Jest coś zaskakującego, ale i bardzo niebezpiecznego w tym, co dzieje się dziś z częścią PiS oraz jego sympatykami. W wewnętrznej wojnie z Mateuszem Morawieckim zaczynają powtarzać tezy, które jeszcze niedawno uznawali za atak na własny obóz. Nagle okazuje się, że rację mieli Braun, Mentzen, Bosak krytykując rząd Morawieckiego. Trudno o większy paradoks.
Czy partia może wyrzekać się własnego dorobku? Niby może. Tylko że w ten sposób podważa własną wiarygodność. Skoro przez osiem lat przekonywała Polaków, że prowadzi dobrą politykę, to jak dziś może przedstawiać ją jako pasmo błędów tylko dlatego, że chce uderzyć w jednego ze swoich liderów?
Najlepszym przykładem jest Polski Ład. W debacie publicznej, zgodnie z interesem najsilniejszych grup ekonomicznych, sprowadzono go niemal wyłącznie do wyższej składki zdrowotnej dla części przedsiębiorców. Celowo przemilcza się jednak fakt, że przez lata korzystali oni z zasad podatkowych znacznie korzystniejszych niż miliony pracowników etatowych.
Pomija się również to, co dla zwykłych ludzi miało największe znaczenie. Rekordowe podniesienie kwoty wolnej od podatku, obniżenie podatków dla milionów Polaków oraz realny wzrost dochodów rodzin, emerytów i pracowników. Dla wielu gospodarstw domowych nie była to teoria ekonomiczna, lecz konkretne pieniądze pozostające w kieszeni. Niech nikt nie mówi, że tego nie odczuł.
Dzisiaj próbuje się zostawić tylko jedną narrację: Polski Ład był pomyłką i należy za niego przepraszać. Tymczasem była to pierwsza od wielu lat próba ograniczenia nierówności podatkowych. Można dyskutować o błędach przy wdrażaniu reformy, ale nie wolno udawać, że jej cele i korzyści dla milionów obywateli nie istniały.
Podobnie wygląda sprawa Europejskiego Zielonego Ładu. Dzisiaj coraz częściej słyszymy, że „to Morawiecki podpisał Zielony Ład”. To polityczny slogan, a nie opis rzeczywistości. Europejski Zielony Ład nie był jednym dokumentem, który można było podpisać lub odrzucić jednym ruchem. To wieloletni proces obejmujący dziesiątki strategii, dyrektyw, rozporządzeń i kompromisów wypracowywanych przez instytucje Unii Europejskiej oraz wszystkie państwa członkowskie. Można dyskutować, czy polski rząd wystarczająco skutecznie bronił swoich interesów, ale sprowadzanie całej odpowiedzialności do jednego człowieka jest zwyczajnie nieuczciwe. Tak samo nieuczciwe, jak udawanie, że Polska przez osiem lat nie uczestniczyła w kształtowaniu unijnej polityki.
Identycznie jest z Ukrainą. Dzisiaj część polityków PiS zarzuca Mateuszowi Morawieckiemu, że dał Ukraińcom zbyt wiele przywilejów. Można dyskutować o konkretnych rozwiązaniach, bo nie wszystkie okazały się trafione i część z nich wymagała później korekt, a część została wycofana. Nie wolno jednak wyrywać tych decyzji z historycznego kontekstu. Dzisiaj każdy mądry.
W lutym 2022 roku Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję, a nikt nie wiedział, gdzie zatrzyma się jej armia. Celem Kremla nie było wyłącznie podporządkowanie Ukrainy. Rosja chciała również zmienić układ sił w Europie i osłabić wschodnią flankę NATO. Wsparcie dla Kijowa nie było więc romantycznym uniesieniem ani zakochaniem się w Ukrainie. Było elementem polskiej strategii bezpieczeństwa. Zatrzymanie Rosji na Dnieprze było dla Polski znacznie korzystniejsze niż ryzyko jej obecności na granicach państw NATO.
Dlatego dzisiejsze ściganie się części polityków PiS z Konfederacją i Braunem na coraz ostrzejszą retorykę antyukraińską jest przejawem politycznej amnezji. Jeszcze cztery lata temu ci sami ludzie przekonywali, że bezpieczeństwo Polski wymaga maksymalnego wsparcia dla walczącej Ukrainy. Dziś, w imię wewnętrznej wojny z Morawieckim, próbują przekonać Polaków, że wszystko było błędem.
Można wygrać partyjną rozgrywkę. Można zdobyć chwilowe brawa od tych, którzy od lat atakowali rząd Zjednoczonej Prawicy. Ale jeżeli ceną ma być zaprzeczenie własnym decyzjom, własnym argumentom i własnemu dorobkowi, to nie jest zwycięstwo. To utrata wiarygodności.
Paradoks polega na tym, że w walce z Morawieckim część PiS zaczyna mówić językiem swoich dawnych przeciwników. A partia, która wypiera się własnej historii, prędzej czy później przestaje być wiarygodna także dla własnych wyborców.