Motto: Praca artysty i wypoczynek wśród natury na rowerze mają wspólny mianownik – z prądem łatwiej, ale bez niego jako napędu – bezpieczniej.

Prąd ma jedną, niezaprzeczalną zaletę – jest szalenie wygodny. Człowiek naciska guzik i rzecz działa. Człowiek naciska pedał i rzecz jedzie. Współczesny świat wprost uwielbia te małe elektryczne protezy, które obiecują nam, że wdrapiemy się na każdy szczyt i wygramy każdą batalię z grawitacją, nie uroniwszy ani jednej kropli potu.

Ale prąd, poza tym, że płynie, ma jeszcze jedną właściwość – potrafi się nagle „rozpłynąć”.

Zwłaszcza wówczas, gdy najmniej tego oczekujemy. I tu zaczyna się dramat, podszyty lekką satyrą.

Wyobraźmy sobie koncert. Czasami (czytaj: zazwyczaj – o ile nie zawsze) rzeczywistość zmusza muzyka do kompromisów. Tam, gdzie nie ma innych możliwości, nowoczesna technologia elektryczna staje się koniecznym zastępstwem dla tradycyjnych strun i młoteczków. Co więcej, oba światy potrafią dziś całkiem zgodnie współistnieć, tworząc bogate i intrygujące brzmienia. Dopóki jednak instrument potrzebuje kabla, jego istnienie wisi na cienkim włosku kapryśnej sieci energetycznej.

Gdy zasilanie powie „do widzenia”, nawet najdoskonalsze laboratorium dźwięku zamienia się w głuchy, plastikowy mebel.

Na drodze bywa podobnie.

Rower ze wspomaganiem elektrycznym to znakomity wynalazek. Lekko niesie nas przez wzgórza, dopóki ukryta w nim energia współpracuje z naszymi zamiarami. Lecz gdy bateria postanowi zakończyć współpracę, zostajemy na stromym leśnym podjeździe z ciężką metalową bryłą, która zamiast pomagać, zaczyna bezlitośnie ciążyć.

Rozładowany e-bike pod górę pcha się niemal tak samo ciężko jak koncertowy fortepian na nienaoliwionych rolkach. To jedna z tych chwil, kiedy fizyka odzyskuje poczucie humoru. I wtedy z pewną tęsknotą patrzymy na tradycję. Rower napędzany wyłącznie siłą własnych nóg jest powrotem do najczystszej autonomii. To uczciwy test naszych rzeczywistych możliwości. Sami zarządzamy oddechem, siłami i balansem ciała.

A gdy stroma góra nadtopi dumę, pojawia się ta cudowna mechaniczna prostota. Lekki rower można po prostu podprowadzić pod górę, idąc obok niego jak obok wiernego towarzysza podróży. Bez walki z kilogramami martwej technologii.

Nie bez powodu mówi się, że niektórzy po kieliszku wolą rower prowadzić niż nim jechać. Jest w tym pewna mądrość – prowadząc rower znacznie trudniej przewrócić i jego, i siebie.

Te dwie dziedziny – sztukę dźwięku i sztukę drogi – łączy niewiele poza bezwzględnymi prawami fizyki.

A jednak tradycyjne kolarstwo imponuje nie mniej niż zwycięstwo w wymagającym konkursie muzycznym. W obu przypadkach ostateczną instancją pozostaje człowiek. Klasa sprzętu powinna odpowiadać naszym umiejętnościom, lecz nigdy nie powinna ich całkowicie zastępować.

Nie ma też wątpliwości, że tradycyjny instrument wniesie do odpowiedniej akustyki więcej oddechu, a słuchaczowi da więcej zmysłowej przyjemności niż jego elektryczny odpowiednik. Podobnie klasyczny rower dostarczy płucom więcej powietrza, a mózgowi więcej tlenu niż elektryczna – skądinąd bardzo wygodna – alternatywa.

E-piano ma jednak jedną wadę większą od e-bike’a. Gdy zabraknie prądu, na rowerze elektrycznym przynajmniej można jeszcze zjechać z góry. Na e-pianinie nie da się już nawet zagrać jednego dźwięku. Pozostaje co najwyżej sprawdzić, czy producent przewidział funkcję taboretu.

Jak mawiał człowiek, który – według niektórych – wynalazł elektryczność:

Prąd jest bardzo kulturalny. Zwykle pojawia się na czas. Tylko od czasu do czasu wychodzi bez pożegnania, zostawiając człowieka sam na sam z własnymi mięśniami. I właśnie wtedy okazuje się, że natura od milionów lat produkuje całkiem niezłe akumulatory.

Dlatego, Szanowni Państwo…

Na trasie – grajmy.

W muzyce – jedźmy.

A przy zakupach – liczmy.

Najlepiej na siebie.

Bez ograniczeń.

A może największą innowacją XXI wieku nie będzie jednak nowa bateria, lecz przypomnienie sobie, że tę najdoskonalszą nosimy ze sobą od urodzenia?

Post scriptum

Autor już nieraz przekonał się o tym, wykonując w całości The Köln Concert Keitha Jarretta. Historia tego utworu znała już niejedną niespodziankę. Niech więc i ta pozostanie wierna tradycji.

Poniżej – część pierwsza.

Ciąg dalszy nastąpi…

O ile nie zabraknie… prądu.