Wszyscy wpadli w euforię. Wdowa po generale Czesławie Kiszczaku, „architekcie okrągłego stołu”, byłym ministrze spraw wewnętrznych, wieloletnim oficerze wywiadu wojskowego, najbliższym współpracowniku generała Jaruzelskiego, synu komunisty z terenów wcielonych do III Rzeszy, wywieziony przez Niemców na przymusowe roboty, a następnie „wyzwolony” przez armie sowiecką, przedostał się do Polski, skończył szkołę wojskową, został wysłany z misją wywiadowczą do Londynu i po powrocie piął się po szczeblach kariery wraz ze swoim źródłem-przyjacielem, też generałem, aż osiągnął najwyższe stanowiska w woskowych służbach specjalnych, potem cywilnych, wprowadził stan wojenny, skutecznie zwalczał opozycję, następnie z jej częścią obalił komunę, a na końcu spoczął na zasłużonej emeryturze i umarł, po czym został szybko pochowany na cmentarzu prawosławnym, gdzie odbyła się msza i pogrzeb w tym obrządku, chociaż całe życie twierdził, że jego materialistyczno-marksistowskie poglądy są niepodważalne oraz zabraniał dzieciom „pchania się na afisz”, co było niezwykłe u komunistycznych dygnitarzy przed i po Wielkiej Zmianie. To długie zdanie jest streszczeniem oficjalnego życiorysu Czesława Kiszczaka, umieszczonego w „Wikipedii”. Jeśli dotrwacie do historyjki poniżej, przeczytajcie, konfrontując ją z poszczególnymi elementami jednozdaniowego streszczenia. Pamiętajcie jednak, że to tylko historyjka i byłaby z niej fajna książka.

