Obecnie rządzący Polską kurczowo trzymają się Brukseli i Berlina. Dlaczego ?Nie z przekonania, lecz z lęku. Wiedzą, że bez europejskiego poklepywania po plecach okazaliby się tym, czym naprawdę są: ludźmi bez kompetencji, bez pomysłów i bez sprawczości. Po prostu Nikim.Bez zewnętrznego parasola nic nie znaczą, dlatego wykonują każde polecenie salonu europejskiego z pokorą ucznia, który bez ściągi nie potrafi napisać nawet własnego nazwiska.
To nie jest europejskość.
To jest zależność.
Bez tego wsparcia byliby polityczną pustką. Zdolni są jedynie do naśladowania cudzych decyzji, bo własnych nie mają i nigdy nie mieli. Spójrzmy uczciwie: co oni wnoszą sami z siebie? Jaki projekt państwa? Jaką wizję rozwoju? Jaką odwagę w podejmowaniu decyzji, które mogłyby się nie spodobać „salonowi europejskiemu”?
Nie ma nic. Jest tylko reagowanie. Tłumaczenie. Wykonywanie.
To jest polityka ludzi, którzy bez aprobaty Berlina nie potrafią podjąć decyzji, a bez przytaknięcia Brukseli nie wiedzą, co jest „rozsądne”. Każdy sygnał z Brukseli traktują jak instrukcję obsługi państwa, bo własnej instrukcji nigdy nie napisali.
Dlatego tak chętnie mówią o „europejskich standardach”, ale nigdy o polskich interesach. Dlatego każdą decyzję sprzedają jako „konieczność”, „brak alternatywy”, „wymóg wspólnotowy”. Bo alternatywa istnieje tylko dla tych, którzy mają kompetencje i kręgosłup. A kręgosłup boli, gdy trzeba się postawić.
To nie jest nowoczesność.
To jest mentalność prowincjonalnego, miernego urzędnika, który boi się, że bez pieczątki z centrali straci posadę.
Wystarczy jeden przykład: ile razy słyszeliście, że „nie da się inaczej” – bo Unia, bo Niemcy, bo procedury? A potem nagle okazuje się, że inne państwa potrafią się wyłamać, wynegocjować, zawalczyć i świat się nie kończy. Kończy się tylko mit, że uległość jest jedyną formą racjonalności.
Ale Tuska bez parasola Berlina i Brukseli nikt nie będzie traktował poważnie. Nie dlatego, że Polska jest słaba, lecz dlatego, że on sam jest słaby. Dlatego realizuje cudze scenariusze z gorliwością ucznia, który wie, że bez ściągi nie zda egzaminu. I w tym sensie „proeuropejskość” nie jest żadną wartością. Jest wyznaniem własnej niekompetencjii marności.
Bo prawdziwa suwerenność nie polega na krzykach ani na izolacji. Polega na tym, że potrafisz powiedzieć „nie”, kiedy trzeba, i „tak” wtedy, gdy to naprawdę służy twojemu państwu -a nie wtedy, gdy ktoś w innym języku kiwa głową z aprobatą.
A dziś krajem rządzą ludzie, którzy bez tego kiwania nie wiedzieliby, kim są.
I jest jeszcze jeden element tej układanki: pieniądze. Redystrybuowane przez system lojalności. Przez NGO-sy, fundacje, stowarzyszenia. To nie są wielkie fortuny. To są okruchy ze stołu -ale wystarczające, by utrzymać ciszę. Wystarczające, by nie zadawać niewygodnych pytań. Wystarczające, by siedzieć pod stołem i czekać, aż coś znowu spadnie.
Nie trzeba już cenzury. Nie trzeba pałki. Wystarczy grant. Projekt. „Wsparcie”.
Kto bierze -ten nie gryzie ręki, która karmi.
Kto bierze -ten tłumaczy.
Kto bierze – ten „rozumie złożoność sytuacji”.
Do tego dochodzi mantra Tuska powtarzana przez lata:
Takie są zasady Europy.
Tak trzeba.
Tak musimy.
Powtarzana z tą samą spokojną pewnością, z jaką księgowy tłumaczy, że nie ma innej rubryki. Tyle że zasady nie są prawami natury. Zasady tworzą ludzie i zawsze służą komuś bardziej niż innym.I tak się tworzy chory system.To nie jest jeszcze totalitaryzm.
To jest jego wygodna wersja demonstracyjna.
Z dotacjami zamiast pałek.
Z mantrą zamiast rozkazu.
Z ciszą zamiast sprzeciwu.
I najgorsze w tym wszystkim jest to, że wielu ludzi uznało to już za normalność i broni tej patologii jak niepodległości.
Zostaw komentarz