Monika Piątkowska uzyskała o 62 878 głosów mniej, niż jej rywal. Jeśli to nie jest klęska, nie wiem co miałoby nią być. Miasta takie jak Kalisz czy Słupsk, liczą tyle wszystkich wyborców.
Przywoływane przez komentatorów przyczyny nokautu miały naturalnie znaczenie, lecz wg mnie nie dotykają istoty.
Mówi się bowiem, że kandydatka mało znana i fatalnie ogłoszona przez Tuska i Kosiniak-Kamysza w Warszawie. Mówi się o lichej kampanii i sztabie amatorów. Oraz o niekoherencji Piątkowskiej, która obwiniała rywali o hejt, by w następnym zdaniu oskarżyć Łukasza Gibałę, że chce podpalić Kraków. O przedziwnej sytuacji patronatu politycznego, który był, choć niby go nie było („KWW Moniki Piątkowskiej – Ponad Podziałami”) a jednak sprowadził do Krakowa całą ‘tablicę Mendelejewa’ ministrów Koalicji. Tyle, że KO nie wydała, przynajmniej oficjalnie, złotówki na kampanię. Za to jej fani głosili na dachach, że bogacz Gibała chce sobie „kupić Kraków”.
Insynuacji i pomówień było znacznie więcej, tylko że nie zadziałały. Podobnie mało skuteczne okazało się wsparcie medialne przychylnych Piątkowskiej głównych tytułów i portali. A dziwne przemówienie Donalda Tuska, który po rytualnych komplementach wobec kandydatki przeszedł do polityki ogólnokrajowej tylko Krakusów rozzłościło.
Dość powiedzieć, że na Gibałę, a przeciw Piątkowskiej, głosowali nie tylko wyborcy PiS-u, czy Konfy, ale również całkiem liczni zwolennicy Koalicji Obywatelskiej.
Dlaczego?
Ponieważ Krakowianie zdali sobie sprawę z fatalnej sytuacji miasta. Nie jest przypadkiem, że Gibała wygrał w każdej grupie wiekowej. Że miał ogromną przewagę wśród młodych. Przede wszystkim jednak nie jest przypadkiem, że najmniejszą przewagę uzyskał u wyborców starszych niż 60 lat. I nie chodzi o żaden ‘konserwatyzm’ krakowskich seniorów, chyba że za konserwatyzm uznać westchnienie: „żeby było, tak jak było!”.
Ale tak już nie będzie, bo być nie może. I nie powinno, jeśli Kraków ma nie utonąć w długach, nie stracić całkowicie na znaczeniu, nie zamienić się w wydmuszkę.
Jacek Majchrowski za długo utrzymywał się u władzy przy wsparciu starych elit, które z latami zmieniły się w swego rodzaju oligarchię. Kooptacja (często pozorna i chwilowa) przebiegała na dwa sposoby: krewni i przyjaciele królika lub wskazani przez partie działacze potrzebni do uzyskania sterowności w Radzie. A tak się składało, że ci ostatni pochodzący z Platformy i KO byli prezydentowi niezbędni więc nienasyceni. Co gorsza, najczęściej zadowalali się stanowiskiem nie wnosząc żadnej realnej wartości dodanej.
A dostojni starcy z uniwersytetów, mediów, czy instytucji kultury oraz ci mniej dostojni, choć nie mniej wpływowi z biznesu, spoglądali na wszystko z wyżyn autoproklamowanej wyższości moralnej. Ich życie i sposób myślenia nie miały wiele wspólnego z rzeczywistymi problemami Krakowian. Z upływem lat stali się oligarchią ślepą na rzeczywistość.
Elita intelektualna powinna dostrzec – i nazwać – to czego na czas nie dostrzegają umęczeni walką z rzeczywistością zwykli obywatele.
Funkcją elit nie jest konformizm, lecz zrozumienie i antycypowanie zmian w ich złożoności. Sytuacja w której Kraków zamienia się w Disneyland dla turystów, życie naukowe ubożeje, najzdolniejsi młodzi wyjeżdżają zagranicę lub do Warszawy, bo miasto stawiało na korpo lekceważąc budowę miejscowych centrów nauki i rozwoju, a dziś korporacje zwalniają setki a nawet tysiące pracowników. Sytuacja gdzie w całym ogromnym Rynku mieszka jakieś 10 rodzin, bo nikt nie zniesie życia w lunaparku… Miasto w którym wybebeszano kamienice z zabytkowej stolarki, cudnych ceramicznych pieców, łazienek jak z bajki, sufitów zdobionych stiukami, a nawet secesyjnych witraży… A wydmuszki wypełniano przeznaczonymi pod hostele klitkami z kartongipsu. Nawet ogródki w podwórkach betonowano pod knajpy lub garaże. A mieszkańcy musieli uciekać.
Przez lata dewastujące miasto zjawiska były zamilczane i lekceważone przez rządzące elity, które do perfekcji opanowały język tłumaczenia tego co wyżej, nieuchronnością modernizacji. Rzadko kto odważał się temu sprzeciwić. Bo pseudomodernizacyjna mistyfikacja dyskursu owijała ludzi jak wata, zasłaniając im oczy i uszy.
To właśnie się skończyło.
Monika Piątkowska nie zauważyła, że jest postrzegana jako kandydatka tej starej oligarchii. W Łukaszu Gibale ludzie widzą nadzieję na zmianę, na dostrzeżenie realnych i ambitnych aspiracji w miejsce kopiowanych przez 20 lat zaklęć postkolonialnych.
Oto dlaczego co piąty wyborca Aleksandra Miszalskiego sprzed 2,5 roku głosował na Łukasza Gibałę a nie na Monikę Piątkowską. Oto dlaczego Gibałę wybierali młodzi i to z ogromną przewagą.
Czy nowy prezydent Krakowa sprosta oczekiwaniom? Nie wiem i nikt tego nie wie. Rządzenie takim miastem jak Kraków bez większości w Radzie, z prawdopodobną niechęcią rządu, z utrwalonymi przez lata sieciami wpływów i z anachronicznymi elitami, nie będzie łatwe.
Wbrew przyprawianej mu gębie, Gibała jest teoretycznie nieźle przygotowany do swej nowej roli. Pierwszy raz radnym miejskim został 20 lat temu, kandydował na urząd prezydenta Krakowa nie raz. Doktor nauk humanistycznych, po rocznym stypendium na Uniwersytecie Notre Dame w USA, był też pracownikiem naukowym UJ. Tyle teoria. Nadchodzące 2 lata będą sprawdzianem praktycznym.
fot. Grafika wygenerowana przez AI
Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, opublikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.
Zostaw komentarz