Duże poruszenie wśród rolników Opolszczyzny wywołała wizyta – właściwie inspekcja – trzydziestoosobowej niemieckiej delegacji, pełnej dygnitarzy, na czele z ambasadorem NRF, z landu Saksonia. Temu desantowi towarzyszyli ze strony – nazwijmy to umownie – polskiej: prezes opolskiej Izby Rolniczej i jeszcze ktoś, już nie pamiętam kto, ale wszyscy z PSL. Poseł Woś nawet złożył w tej sprawie interpelację. Lecz co mogą słowa w zmaganiach z nikczemnymi zamiarami?
Bo ja podejrzewam tę ekskursję o przygotowywanie zawładnięcia tym dziesięciotysięcznohektarowym, wyposażonym w najnowocześniejsze maszyny i budynki zakładem. W ramach stosowanej z powodzeniem na Opolszczyźnie strategii unieważniania postanowień zdrady jałtańskiej i powrotu władania tym regionem. Co się zresztą Niemcom udaje od samej transformacji ustrojowej w naszym kraju. Rządzą województwem opolskim w brunatnej koalicji PSL–PO–Lewica–Mniejszość Niemiecka.
Już pisałem wcześniej o tym, jak próbowaliśmy – my, to jest rolnicy z NSZZ „Solidarność” Rolnicza – dogadać się z załogą tego kombinatu. Jak ówczesny dyrektor tej firmy, Aleksander Marszałek, częstował nas gulaszem wołowym. Lecz nie wspomniałem o tym, że tenże dyrektor, zręczny menadżer, patronował utworzeniu w tym zakładzie mocnej struktury NSZZ „Solidarność”, która była swego rodzaju pancerzem chroniącym przed zakusami parcelacyjnymi czy przewłaszczeniowymi. (Czytaj więcej).
Marszałek wkrótce po tym nagle zmarł i wtedy po raz drugi zaangażowałem się w obronę tego zakładu, kiedy to powstała w nim spółka quasi pracownicza, założona przez księgowego i innych przedstawicieli średniego nadzoru, która zaproponowała wojewodzie Zembaczyńskiemu jego wydzierżawienie. Dzięki wicewojewodzie Kasperkowi udało się Zembaczyńskiemu to wyperswadować.
Trzeci raz w sprawy kombinatu Kietrz się wtrąciłem, gdy przeczytałem w „Rzeczpospolitej” anons Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, iż wystawia kombinat na sprzedaż, i kiedy zaniepokojeni rolnicy powiadomili mnie o panoszeniu się w zakładzie przedstawiciela firmy Südzucker o swojsko brzmiącym nazwisku Müller. To było bodajże w 2001 roku. Wtedy byłem urzędującym członkiem zarządu Powiatu Głubczyckiego i z wysokości tego stołka zadałem oddziałowi Agencji Własności w Opolu pytanie: co ten niemiecki młynarz w Kietrzu robi?
Otrzymałem arogancką odpowiedź, że jest gościem hotelowym. Na takie dictum wewnętrznie zawrzałem i – pokonując w sobie opór do kontaktów ze służbami specjalnymi – zatelefonowałem do Urzędu Ochrony Państwa, wyłuszczając, o co się niepokoję. Nazajutrz przyjechało do mnie dwóch inteligentnie wyglądających młodzieńców; obaj mieli tak na oko po 185 cm wzrostu. Przedstawili się jako porucznicy Polański i… drugiego nazwiska nie pamiętam, ale też na „ski”. Dlaczego o tym piszę? Bo znani mi esbecy mieli nazwiska jakieś takie jak Walczak czy coś podobnego.
Dajmy jednak spokój ubeckim nazwiskom, bo najważniejsze jest to, że nazajutrz po tej mojej interwencji Müller wyjechał, zwolnił miejsce w hotelu zakładowym i – niech no obliczę – przez ćwierć wieku Niemcy po Kietrz rąk nie wyciągali.

Zostaw komentarz