Sine chmury gnane północną bryzą przeganiają ostatnich kuracjuszy z plaży. Zaś gwałtowne porywy wiatru szarpiące płótnem dachu, płoszą resztki klienteli z mojego stoiska. Matki ciągną zmarznięte pociechy, wracające z nadmorskich spacerów, nie zatrzymując się przy straganach. W wolińskich kurortach ubywa dzieci, przybywa emerytów. Na szosie stoi w korku długa kolejka aut, powracających z wakacji.
Cały wczorajszy dzień spędziłem za ladą, do której podeszło kilku klientów. Utarg ledwo wystarczył na uiszczenie dziennej opłaty targowej do urzędu gminy. Z braku laku, zabijałem czas lekturą książki Lema, którą kupiłem na wyprzedaży. Tytuł powieści – “Fiasko”
Aby wyjść na swoje, udzielałem korepetycji córce lodziarza, pracującej w budce z lodami obok naszego straganu. Biznesmen poprosił mnie o lekcje dla Wiktorii dopiero na końcu sezonu, kiedy dziewczyna miała już mniej pracy, a interes siadł. Za 3 dni czeka ją egzamin poprawkowy z polskiego. Dlatego w przyspieszonym tempie usiłowaliśmy nadrobić zaległości z programu trzeciej klasy liceum.
Analizowaliśmy lektury, poczynając od epoki romantyzmu, a kończąc na literaturze powojennej, obejmującej utwory powstałe w kraju i na emigracji po 1945 roku.
W ciągu sześciu godzin musieliśmy z obrzędu “Dziadów”, wstępując po drodze na “Wesele”, “Zdążyć przed Panem Bogiem”.
Ale dzisiaj, wartę na straganie trzyma Cesia, więc ja wybrałem się na wycieczkę rowerową ścieżką prowadzącą wzdłuż brzegów Zalewu Kamieńskiego.
Na końcu wsi Wrzosowo przy skrzyżowaniu z drogą do Pobierowa widzę Długą Górę, wzgórze na którym kiedyś palono czarownice. Ostatnią ofiarą straconą na Langen Bergu, jak nazywano to miejsce za Niemca, był spalony w 1720 roku Martin Omsche, rybak z Żółcina, oskarżany o to, że czart pod postacią kozła naganiał mu ryby do sieci.
Dlatego, czem prędzej mijam Długą Górę, okolice przeklętą, gdzie i teraz wydarza się najwięcej wypadków drogowych z niewyjaśnionych powodów.
Zatrzymuję się dopiero na moście łączącym brzegi Świńca i spoglądam na martwe, ciemne, zarośnięte zielskiem lustro rzeki. Świniec to niewydarzony brat Świny, która na zachodzie szeroką strugą wlewa swe wody do Bałtyku. Zaś Świniec plącze się w tysiącu odnóg, kanałów i rowów, żeby w końcu zgubić ujście w łąkach i utopiskach, nie docierając do morza.
Podobno pod świnieckim mostem diabeł chrzcił w rzece czarownice.
Przez chwilę zastanawiam się, czy nie powinienem podpisać cyrografu z czartem, żeby w przyszłym roku bies naganiał mi klientów do sklepu? Jeszcze będę o tym myślał, a tymczasem, mocniej naciskam na pedały i ruszam w kierunku Jarszewa.
Mijam rubieże Kamienia Pomorskiego i po chwili widzę, jak zza drzew wyłania się spiczasty hełm przykrywający wieżę jarszewskiej świątyni.
Niewiele czasu poświęcam kontemplacji głównego zabytku kościoła – obrazowi Sądu Ostatecznego. Wiem, że jest to tylko kopia oryginalnego dzieła mistrza Joachima Sellina. Dlatego całą uwagę skupiam na cyklu trzech małych obrazków tablicowych, przedstawiających zgon i pośmiertne perypetie pewnej pomorskiej niewiasty.
Na pierwszej tablicy widać kobietę, leżącą na śmiertelnym łożu w otoczeniu rodziny. Umierająca przyjmuje ostatnie namaszczenie z rąk pastora, a jej naga dusza ciągniona za ręce przez anioły, leci do nieba. Z góry spogląda na nich Bóg Ojciec w purpurowym płaszczu i złotej koronie. Na drugim obrazku widzimy postać zmarłej, ubraną w czarną suknie z długim kołnierzem. Kobieta ma na głowie kunsztownie upiętą fryzurę, zakończoną na czubku koralową kokardą. Niewiasta w lewej dłoni trzyma białą chustkę, prawą witą się z Chrystusem. Zbawiciel podaje jej własną chustę, żeby otarła łzy z twarzy.
Wydawałoby się, że białogłowa znajduje się w niebie, ale to nie do końca jest jasne, albowiem na trzecim obrazie widzimy niebogę, wleczoną w żelaznych saniach przez kościotrupa do piekła. Na ich drodze staje Jezus. Wielkim nożem przecina sznurek, za który szkieletor ciągnie sanie i uwalnia nieszczęsną z diabelskiej niewoli.
Cała ta eschatologia kończy się happy-endem, więc wzmocniony na duchu, wsiadam na rower i ruszam w drogę powrotną.
Teraz wiem już na pewno, że choćbym miał pójść z torbami i do końca życia dawać korepetycje córkom lodziarza, nie sprzedam duszy diabłu!
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz