Tallin przywitał nas ładną pogodą. Jadąc do stolicy Estonii, był to dla mnie powrót do przeszłości, bowiem odwiedziłam go przed laty. Byłam bardzo ciekawa jak teraz wygląda miasto, które wtedy mnie zachwyciło.
Leży ona na północnym wybrzeżu kraju, nad brzegiem Zatoki Fińskiej, 80 km (50 mil) na południe od Helsinek, na zachód od Sankt Petersburga. Zajmuje powierzchnię 159,2 km2 i liczy 412 tys mieszkańców. Pierwsze potwierdzone historycznie ślady miasta datowane są na początek XIII w., kiedy tereny te skolonizowali Duńczycy. Wg legendy założyli wtedy swój zamek, a miasto nazwali Tallinn, co w ich języku znaczyło „duńskie miasto”. Jako doskonały fort stał się wkrótce siedzibą zakonu krzyżackiego. Przystąpienie do Hanzy, przyczyniło się do rozwoju gospodarczego. W XVI wieku ostatecznie stał się miastem estońskim. W XVIII wieku car Piotr I w celu dojścia do morza zdobył Tallin. Aktualnie jest to największe miasto w Estonii.

Po śniadaniu i porannej modlitwie udaliśmy się na zwiedzanie wpisanej na listę UNESCO słynnej tallińskiej starówki. Podzielona ona jest na dwie części – górną i dolną, ze wzgórzem zamkowym Toompea górującym nad wszystkim w okolicy. Można podziwiać dawny zamek, a właściwie jego ruiny z wieżą Pikk Herman.

Dziś na wzgórzu Toompea znajduje się siedziba rządu, poczty oraz wiele ważnych instytucji administracyjnych i naukowych. Zabudowania zamkowe pełnią głównie rolę Parlamentu Estonii. Nad jego wejściem można dostrzec złotą tarczę z trzema niebieskimi lwami – godłem państwa. Parlament jest położony naprzeciwko Soboru Aleksandra Newskiego.

Jest to główna rosyjska cerkiew w Estonii. Ma charakterystyczną cebulową kopułę. Świątynię zbudowano w 1900 roku jako symbol politycznej i religijnej dominacji imperium rosyjskiego. Na kościelnej wieży znajduje się 11 dzwonów, jeden z nich waży 15 ton i jest największy w stolicy. Szkoda, że nie dane nam było usłyszeć jego dźwięku.
Zanim weszliśmy do środka musieliśmy chwilę zaczekać, ponieważ na placu przed wejściem był tłum turystów z różnych krajów świata, w tym z dalekiej Japonii, czekających na wejście. Muszę powiedzieć, że warto było czekać. Wchodząc po schodach i przechodząc przez monumentalne drzwi zachwyciło nas przepiękne wnętrze, oraz znajdujący się przed ołtarzem ikonostas składający się z przepięknych ikon i mozaik. Nad nimi w oknach umieszczone są trzy przepięknej urody witraże.

Nie można było podejść do samych ikon bowiem dla turystów wydzielona było tylko część świątyni i z tego miejsca można było podziwiać jej wystrój. Ponieważ cerkiew Soboru Aleksandra Newskiego jest czynną świątynią chodzenie po niej utrudniałoby prawosławnym wiernym oddawanie się swoim praktykom religijnym.
Wychodząc z niej zgadzałam się z opinią, że jest najpiękniejszym prawosławnym obiektem sakralnym w Tallinie.

Na wzgórzu Toompea znajduje się również luterańska katedra NMP. W XIII w. wybudowana z drewna jako kościół rzymskokatolicki drewniany. Murowana wersja powstała w 1240 r. Była kilkukrotnie przebudowywana, głównie po pożarach. Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że ściany przyozdobione były głównie szlacheckimi herbami. Ich ilość, precyzja wykonania i kształty oraz kolory zachwycały. Każdy znajdujący się na ścianach świątyni element, to historia tych ziem i ludzi którzy ją tworzyli. Z obrazami, płaskorzeźbami i płytami nagrobnymi tworzyły jedyny i niepowtarzalny klimat.

Z katedry udaliśmy się na starówkę. Wędrując pieszo przez malownicze uliczki podziwialiśmy jej ciekawą architekturę. Zaczęliśmy od Górnego Miasta, które jest prawdziwym labiryntem, ciasnych brukowanych uliczek, zabudowanych pięknymi malowniczymi średniowiecznymi kamieniczkami. Idąc w górę mijaliśmy kolorowe sklepiki i kramy pełne różnorodnych ludowych pamiątek, oraz ręcznie malowanych różnej wielkości obrazków. Niektórzy z nas dokonali ich zakupów. W tym otoczeniu można było się poczuć jak na paryskim Montmartre.

