Są granice, których przekraczać po prostu nie wolno. I jedną z nich jest rozdawanie pamiątek z wizerunkiem generała Wehrmachtu w pełnym niemieckim mundurze z nazistowskimi oznaczeniami – w kraju, który podczas II wojny światowej stracił blisko sześć milionów obywateli.

A jednak do tego doszło.

W Chełmie Górnym podczas historycznego festynu uczestnicy otrzymywali kubki z podobizną Henninga von Tresckowa. Organizatorzy tłumaczyli, że chcieli przypomnieć autora spisku na Hitlera i lokalną historię. Problem w tym, że historia nie składa się z wygodnych fragmentów.

Tresckow rzeczywiście należał do kręgu oficerów przygotowujących zamach z 20 lipca 1944 roku. Ale wcześniej przez lata był wysokim oficerem Wehrmachtu, uczestniczącym w prowadzeniu wojny prowadzonej przez III Rzeszę. Jeszcze 28 czerwca 1944 roku podpisał rozkaz wykonawczy dotyczący operacji „Heuaktion” – planu uprowadzenia dziesiątek tysięcy dzieci z okupowanych terenów Polski, Ukrainy i Białorusi. Dzieci miały zostać zgermanizowane albo wykorzystane jako niewolnicza siła robocza.

To nie jest historyczny przypis.

To nie jest drobny szczegół.

To jedna z najciemniejszych kart niemieckiej okupacji.

Jak można przedstawiać taką postać wyłącznie jako bohatera? Jak można wręczać rodzinom z dziećmi kubki z niemieckim generałem w nazistowskim mundurze, nie wspominając o ofiarach jego państwa i o zbrodniach, które współtworzył aparat wojenny III Rzeszy?

Wyobraźmy sobie odwrotną sytuację. Czy w Niemczech zorganizowano by festyn z pamiątkami przedstawiającymi wysokiego funkcjonariusza komunistycznego aparatu przemocy tylko dlatego, że pod koniec życia sprzeciwił się własnemu systemowi? Trudno sobie to wyobrazić.

Historia wymaga uczciwości.

Jeżeli opowiadamy o Tresckowie, należy powiedzieć wszystko – zarówno o jego udziale w antyhitlerowskim spisku, jak i o wcześniejszej służbie w armii odpowiedzialnej za niewyobrażalne zbrodnie. Nie wolno wybielać postaci tylko dlatego, że jeden epizod pasuje do współczesnej narracji.

Po wybuchu skandalu organizatorzy przeprosili i przyznali, że postać generała jest kontrowersyjna. Dobrze, że padły przeprosiny. Ale pozostaje pytanie znacznie ważniejsze.

Jak to się stało, że nikt wcześniej nie uznał za problem rozdawania pamiątek z generałem Wehrmachtu? Czy naprawdę zabrakło choć jednej osoby, która powiedziałaby: „To zły pomysł”?

Pamięć historyczna nie polega na wybieraniu wygodnych faktów. Nie można budować jej na przemilczeniach ani relatywizowaniu odpowiedzialności.

Polska ma obowiązek pamiętać o własnych ofiarach. O dzieciach wywożonych z domów. O rodzinach rozbijanych przez okupanta. O milionach ludzi, którzy nie doczekali końca wojny.

Dlatego każda próba przedstawiania wysokich oficerów III Rzeszy wyłącznie jako bohaterów musi spotkać się ze zdecydowanym sprzeciwem. Historia jest wystarczająco tragiczna sama w sobie. Nie potrzebuje wybielania ani marketingowych gadżetów z wizerunkami ludzi, którzy służyli machinie odpowiedzialnej za jedne z największych zbrodni XX wieku.