Polska zaczyna przypominać Białoruś? Kiedy państwo sięga po najcięższe środki wobec niewygodnego dziennikarza, zawsze pojawia się to samo pytanie: gdzie kończy się ściganie, a zaczyna zastraszanie? Historia uczy, że autorytaryzm nigdy nie zaczyna się od czołgów na ulicach. Zaczyna się od kneblowania tych, którzy patrzą władzy na ręce.

Najpierw ośmieszyć. Potem zastraszyć. Na końcu zamknąć.

Tak wyglądał mechanizm niszczenia niezależnych dziennikarzy na Białorusi. Nie zaczęło się od kolonii karnej dla Andrzeja Poczobuta. Zaczęło się dużo wcześniej — od wieloletniego nękania, przesłuchań, rewizji, gróźb, kampanii oszczerstw i budowania atmosfery, w której dziennikarz miał stać się „wrogiem państwa”.

Poczobut nie trafił do więzienia dlatego, że nagle odkryto w nim przestępcę. Trafił tam dlatego, że był niewygodny. Bo pisał. Bo zadawał pytania. Bo nie chciał milczeć.

I właśnie dlatego sprawa Leszka Kraskowskiego budzi dziś tak ogromny niepokój.

Areszt dla dziennikarza zawsze powinien uruchamiać alarm

Można nie zgadzać się z Leszkiem Kraskowskim. Można krytykować jego styl, temperament czy publikacje. Ale demokratyczne państwo prawa poznaje się nie po tym, jak traktuje swoich ulubieńców, tylko po tym, jak traktuje ludzi niewygodnych.

Tymczasem wobec dziennikarza śledczego zastosowano najcięższy środek zapobiegawczy — trzymiesięczny areszt.

To nie jest drobna proceduralna decyzja. To brutalna ingerencja w życie człowieka. Areszt nie jest administracyjną formalnością. To izolacja, psychiczne wyniszczenie i często zawodowy wyrok śmierci.

Od lat organizacje prawnicze i instytucje europejskie alarmują, że w Polsce tymczasowy areszt bywa nadużywany. Zbyt często staje się formą presji, demonstracji siły albo publicznego napiętnowania jeszcze przed wyrokiem.

W przypadku dziennikarza efekt jest jeszcze groźniejszy: wysyła sygnał do całego środowiska: „Patrzcie. Tak kończą ci, którzy za bardzo grzebią”.

Samotny wilk, którego wielu chciało uciszyć

Leszek Kraskowski od lat funkcjonuje poza salonowym komfortem wielkich redakcji. Dla jednych był kontrowersyjny, dla innych bezkompromisowy. Ale przez lata wykonywał pracę, której wielu się boi — tropił układy, afery i ludzi posiadających wpływy.

Dziennikarstwo śledcze nie polega na zdobywaniu sympatii polityków. Polega na ryzykowaniu konfliktów z ludźmi, którzy mają władzę, pieniądze i instrumenty nacisku.

Kraskowski wielokrotnie płacił za to wysoką cenę. Ataki, próby dyskredytacji, presja i izolowanie niewygodnego reportera to metoda stara jak sama polityka. Dziś jednak sytuacja weszła na zupełnie nowy poziom.

Bo kiedy państwo zamyka dziennikarza, społeczeństwo ma prawo pytać: czy chodzi jeszcze o bezpieczeństwo i procedury, czy już o pokaz siły?

Demokracja umiera po cichu

Najgroźniejsze w takich sprawach jest właśnie to, że wszystko odbywa się pozornie legalnie. Są papiery. Są decyzje. Są paragrafy.

Na Białorusi też były.

Autorytaryzm XXI wieku rzadko przychodzi w wojskowych butach. Częściej przychodzi w garniturze, z pieczątką i komunikatem o „działaniu zgodnym z prawem”.

Dlatego sprawa Leszka Kraskowskiego nie jest wyłącznie sprawą jednego dziennikarza. To test dla państwa. Test dla środowiska medialnego. Test dla opinii publicznej.

Bo jeśli dziś społeczeństwo obojętnie przejdzie obok aresztowania niewygodnego reportera, jutro podobne metody mogą zostać użyte wobec kolejnych.

Dziś potrzebna jest jawność, nie demonstracja siły

Apel Wojciecha Czuchnowskiego o osobiste poręczenie za Leszka Kraskowskiego jest czymś więcej niż koleżeńskim gestem. To sygnał alarmowy wysłany przez człowieka, który doskonale rozumie, czym może skończyć się milczenie wobec nadużyć państwa.

Opinia publiczna ma prawo poznać pełne uzasadnienie decyzji sądu i materiał dowodowy prokuratury. Ma też prawo oczekiwać, że wobec dziennikarza nie będą stosowane środki wyglądające jak demonstracja siły państwa wobec krytyka władzy.

Bo demokracja nie kończy się wtedy, gdy zamyka się wszystkich. Demokracja kończy się wtedy, gdy ludzie przestają protestować po zamknięciu pierwszych.