nie mają szczególnej ochoty być zaangażowane w tak ogólny i dalekosiężny projekt zdefiniowany przez elity?