Pogoda była ciepła i słoneczna spacerując doszliśmy do murów obronnych, których budowę rozpoczęto w XIII wieku i przez stulecia kontynuowano. W okresie świetności należały do największych w północnej Europie. Miały 2600 metrów długości, a wysokość wynosiła 13-16 metrów. Górowało nad nimi 50 baszt z czego do naszych czasów zachowały się 22.

Z murów obronnych rozciągał się przepiękny widok na panoramę Dolnego Miasta i leżące poniżej ulice. Cudownie wyglądały czerwone dachy budynków i otaczająca miasto zieleń, a w dali port z którego odpływają promy do Helsinek.
Ciekawość budziły siedzące na murach sporej wielkości mewy, które nie bały się ludzi. Były to mewy „złodziejki”, które czatowały by wyrwać nieuważnym turystom jakiś kąsek jedzenia.

Z murów obronnych idąc powoli udaliśmy się na talliński rynek. Nie sposób ominąć najstarszej w Estonii apteki. Jest to nie tylko pierwsza apteka w kraju ale jedna z pierwszych w Europie, która pracuje nieprzerwanie od 1422 roku. Podobno można w niej spróbować różnych leczniczych nalewek produkowanych na podstawie starodawnych receptur i zobaczyć ciekawe dawne urządzenia farmaceutyczne, ale z powodu napiętego programu zabrakło nam czasu, by do niej wejść.

Na Placu Ratuszowym starego miasta znajdowało się bardzo dużo straganów oferujących turystom różnego rodzaju pamiątki. W otaczających rynek uroczych kolorowych kamieniczkach znajdowały się kawiarenki i restauracje które miały swoje stanowiska również na wolnym powietrzu. Było nam miło słyszeć,że w pracach renowacyjnych tallińskiej starówki brali udział Polacy. Główną atrakcją jest tu oczywiście ratusz, wybudowany w początkach XIV w. pierwotnie służył jako magazyn a potem teatr. Dopiero w 1404 r. przebudowano go do obecnej postaci. Jest jedynym zachowanym ratuszem gotyckim w północnej Europie, wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Obecnie jest jednym z symboli miasta.

Mając trochę czasu wolnego zatrzymaliśmy się w jednej z miłych kawiarenek na świeżym powietrzu i zamówiliśmy herbatę i kawę. Siedząc i spokojnie ją pijąc przyglądaliśmy się straganom w otoczeniu docierającego do nas międzynarodowego gwaru. Po herbacie udaliśmy się do straganów i dokonaliśmy drobnych zakupów. To właśnie tu po raz pierwszy widziałam krawaty wykonane całkowicie z drewna.

Następnie udaliśmy się na mszę świętą do katedry świętego Piotra i Pawła, która jest jedną z dwóch świątyń rzymskokatolickich w Tallinnie. Została zbudowana w latach 1841-1844 w stylu neogotyckim na miejscu refektarza klasztoru dominikanów. Wejście do niego prowadziło nie wprost z ulicy, jak to ma zwykle miejsce, ale przez przepiękny przykościelny usiany kwiatami ogród z fontanną .

Po mszy udaliśmy się do przylegającego do katedry klasztoru dominikańskiego. Był to dla nas wielki zaszczyt, bowiem nie wszyscy chętni mają tam wstęp.
Oprowadzał nas i opowiadał dzieje tego miejsca kleryk z Litwy, mówiący pięknie po polsku. Właśnie kościół p.w. św. Piotra i Pawła powstał na ruinach tego ogromnego dominikańskiego klasztoru. Różnie układały się jego dzieje. Najbardziej dał mu się we znaki pożar, którego ślady są jeszcze widoczne. W czasach komuny był obiektem brutalnej inwigilacji. By podpatrywać wiernych komuniści kazali usunąć kolorowe witraże. Kilka lat temu stał się domem zakonnika z Polski.

Po opuszczeniu murów klasztoru, idąc wąskimi ulicami przechodziliśmy obok wiszących i opartych o ściany płyt z epitafiami. Na niektórych z nich napisy były ledwo widoczne.

Następnym miejscem które odwiedzamy był kościół luterański Świętego Ducha. Został on wybudowany z wapienia w XIII wieku. Od chwili wzniesienia tylko raz był modernizowany i miało to miejsce 100 lat po jego powstaniu. Najpierw był świątynią katolicką. W 1524 roku kościół przejęli miejscowi luteranie, dla których stał się najważniejszą świątynią w mieście. W odróżnieniu od innych kościołów Tallinna od 1531 roku kazania głoszono tu w języku estońskim, a nie w niemieckim.

Będąc w świątyni wzrok przyciąga barwny, rzeźbiony i malowany tryptyk z 1483 roku, autorstwa Bernta Notke. Również ciekawe były: gotycki krucyfiks, renesansowa ambona pochodząca z początków XVII wieku oraz drewniana zabudowa empory w nawie bocznej. W 1684 roku na ścianie od ulicy Pühavaimu zamontowany został najstarszy w mieście, zachowany do dziś publiczny zegar.

Po wyjściu z katedry luterańskiej według programu mieliśmy się udać pod wieżę zwaną Gruba Małgorzata. Niestety, przewodnik nie mógł się nas doliczyć, bowiem gdzieś się zagubiła jedna osoba. To wstrzymało nasz marsz. Wszyscy się zmartwiliśmy. Przewodnik Andrzej postanowił wrócić do miejsca w którym ostatnio byliśmy. Po pewnym czasie dołączył do nas ze zgubą.

Idąc jedną z ulic Tallina, w pewnym momencie usłyszeliśmy przepięknie piosenki którym towarzyszyła specyficzna muzyka. Po chwili zobaczyliśmy dwóch muzyków grających na nieznanych nam instrumentach. Podeszłam do nich i zaczęłam z nimi rozmawiać. Okazało się, że pochodzili z Ukrainy i przyjechali do Estonii, żeby zarobić na wydanie własnej płyty. Jednocześnie sprzedawali płyty z ukraińską muzyką ludową. Chętnie bym kupiła ich autorską płytę, bowiem ich gra i śpiew mnie zachwyciły. Odchodząc dołożyłam się do ich marzeń dając im kilka euro, by mogli nagrać własną płytę.

Idąc dalej minęliśmy zbudowany w XIII w. kościół św. Olafa, ze 159 metrową wieżą. Do XVI stulecia służył wiernym katolickim, a od czasów reformacji jest miejscem kultu luteranów. Niestety wejść nie mogliśmy , ponieważ był zamknięty.

Minęliśmy średniowieczne kamienice służące kupcom za magazyny zwane „trzema siostrami”, których początki sięgają XIV stulecia. O ich przeznaczeniu świadczą wystające belki znajdujące się u szczytu budynków. To dzięki nim i linom wciągany był towar na poszczególne piętra.

Idąc dalej dotarliśmy do fragmentu miejskich fortyfikacji zwanego Wielką Bramą Morską, za którą znajdowała się baszta Gruba Małgorzata. Zanim jednak do niej doszliśmy widzieliśmy kamienną tablicę poświęconą polskiemu okrętowi marynarki wojennej ORP Orzeł. 15 września 1939 r. został on internowany w porcie w Tallinie, następnie po brawurowej ucieczce przedarł się do WB. Pamiątkowy napis przypominający tamto wydarzenie wykonano w językach polskim i estońskim.

Baszta Gruba Małgorzata (Paks Margareeta) wzniesiona w 1510 roku, ma średnicę wynosi 24 m, i grubość ścian 4 m. Swą nazwę zawdzięcza masywnym kształtom. W XIX wieku ostatecznie straciła swoje znaczenie obronne i była wykorzystywana jako koszary, następnie jako magazyn, a od lat trzydziestych XIX wieku mieściło się w niej więzienie. W 1917 roku strawił ją pożar. Po odrestaurowaniu, od roku 1981 mieści się w niej Muzeum Morskie.
Po zrobieniu kilka pamiątkowych pojechaliśmy dalej.

Następnym miejscem, które zwiedzaliśmy, to dzielnica Pirita miejsce regat olimpijskich w której byłam przed laty. Jest dzielnicą Tallinna we wschodniej części miasta. Charakteryzują ją tereny zielone i domy jednorodzinne, przez co uważana jest za najbardziej ekskluzywną. Swoją nazwę zawdzięcza klasztorowi św Brygidy, po którym została tylko jedna ściana.

Z okien autokaru widzieliśmy nowoczesne centrum Tallina. Gdy zobaczyłam hotel „Viru” wróciły wspomnienia sprzed lat, bowiem w nim mieszkałam. Był wówczas najlepszym hotelem w mieście. Obecnie bardziej się rozbudował i graniczy z nowoczesnymi centrami handlowymi i innymi budowlami. Mimo to nadal wygląda pięknie.
Zatrzymaliśmy się w miejscu w którym odbywały się regaty w 1980 r. Gdy byłam tu przed laty wyglądało ono imponująco, ale to co zobaczyłam napawało mnie smutkiem, bo było blade w porównaniu z dawnymi czasy, z jednym tylko wyjątkiem, widać było cumujące w marinie ekskluzywne jachty i piękne w swojej surowości morze.

Jadąc wzdłuż wybrzeża zatrzymaliśmy się przy pomniku upamiętniającym carski pancernik „Rusałka”, który zatonął na Morzu Bałtyckim w czasie sztormu 7 września 1893, grzebiąc w swoich toniach całą załogę: 12 oficerów, 165 marynarzy i podoficerów. Pomnik odsłonięto w 9 rocznicę tragedii. Przedstawia anioła stojącego na cokole i unoszącego krzyż, wskazując zarazem miejsce gdzie wydarzyła się katastrofa. Poniżej na cokole znajduje się informacja o zaistniałej tragedii, a po przeciwnej jego stronie umieszczona jest nazwa okrętu i pamiątkowa żeliwna tablica z jego sylwetką. Była to w owych czasach jedna z największych tragedii morskich na Bałtyku.

Byłam w tym miejscu przed laty. Trochę zmieniło się otoczenie, gdyż drzewa i krzewy podrosły i są teraz wyższe. Nie ma też bezpośredniego dojścia do plaży jak było przed laty.

Od pomnika „Rusałki” droga biegnie wprost do letniej rezydencji cara Piotra I Kadriorg (Dolina Katarzyny), którą wybudował dla żony Katarzyny I. Jej budowę pod kierownictwem włoskiego mistrza Niccolo Michettiego, rozpoczęto w roku 1718. Jak mówi przekaz, car pierwszy położył trzy cegły. Powstał pałac na wzór włoskich. Sala balowa oraz ogród zimowy zostały dobudowane do tylnej fasady pałacu w latach 1933/34.

Stanowi on najsłynniejszy przykład budowy w stylu północnego baroku i jest uważany za jeden z najpiękniejszych kompleksów pałacowych w krajach bałtyckich. To perełka estońskiej architektury. W jego murach gościł car Aleksander I oraz caryce Katarzyna i Elżbieta.
Pierwsze co mi się rzuciło w oczy gdy zobaczyłam tę dawną carską rezydencję, to niezwykła uroda budowli i kolory bieli i bordo którymi był pomalowany. Już z daleka przepięknie harmonizowały z przepięknymi oknami i kolumnami.

Wchodząc do niego mogłam zobaczyć oryginalny, przepiękny antyczny posąg Venus z Milo. W salach nie ma prawie sprzętu codziennego użytku. Są wspaniałe piece kaflowe i trochę ceramiki. Natomiast ściany wypełnione są przepięknymi obrazami pokazującymi rodzinę cara oraz wydarzeniami z mitologii i Biblii. Chodząc po komnatach przyglądałam się zwłaszcza obrazom przedstawiającą rodzinę carską i dworzan. Ciekawie wyglądały ich stroje i fryzury które oddawały wiernie ducha epoki w której żyli. Według mnie mieliśmy za mało czasu na taki obiekt by dokładnie wszystkiemu się przyjrzeć.

Pełni również funkcje związane z kulturą. Prezentowane są w nim między innymi kolekcje sztuki zagranicznych artystów należące do estońskiego Muzeum Sztuki, oraz jest miejscem wystaw, koncertów, spektakli teatralnych itd
Pałac otoczony jest ok. 70 hektarowym pięknym zadbanym ogrodem pełnym kwiatów i fontann. Idąc po nim widziałam jeziorko z łabędziami, otoczone klombami kwiatowymi oraz promenadę.

Przechodząc przez część ustylizowaną na wzór japońskich ogrodów ciekawie wyglądały stare, drewniane domy z ozdobnymi drzwiami którymi był otoczony. Idąc parkiem doszliśmy do mieszczącej się w nim siedziby prezydenta Estonii przed którą odbywała się zmiana warty. Po intensywnym zwiedzaniu Tallina i męczącym dniu spacer w takim miejscu był prawdziwym relaksem. Zgadzam się ze wszystkimi którzy uważają, że jest to jeden z najpiękniejszych barokowych zabytków Europy, który każdy będący w Tallinie powinien zobaczyć.

Zanim wróciliśmy do hotelu pojechaliśmy na zakupy do pobliskiego marketu. Wielu z nas chciało zakupić coś charakterystycznego dla Estonii. Przewodnik Andrzej powiedział nam, że warto kupić dziczyznę w puszkach (w tym najsmaczniejszą z łosia), estońskie piwa, niektóre alkohole i słynną estońską czekoladę Kalev produkowaną w od 1806 roku. Oczywiście skorzystaliśmy z tych rad.
Następnego dnia czeka nas dzień pełen wrażeń i wiele atrakcji, bowiem w programie mieliśmy rejs promem do Helsinek w których byłam w 2014 roku i mile je wspominam. Ciekawa byłam co się zmieniło. Helsinki zielone miasto z trzech stron otoczone przez morzem.
Czeka nas wczesne wstawanie, ponieważ już o godz 6 rano musimy być w autokarze.
Ale o tych atrakcjach już w następnej części mojej relacji z pielgrzymki.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk.