Dyskusja pod moim ostatnim wpisem (ukłony dla Bat Frat ) doprowadziła do wniosku, z którym zgodziły się obie strony sporu: jesteśmy w głębokim pacie ustrojowym i…ten pat potrwa.

​Dla wielu to brzmi jak kapitulacja albo wyrok śmierci na państwo. Przywykliśmy traktować brak decyzyjności i instytucjonalny klincz jako największą możliwą katastrofę.

​A co, jeśli w obecnych realiach ten gorszący, niewygodny pat jest… ostatnią linią obrony państwa prawa?

​Kiedy instytucje przestają działać, natychmiast pojawia się pokusa drogi na skróty.

Jedni mówią: „niech wejdzie rząd, uchwali stan wyższej konieczności, pominie ustawy uchwałami i przywróci porządek siłą faktów dokonanych”.

Drudzy odpowiadają: „skoro jest kryzys, niech Prezydent na mocy ogólnej klauzuli czuwania nad Konstytucją stanie się jednoosobowym arbitrem i przetnie spór autorytarną wykładnią”.

​Obie te propozycje to w gruncie rzeczy to samo: kapitulacja przed zasadą nagiej siły. To wiara, że bezprawie można wyleczyć innym, „lepszym” bezprawiem, o ile stoi za nim „nasz” mandat polityczny. Albo poparcie Komisji Europejskiej.

​Stawiam tezę, że w takiej sytuacji konstytucyjny pat staje się wartością.

Poniżej ​krótko wyjaśnię dlaczego.

Prawdziwy autorytaryzm zaczyna się tam, gdzie nie ma żadnego pata – gdzie wola polityczna jednej frakcji przechodzi przez państwo jak nóż przez masło, bo nikt i nic nie jest w stanie jej powstrzymać.

Pat ustrojowy oznacza, że system ma wbudowane hamulce, które uniemożliwiają jednej większości natychmiastowe przemeblowanie całego ustroju pod własne dyktando.

Zasada legalizmu (art. 7 Konstytucji) i podziału władz (art. 10) nie zostały wymyślone na czasy pokoju i powszechnej zgody. Zostały stworzone właśnie na czas wojny plemiennej – jako kaganiec na polityków, którzy w imię „dobra wspólnego” chcieliby sięgnąć po władzę absolutną.

Pat zmusza władzę do bezsilności tam, gdzie brak jej legalnych instrumentów. Wolę bezsilną władzę w gorsecie prawa niż „sprawczą” władzę, która ten gorset zrywa.
​
Klincz przypomina nam o brutalnej prawdzie: nie ma czegoś takiego jak „sanacyjny reset” przeprowadzony przez jedną stronę konfliktu zwykłą większością głosów. Każda taka próba to po prostu wymiana „naszych” na „waszych”. Dopóki trwa pat, fikcja kompromisu nie może zostać łatwo przypudrowana pozorem prawa.

Jeśli elity polityczne spaliły za sobą wszystkie mosty, zniszczyły kulturę prawną i nie są w stanie wypracować konsensusu ustawowego ani większości konstytucyjnej (2/3), to jedyną legalną weryfikacją tego stanu rzeczy są kolejne wybory.

To obywatele przy urnach muszą ocenić tych, którzy doprowadzili instytucje do zawału, a nie samozwańczy sędziowie we własnej sprawie.

​Instytucjonalny paraliż jest bolesny, gorszący i kosztowny dla obywatela. Ale alternatywa wobec niego jest nieskończenie gorsza.

​Gdy odrzucimy pat w imię „sprawczości za wszelką cenę”, zrzucamy pancerz procedur. A gdy ten pancerz zniknie, kolejny spór nie rozstrzygnie się już w salach sądowych ani w parlamencie – rozstrzygnie go wyłącznie ten, kto będzie miał w ręku dłuższą pałkę.

​Dlatego w świecie politycznych radykałów nudny, zacięty i frustrujący legalizm pozostaje naszą jedyną tarczą. Nawet jeśli oznacza to, że musimy żyć w pacie.

Tylko co się stanie, kiedy w tych wyborach zwyciężą ci, których już ustawy krępować nie będą?

