Donald Tusk wykazał się politycznym sprytem godnym organizatora objazdowego cyrku: kiedy w Warszawie kipiał protest, kiedy tysiące ludzi wychodziły pod sztandarami Solidarności, premier zadbał, żeby Viktor Magyar oglądał akurat dźwigi i bursztyn w Gdańsku. Przypadek? Oczywiście. Tak samo jak przypadkiem parasol pojawia się nad głową polityka dokładnie sekundę przed deszczem.
Bo wyobraźmy sobie tę katastrofę dyplomatyczną. Magyar spaceruje po Warszawie, słyszy gwizdki, widzi tłumy, transparenty, ludzi wkurzonych na władzę. I co wtedy? Jeszcze pomyślałby, że „uśmiechnięta Polska” ma jednak grymas, a opowieść o powszechnym zachwycie nad rządami Tuska istnieje głównie w telewizyjnych paskach i na konferencjach prasowych.
Nie, tego ryzyka nie można było podjąć. Dlatego delegację wywieziono nad morze — klasyczna metoda: kiedy w stolicy wrze, pokaż gościowi fontanny, stare kamienice i koniecznie Europejskie Centrum Solidarności. Bo nic tak nie przykrywa współczesnego buntu jak starannie wyeksponowany bunt historyczny. Dzisiejsi protestujący są przecież znacznie mniej fotogeniczni niż archiwalne zdjęcia Wałęsy z lat 80.
Cała operacja przypominała trochę wycieczkę biura podróży dla polityków: „Tutaj mamy stocznię, tutaj piękne widoki, a tam za rogiem — proszę nie patrzeć — obywatele wyrażający niezadowolenie”. Jeszcze chwila, a BOR rozdawałby lornetki z zamalowaną Warszawą.
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że rząd tak chętnie odwołuje się do legendy Solidarności, a jednocześnie dostaje politycznej alergii na widok realnych demonstracji. Historyczny robotnik z pomnika — tak. Współczesny pracownik z transparentem — już trochę mniej komfortowo.
Tusk najwyraźniej uznał, że najlepiej pokazywać Polskę w wersji reżyserskiej: bez tłumów, bez gniewu, bez pytań. Tylko starannie dobrane kadry, odpowiednie światło i bezpieczna odległość od rzeczywistości. Problem w tym, że rzeczywistość ma brzydki zwyczaj wracania do centrum kadru.
Zostaw komentarz