W roku 1944 Stalin postanowił wprowadzić nowy ustrój w Polsce. Wiedział, że ma część swoich Polaków, którzy to zrobią sami, lecz nie ufał im, bo nie ufał nikomu. Dlatego postanowił stworzyć grupę ludzi, którzy nadzorować będą funkcjonowanie tego ustroju. Niektórzy oficjalnie, lecz ci będą zbyt widoczni i mogą nadejść czasy, kiedy trzeba będzie ich wycofać. I co wtedy? Stalin był także przewidujący. Wezwał do siebie Mierkułowa i kazał mu pilnie skierować kilku towarzyszy do „bycia Polakami” i znaleźć nowych Polaków. „Wystarczy, że będą trochę mówić po polsku i znać ich trochę. Resztę zgubimy w tym bałaganie”. – powiedział, zapalił fajkę i odwrócił się do okna, dając znać, iż audiencja skończona. Mierkułow natychmiast rozpoczął działania i jego podwładni rozpoczęli poszukiwania odpowiednich osób. Trwało to trochę oczywiście. Wojna się skończyła. Armia Czerwona zabawiała się w Wiedniu, a wraz z nią młody, wesoły starszina Jurij Kabanow, z Archangielska, gdzie pilnował polskich jeńców. Dobrze mu się pracowało w NKWD. Ładny mundur, poważanie i możliwości większe. Chłopcy Mierkułowa szybko go znaleźli i zaczęli szkolić. Potrzebowali też wtórnika. Z tym też w tych czasach nie było problemu. Zainteresowali się młodym chłopakiem, który był na robotach i znalazł się, jak wielu w Wiedniu. Zwinęli go, wypytali o życiorys, rodzinę, zabrali dokumenty. Sprawdzili, że jego rodzice zaginęli gdzieś, a z wioski, z której pochodził nie został prawie nikt. Wcielono ją do Rzeszy, a mieszkańców przesiedlono. Jak wyglądały niemieckie przesiedlenia, wiemy wszyscy. Wszystko pasuje, więc wsadzili młodego chłopaka do pociągu i wywieźli na Syberię, jak wszystkich, gdyż Stalin polecił, by żaden imperialistyczny szpion nie wkradł się w szeregi obywateli socjalistycznego raju. Część cudzoziemców „wyzwolonych” przez Armię Czerwoną przetrzymywano w obozach przejściowych (opowiadał mi o tym jeden z moich naczelników z Dep I). Nasz bohater pojechał jednak dalej i ślad po nim wszelki zaginął. Wtórnik był gotowy. Życiorys dopasowało się trochę do potrzeb historycznych. Nikt przecież nie sprawdzi, bo bałagan sprzyja manipulacji rzeczywistością. I tak starszina Jurij Kabanow został Kazimierzem Maszczykiem, pilnym słuchaczem szkoły oficerskiej dla przyszłych funkcjonariuszy nowego, socjalistycznego, „polskiego” wywiadu i wojska. Dalej potoczyło się wszystko, jak trzeba. Niektórzy dziwili się, co prawda, ogromnym zaufaniem władzy do młodego człowieka, przybyłego z Zachodu i nie mogli zrozumieć dlaczego wysłano go z misją zagraniczną, lecz szybko przestali, bo dziwić się w tych czasach nie służyło zdrowiu, a w dodatku „pogrobowcy hitlerowców i imperialistów” grasowali po lasach i mogli wpaść do miasta. Jak było dalej? Wszyscy wiemy. Kabanow-Maszczyk sprawił się wspaniale. Postawił na właściwego człowieka, dobrze go prowadził i wspaniale wykonywał postawione zadania. Całe życie dbał o legendę, kultywował ją, modyfikował i zawsze sterował badaczami jego biografii tak, by prawda i fikcja zlały się w jedno. Wiedział też, że zbytnia ciekawość najbliższych oraz ich samodzielność jest niebezpieczna dla każdego nielegała i prowadzi do dekonspiracji. Dlatego też, chronił do końca dzieci, by przypadkiem nie pisali książek, nie śpiewali, nie tańczyli, stając się bohaterami tabloidów. Na koniec życia, pewnie ciężko mu było, bo przed śmiercią, człowiek zawsze wraca do swoich korzeni, a nawet zakłada, że Bóg może istnieć. Gdy zmarł. Zaryzykować trzeba było w uznaniu zasług i z humanitarnych powodów, więc pochowano go na prawosławnym cmentarzu, a pop „uczcił” jego śmierć pełnym prawosławnym obrządkiem.

To tylko historia szpiegowska i może rozwinę ją w jakiejś książce. Nie musi być prawdziwa. Pewnie nie jest, ale jeśli jest? Pomyślcie, ile takich wtórników może być jeszcze? Tyle razy w historii mieliśmy cholerny bałagan, który uniemożliwiał, a właściwie umożliwiał, praktycznie bezkarne plasowanie ich w Polsce w różnych środowiskach, z różnymi poglądami. Nie cieszmy się więc, że dokumenty „Bolka” znalazły się w prywatnej szafie, bo to jest straszne i świadczy o oszustwie, jakim było ostatnie 25 lat. Zapytajcie lepiej, jakie jeszcze dokumenty kryją podobne szafy i kto je zna oprócz ich teoretycznych właścicieli. Nie myślcie wyłącznie o Moskwie, bo i inne ciekawskie wywiady. Zastanówmy się też, dlaczego właśnie „bolkowe” dossier wycieka teraz, potwierdzając tylko tajemnicę poliszynela, jeśli potwierdzają w ogóle cokolwiek. Czy nie jest to czasem ostrzeżenie? Pionki przecież zawsze spisuje się na straty i poświęca, by figury przetrwać mogły. Przy okazji da się pretekst do załatwienia dyżurnych bandytów, czyli „kierowców i sprzątaczek”, bo czasem coś też wiedzą i mogą powiedzieć, a tak zneutralizuje się ich całkowicie, a społeczeństwo uwielbia stosy i ich pożąda. Nazwiemy to „sprawiedliwością społeczną” i wszystko wróci do normy.

Mimo wszystko, mam jednak nadzieję, że teraz tak się nie stanie.