Drodzy obywatele — tak dziś wygląda demokracja w kraju, który jeszcze niedawno z dumą opowiadał o „głosie obywateli”. Dziś ten głos przeszkadza. Jest niewygodny. Trzeba go więc uciszyć, zanim przypadkiem społeczeństwo powie coś nie po myśli politycznych salonów.

Senat właśnie pokazał, czym dla obecnej klasy politycznej jest referendum: zagrożeniem. Nie świętem demokracji, nie narzędziem obywatelskiej kontroli, lecz problemem, który należy jak najszybciej wyrzucić do kosza. Odrzucono wniosek Prezydenta RP o przeprowadzenie ogólnokrajowego referendum dotyczącego spraw fundamentalnych — polityki klimatycznej Unii Europejskiej, kosztów transformacji i kierunku, w którym zmierza państwo. Czyli tematów, które uderzają ludzi po kieszeni, wpływają na ceny energii, miejsca pracy i przyszłość polskiej gospodarki.

I właśnie dlatego obywateli należało odsunąć od decyzji.

Bo demokracja jest dziś mile widziana wyłącznie wtedy, gdy daje „właściwe” wyniki. Kiedy społeczeństwo może zagłosować inaczej niż oczekują partyjne centrale i eksperci telewizyjni — nagle słyszymy, że referendum jest „niepotrzebne”, „polityczne”, „kosztowne” albo „manipulacyjne”. Jak wygodnie. Gdy trzeba przepchnąć decyzje ponad głowami ludzi, koszty nie mają znaczenia. Gdy obywatele chcą się wypowiedzieć — nagle każda karta do głosowania staje się rzekomym zagrożeniem dla państwa.

Najbardziej uderza jednak hipokryzja. Ci sami politycy, którzy latami opowiadali o dialogu społecznym, partycypacji i europejskich standardach demokracji, dziś mówią obywatelom jasno: „wasz głos nas nie interesuje”. Możecie płacić coraz wyższe rachunki, możecie ponosić koszty ideologicznych eksperymentów, ale decyzje zapadną bez was. Wy macie jedynie zaakceptować rachunek.

To już nie jest spór o jedno referendum. To spór o to, czy społeczeństwo ma jeszcze realne prawo współdecydować o kierunku państwa, czy demokracja została sprowadzona wyłącznie do wrzucenia kartki raz na kilka lat, a potem milczenia. Senat wysłał dziś bardzo czytelny sygnał: obywatel ma słuchać, nie pytać.

A potem politycy będą się dziwić rosnącej frustracji, spadkowi zaufania i przekonaniu, że zwykły człowiek został całkowicie wyrzucony poza system decyzyjny. Trudno ufać państwu, które panicznie boi się własnych obywateli.

Jak senatorowie napluli obywatelom w twarz!

Mieli odwagę stanąć przed kamerami. Mieli odwagę mówić o demokracji, konstytucji, szacunku dla obywateli. Ale kiedy przyszło do konkretu — do oddania głosu ludziom — 62 senatorów pokazało, co naprawdę sądzi o społeczeństwie. Odrzucając projekt referendum, nie odrzucili przecież papieru. Odrzucili prawo Narodu do współdecydowania o państwie.

I właśnie dlatego ten dzień zapisze się jako symbol politycznej hipokryzji.

Prezydent Karol Nawrocki w kampanii wyborczej zapowiadał referendum. Wielu nie wierzyło, że dotrzyma słowa. Dotrzymał. Można się z nim zgadzać lub nie, ale zrobił to, co politycy robią niezwykle rzadko — zrealizował obietnicę wobec obywateli. Tymczasem Senat postanowił powiedzieć Polakom jedno krótkie zdanie: „Wasz głos nam przeszkadza”.

To szczególnie bulwersujące, bo konstytucja nie pozostawia tu żadnych wątpliwości. Artykuł 4 mówi jasno:

„Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”.

Nie do partii. Nie do senatorów. Nie do politycznych gabinetów i medialnych salonów. Do Narodu.

Konstytucja wskazuje również, że Naród sprawuje władzę zarówno przez swoich przedstawicieli, jak i bezpośrednio. Referendum jest właśnie jednym z najważniejszych instrumentów demokracji bezpośredniej. Odrzucając możliwość wypowiedzenia się obywateli, senatorowie uderzyli w sam fundament republiki — w zasadę suwerenności Narodu.

Najbardziej poraża jednak polityczna pycha. Bo cóż właściwie powiedzieli obywatelom senatorowie głosujący przeciw? Że społeczeństwo jest zbyt niedojrzałe, by decydować? Że głos Polaków jest groźny, jeśli może nie zgadzać się z linią establishmentu? Że demokracja jest dobra tylko wtedy, gdy daje „właściwy” wynik?

To nie jest demokracja. To jest demokracja warunkowa — akceptowana wyłącznie wtedy, gdy obywatele myślą tak, jak oczekuje władza.

Polacy mają prawo czuć gniew. Bo kiedy odbiera się obywatelom możliwość bezpośredniego wyrażenia swojej woli, trudno nie odnieść wrażenia, że część klasy politycznej zwyczajnie boi się Narodu. Boi się jego decyzji, jego sprzeciwu i jego niezależności.

A polityk, który boi się głosu obywateli, nigdy nie powinien powoływać się na demokrację.

Historia wielokrotnie pokazywała, że demokracja umiera nie tylko przez brutalną siłę, ale także przez aroganckie odbieranie ludziom wpływu na państwo. Nie dzieje się to od razu. Zaczyna się od lekceważenia obywateli, od mówienia im: „My wiemy lepiej”. Właśnie taki sygnał popłynął dziś z Senatu.

I dlatego wielu Polaków zapamięta tę decyzję nie jako zwykłe głosowanie proceduralne, lecz jako policzek wymierzony obywatelom Rzeczypospolitej.

Tym razem jednak coś się zmieniło. Coraz więcej Polaków przestaje wierzyć w puste deklaracje o „dialogu” i „szacunku dla obywateli”. Bo ile razy można słuchać o demokracji od ludzi, którzy drżą na samą myśl o oddaniu głosu społeczeństwu? Ile razy można być pouczanym przez polityków, którzy traktują Naród jak problem, a nie gospodarza tego państwa?

I właśnie dlatego ten policzek może okazać się dla wielu ostatnim.

Bo Polacy mają swoją cierpliwość, swoją godność i swoją pamięć. Można ignorować obywateli raz, drugi, trzeci — ale nie można oczekiwać, że społeczeństwo będzie w nieskończoność nadstawiało drugi policzek. Historia naszego narodu pokazuje coś dokładnie odwrotnego: kiedy władza zaczyna lekceważyć ludzi, wcześniej czy później przychodzi moment rozliczenia.

Nie ulicznej furii. Nie nienawiści. Ale demokratycznego rachunku wystawionego przy urnach wyborczych.

I wielu senatorów może się jeszcze boleśnie przekonać, że pogarda wobec obywateli bywa krótkowzroczna. Bo Naród, któremu dziś odmówiono prawa głosu, jutro sam wystawi ocenę tym, którzy uznali się za mądrzejszych od społeczeństwa.