Wtedy nastąpi to, co w politologii i historii ustroju nazywa się domknięciem autorytarnym przy użyciu precedensu.

To jest najbardziej bolesna, wręcz tragiczna strona tego dramatu. Kiedy przyjdą ci, którzy otwarcie gardzą ograniczeniami prawnymi, stanie się kilka bardzo konkretnych rzeczy:

1. Wykorzystają każdy wyłom, który zrobili ich poprzednicy — tylko na pełnej prędkości.

Nowa, radykalna władza nie będzie musiała nawet wymyślać własnych uzasadnień ani tworzyć nowej filozofii państwa. Sięgnie po argumenty wypracowane przez „demokratów”:

„Rządzicie uchwałami Sejmu z pominięciem ustaw? Doskonale, my naszą pierwszą uchwałą unieważnimy wasze powołania sędziowskie i wasze instytucje.”

„Powoływaliście się na „konstytucyjny stan wyższej konieczności”, żeby wstawić swoich komisarzy? My właśnie ogłaszamy nasz stan wyższej konieczności, bo naród jest zagrożony.”

„Ignorowaliście niewygodne wyroki i wstrzymywaliście ich publikację? My po prostu wyłączymy drukarnię Dziennika Ustaw dla wszystkiego, co nam się nie podoba.”

Radykałowie nigdy nie wchodzą w próżnię. Wchodzą w wydeptaną ścieżkę, tylko zamiast ostrożnie stawiać kroki, wjeżdżają w nią walcem!

Kiedy nowa władza zacznie demontować resztki instytucji, obrońcy państwa prawa wyjdą na mównice i do mediów, krzycząc: „Łamiecie art. 7 Konstytucji! Łamiecie procedury!”

I co usłyszą w odpowiedzi? Pusty śmiech i jedno zdanie: „A gdzie byliście, kiedy wasi robili to samo zarządzeniami i uchwałami? Teraz nagle przypomnieliście sobie o czystości procedur?”

To jest największa cena za chodzenie na skróty utrata moralnej i prawnej legitymacji do sprzeciwu. Jeśli wcześniej relatywizowałeś legalizm, bo „cel uświęcał środki”, tracisz prawo do obrony legalizmu, gdy władzę przejmuje twój wróg. Powinni to Panie i Panowie (zwłaszcza niejako Kropiwnicki) pamiętać, nieprawdaż?

Gdy przychodzą ludzie, których ustawy nie krępują, państwo prawa przestaje istnieć nawet jako fasada. Zostaje zredukowane do czystego lewizmu decyzyjnego – przepisy stosuje się dosłownie wobec wrogów politycznych, a ignoruje się wobec własnych ludzi.

Spory rozstrzyga ten, kto ma pod sobą prokuraturę, policję, służby specjalne i telewizję.

Dlaczego w takim razie trzymanie się pata i procedur ma jeszcze sens?

Ktoś zapyta: „Skoro oni i tak przyjdą i wszystko połamią, to po co dziś krępować się sztywnym legalizmem? Może lepiej połamać prawo pierwsi, zabezpieczyć instytucje i ich nie dopuścić?”.

Wydaje mi się, że to ślepy zaułek.

Stajesz się tym, z czym rzekomo walczysz. Jeśli w imię obrony demokracji zaczynasz rządzić metodami autorytarnymi (dekretami, uchwałami, ignorowaniem prawa), to autorytaryzm już wygrał. Zmieniły się tylko portrety na ścianach gabinetów.

Poza tym legalizm to nie jest gwarancja zwycięstwa — to jest ostatni punkt odniesienia !

Sztywne procedury nie powstrzymają czołgów ani dyktatora. Ale dają jedną kluczową rzecz: czyste kryterium bezprawia.

Dopóki istnieje jasna norma, dopóty każdy widzi, że król jest nagi, a władza działa nielegalnie. Gdy sami zamażemy tę granicę w imię „sprawiedliwości naprawczej”, nikt już nie odróżni prawa od bezprawia — i nikt nie będzie wiedział, do jakiego porządku w ogóle warto wracać, gdy tamci w końcu odejdą.

Dobranoc Państwu.