W świetle krytycznej sytuacji w jakiej znalazło się polskie państwo i społeczeństwo, to cyniczne lecz trzeźwe stwierdzenie uprzytamnia, jakie są faktyczne źródła prawa. Prawo, to nie jest coś, co obowiązuje samo z siebie – to niestety utopijne założenie, wyrastające z przyzwyczajenia, zgodnie z którym źródłem prawa był Bóg. A wszak w oczach miażdżącej większości współczesnych, Bóg umarł, jak orzekł Friedrich Nietzsche.
Tradycyjnie rozumiana obiektywność, a wraz z nią uniwersalny, logiczny porządek, już praktycznie nie funkcjonuje. Naiwna wiara w samoistną sprawczość prawa w tych okolicznościach jest próżną, bezsensowną konstrukcją, gdzieś pomiędzy bólem fantomowym i kultem cargo. Myli zalecenie z siłą, która go niegdyś ustanowiła.
To ostatnie spostrzeżenie wskazuje płaszczyznę, na której prawa różnego rodzaju można analizować i gdzie można upatrywać ich źródeł. Skoro bowiem nie Boska Opatrzność jest źródłem prawa, to co?
Jednym z lepszych kryteriów staje się w tej sytuacji użyteczność, mierzona zdolnością do stawiania trafnych przewidywań co do przyszłości. To może wydawać się niepotrzebnie zawiła definicja; masło maślane. Ale działa, pomimo swojej pozornej tautologiczności. Jej siłą jest właśnie rekurencyjność. Nie wymaga zewnętrznego metafizycznego uzasadnienia. Weryfikuje ją doświadczenie. W tym wymiarze – opierając się na relacjach, nie dogmatycznie przyjmowanych faktach – możliwe jest stworzenie funkcjonalnego, intersubiektywnego odwzorowania obiektywnego układu odniesienia, o powszechnym, uniwersalnym charakterze.
Konserwatyści nazwą takie uzasadnienie prawem naturalnym, liberałowie statystyką. Wynik jest podobny.
Podsumowując, w tym kontekście należy przyznać, że źródłem prawa jest siła. Prawo – to w istocie porządek narzucony przez silniejszych słabszym. Warto jednak odnotować, że silniejszy również ugina się pod ciężarem zewnętrznych uwarunkowań. W konsekwencji, prawo może zaistnieć na drodze porozumienia, kiedy uczestnicy sporu dochodzą do wniosku, że koszty i ryzyka ustalania wzajemnej pozycji są zbyt znaczne dla wszystkich zainteresowanych. Korzystniejsze jest uregulowanie relacji tak, żeby nie tracić niepotrzebnie energii i zasobów na nieustanne powtarzanie podobnych aktów przemocy z podobnym skutkiem. Tym procesem rządzi mechanika i nieuchronna powtarzalność, niezmienne z doskonale matematyczną obojętnością jak grawitacja.
Prawo jest w tym ujęciu heurystyką, sankcjonującą oszczędność w wydawaniu zasobów. Pozwala uniknąć walki, której wynik da się przewidzieć z góry.
Problem pojawia się wówczas, gdy uczestnicy porozumienia odmiennie postrzegają swoje możliwości. Szczególnie łatwo o to wówczas, gdy stwierdzenia oparte na dawno zapomnianej praktyce jawią się martwą teorią, która wymaga empirycznego potwierdzenia.
Przychodzi moment testowania założeń.
Dzisiaj obie strony politycznego sporu w Polsce dążą do przesilenia, ponieważ każda jest przekonana o swojej racji. W mojej ocenie, w przypadku konfrontacji obie na tym stracą, podobnie jak my wszyscy, ponieważ stanowisko każdej z nich jest fałszywe i nieadekwatne do rzeczywistości. Pomija interes milczącej większości, przypatrującej się temu starciu z rosnącym zażenowaniem i przerażeniem. To nie jest argument natury moralnej. Chodzi bowiem o to, czy porządek narzucony siłą wbrew interesom najsilniejszego choć zachowującego bierność uczestnika zdarzeń może się utrzymać. Moim zdaniem, nie. Nie da się zakłamać rzeczywistości. Rządzący zależą od rządzonych. Suma pozornie sprzecznych i chaotycznych interesów obywateli w społeczeństwie ma swoją kierunkowość – nieuświadomioną i bezwładną, ale nieprzypadkową, jak tor masy w ruchu. Ten wektor w dalszej perspektywie przeważy starania jakiejkolwiek partykularnej grupy. Społeczeństwo można na krótką metę zdominować, ale to generuje wewnętrzne napięcie, które będzie rosło aż do przekroczenia wytrzymałości systemu. Nie da się w nieskończoność ignorować obiektywnych okoliczności: demografii, długu, pogarszających warunków życia. Tak upadło ZSRR, jak i PRL. Chiny uniknęły kosztownych konfliktów wewnętrznych i podobnego upadku dostosowując ideologię Komunistycznej Partii Chin w sposób zaspokajający konsumpcjonistyczne potrzeby społeczeństwa. W czasach, gdy zaczyna nam brakować zasobów, a zewnętrzni wrogowie tylko czyhają na okazję, to szczególnie ważne ostrzeżenie. Szastanie resztkami tego co zostało, jakby jutra nie było, jest więcej niż nierozsądne.
Choć opisuję to neutralnie i beznamiętnie, znalezienie się w polu rażenia takiego załamania, nie jest przyjemne. Mówiąc wprost – pod suchym, kronikarskim opisem kryją się nieszczęścia i osobiste tragedie.
Polska żeby tego uniknąć potrzebuje pilnie porozumienia co do sposobu funkcjonowania prawa. Nie będzie dobrze działać w tej roli doraźnie stosowane prawo kaduka. Jak wyżej wskazałem, nadużywanie siły obróci się przeciwko jej używającym. To samo innymi słowami wyraził profesor Matczak, przestrzegając przed konsekwencjami naprawiania prawa bezprawiem. Choć źródłem prawa jest siła, ocena własnej siły może być błędna. Początki mogą wydawać się zachęcające, lecz skutki mogą być zgubne. Spełnienie marzeń może okazać się przekleństwem. Nasz system prawny wyewoluował do unikania takich pułapek, choć o tej wiedzy najwyraźniej zapomnieliśmy, a przyjęte w Konstytucji rozwiązania okazały się nieskuteczne i szybko się zdezaktualizowały. Istotą Trybunału Konstytucyjnego jest bowiem rozstrzyganie małym kosztem spraw spornych przez organ możliwie bezstronny. W zamierzeniu, procedura wyłaniania sędziów miała gwarantować ich możliwie dużą neutralność. Wybrani mieli być niekontrowersyjni. Zapewniać to miała jednak tylko długość kadencji. W połączeniu z progiem większości zaledwie 50% i zanikiem dobrego obyczaju, to okazało się praktycznie niewystarczające. Jak widać, pozwala na przepychanie kandydatów stronniczych – i to jest praprzyczyna dzisiejszych problemów.
Istnieją stosunkowo proste, formalne sposoby rozwiązania tego sporu. Heurystyk eliminacyjnych łagodzących kontrowersje jest sporo. Gotowy przykład daje arbitraż, gdzie stosuje się metodę listy. Każda strona skreśla ze wspólnej listy kandydatów, których nie akceptuje, a wybór pada na tych, którzy przetrwali skreślenia. Wynik nie jest trofeum żadnej ze stron, bo obie go współtworzyły. Trzeba tylko chcieć, mając świadomość konsekwencji do których prowadzi upór, złość i zaślepienie.
Zostaw komentarz