Zanim zacznę mówić o współczesnych systemach cyfrowych, cofnę się do momentu, w którym kontrola nad człowiekiem przybrała jedną z najbardziej skrajnych form w historii Europy. W „najlepszym z systemów” – w Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich pod rządami Józef Stalin „nadzór” nie był dodatkiem do państwa – był jego fundamentem, jego krwiobiegiem. Rozbudowany aparat bezpieczeństwa, oparty m.in. o NKWD, tworzył rzeczywistość, w której prywatność praktycznie nie istniała, a informacja o człowieku mogła stać się narzędziem jego zniszczenia. System donosu, strachu i niepewności nie tylko kontrolował zachowania, ale także kształtował sposób myślenia.
Ten historyczny przykład nie jest jednak prostym odniesieniem do współczesności – bo dzisiejszy świat cyfrowy działa w zupełnie innych warunkach prawnych, technologicznych i politycznych. Ale jednak – łączy go jedna wspólna cecha: rosnące znaczenie informacji o jednostce i pokusa ich systemowego wykorzystania na dużą skalę. Rozpoznawalny pozostaje pewien mechanizm, mianowicie przekonanie, że im więcej danych o jednostkach, tym lepiej można zarządzać rzeczywistością i państwami.
To właśnie w tym kontekście warto przyjrzeć się współczesnym regulacjom, takim jak Digital Markets Act, które – w imię przejrzystości i konkurencji – otwierają debatę o granicach dostępu do danych użytkowników w internecie.
Chcę tutaj przedstawić najnowszą formę „nadzoru” dnia dzisiejszego, autorstwa „elyty” zarzadzającej Europę – Unii Europejskiej. Tą część felietonu nazwałam: „ Eurokraci chcą pełnej inwigilacji w internecie chcą śledzić nawet ruch twojej myszki! „
Otóż na mocy art. 6 ust. 11 DMA Google ma zostać zobowiązane do codziennego udostępniania – przez API danych o dużych zbiorach dotyczących aktywności wyszukiwania wśród użytkowników w UE.
Podczas tego wyszukiwania. „Myszka” będzie więc podglądana, obserwowana, monitorowana.
Zeby dobrze zrozumieć istotę tego DMA: jest to Digital Markets Act – Akt o rynkach cyfrowych. Powstał pod egidę KE – Ursuli von der Leyen, w lipcu 2022 stał się obowiązującym prawem UE. Opiera się na Art. 6 ust. 11, który umożliwia: udostępnianie zanonimizowanych danych o wyszukiwaniu i dostęp do niego innych uczestników rynku (np. firm, badaczy). Jako cel tego DMA ma być ponadto: „ograniczenie dominacji największych firm technologicznych (tzw. „gatekeeperów”, np. Google, Apple, Meta Platforms), nałożenie obowiązków np. ułatwianie zmiany uslug – i zakazow na najwieksze platformy internetowe np. wymuszanie korzystania z własnych uslug i przez to zwiększenie konkurencji na rynku cyfrowym.
Zapewnia się, że , nie będzie to dostęp „państwa do kontroli obywateli”. To tak – na papierze !
Komisja Europejska oczywiście deklaruje, że dane będą podlegać „anonimizacji” Tyle, że ta anonimizacja nie zawsze jest „kuloodporna”, bo w praktyce istnieje nierzadko ryzyko tzw. reidentyfikacji — ponownego rozpoznania osoby poprzez łączenie różnych zbiorów danych. A poza tym – żadna anonimizacja nie daje 100% gwarancji. To bardziej kwestia poziomu ryzyka niż magicznego „dane są już całkowicie bezpieczne”.
Anonimizacja jest kwestionowana w literaturze naukowej od ponad dekady, gdyż uważa się, że: „ nie gwarantuje ona pełnej prywatności, ponieważ po połączeniu z innymi danymi często umożliwia ponowną identyfikację osoby”
Innymi niebezpieczeństwami tego pomysłu eurokratów unijnych są np. manipulacje informacyjne a także rozszerzanie dostępu do danych – klasyczny problem tzw. mission creep — narzędzie stworzone w jednym celu – zaczyna być używane szerzej, a do tego pojawia się możliwość przyszłego rozszerzania wykorzystania danych.
W sumie nie można tego projektu nie nazwać „totalitarną inwigilacją”, dlatego ostrożność wobec zapewnień Komisji Europejskiej o pełnej anonimizacji jest uzasadniona, bo w praktyce jest ona trudniejsza, niż sugerują oficjalne komunikaty.
Podsumowując:
Już dziś Komisja Europejska ma w swych systemach olbrzymią ilość danych na nasz temat!
KE chce mieć rękę nad naszymi wyszukiwaniami – dotyczącymi zdrowia, rodziny i finansów. Komisja chce zmusić korporacje do przekazania tych danych stronom trzecim z niebezpiecznie niewystarczającą ochroną prywatności.
Nowi beneficjenci danych – to nowe punkty narażenia na wycieki. Każdy coroczny audyt – to kolejna cicha luka bezpieczeństwa. Dane wyszukiwania to żyła złota dla phishingu, szantażu, inwigilacji społecznej i wywiadu korporacyjnego.
Co może podlegać tej inwigilacji?
Każde zapytanie, które wpisujesz.
Każde podpowiedzi. uzupełniania, które akceptujesz.
Twój język i urządzenie.
Twój przybliżony kraj lokalizacji.
Każde kliknięcie i przewinięcie.
Pełna chronologia sesji wyszukiwania.
Konsultacje publiczne kończą się w piątek 1 maja 2026.
Wiążąca decyzja zapadnie 27 lipca 2026.
Zostaw komentarz