Po wyborach parlamentarnych w 2023 roku mówiłem, że PiS wcale nie przegrał politycznie. Stracił władzę, bo utracił zdolność koalicyjną, ale same wybory wygrał. I to nie był przypadek.
Miliony ludzi głosowały wtedy na partię Kaczyńskiego nie tylko z poparcia dla PiS-u, lecz także ze strachu przed powrotem dawnego Tuska. Tego liberalnego Tuska sprzed lat, kojarzącego się z polityką zaciskania pasa, pogardą wobec prowincji i państwem wycofującym się z obowiązków społecznych. Ludzie obawiali się likwidacji 800 plus, ograniczenia programów socjalnych i powrotu do logiki spod znaku słynnego „pieniędzy nie ma i nie będzie”. Ten lęk dawał PiS-owi ogromną siłę. Dał mu nawet wyborcze zwycięstwo, choć ostatecznie gorzkie.
Po przejęciu władzy wydarzyło się jednak coś znacznie ciekawszego. Tusk bardzo szybko zrozumiał, że nie może rządzić wbrew społecznym oczekiwaniom, które przez osiem lat utrwalił PiS. Zrozumiał też coś jeszcze ważniejszego: zmieniła się Polska i zmienił się polski wyborca.
I wtedy zaczął się największy polityczny paradoks ostatnich lat.
Tusk nie zaczął demontować państwa stworzonego przez PiS. On zaczął je przejmować.
800 plus? Zostało.
Darmowe leki? Zostały.
Transfery socjalne? Nie tylko utrzymane, ale rozszerzone choćby o babciowe.
Mur na granicy? Nie został rozebrany, lecz rozbudowywany. Dziś obóz władzy próbuje nawet tworzyć narrację, jakoby od początku był jego zwolennikiem.
Wydatki na armię? Jeszcze większe niż wcześniej.
Zakupy uzbrojenia? Kontynuowane na ogromną skalę.
CPK, atom, wielkie inwestycje infrastrukturalne? Nie trafiły do kosza. Zostały ograniczone, przerobione i wpisane w nową narrację polityczną.
Jeszcze kilka lat temu politycy Platformy wyśmiewali część tych rozwiązań albo przedstawiali je jako nieodpowiedzialny populizm. Dziś sami zarządzają modelem państwa, który wcześniej ostro krytykowali.
I właśnie tutaj Tusk pokazał polityczny instynkt, którego wielu jego przeciwników do dziś nie rozumie.
Zrozumiał, że Polacy nie odrzucili PiS-u dlatego, że mieli dość silnego państwa, polityki socjalnej czy twardego podejścia do bezpieczeństwa. Ludzie mieli dość przede wszystkim stylu sprawowania władzy. Permanentnego konfliktu, emocjonalnego zmęczenia, nepotyzmu, kolesiostwa i politycznej pychy.
Tusk oddzielił więc politykę PiS od samego PiS-u.
I na tym opiera się cała jego strategia. Nie walczy z fundamentami zbudowanymi przez Kaczyńskiego, bo wie, że te fundamenty mają społeczne poparcie. Zamiast je burzyć, oswoił je, wygładził i sprzedał ponownie wyborcy centrum jako własny projekt. Zachował to, co dawało prawicy siłę, a odrzucił chaos, który zaczął męczyć nawet część jej własnych wyborców.
To właśnie dlatego prawica znalazła się dziś w trudnym położeniu. Bo jak przekonywać wyborców, że trzeba wrócić do „oryginału”, skoro polityczna kopia realizuje znaczną część tego samego programu?Na razie PIS przekonuje – przekonanych. To za mało.
Jeśli prawica chce wrócić do realnej walki o władzę, musi w końcu zrozumieć naturę swojej porażki. Nie może odcinać się od polityki, która przez lata dawała jej społeczne zakorzenienie, bo właśnie tę politykę realizuje dziś Tusk. Moze nieudolnie ale jednak . Problemem nie były programy społeczne, inwestycje, silne państwo czy bezpieczeństwo. Problemem stał się sposób sprawowania władzy. Atmosfera pychy, poczucie bezkarności i ludzie, którzy dla własnych korzyści przykleili się do obozu władzy, kompromitując go z miesiąca na miesiąc.
PiS przestał być dla części wyborców symbolem zmiany, a zaczął przypominać establishment, z którym sam kiedyś walczył. I właśnie wtedy zaczął przegrywać najważniejszą walkę: walkę o wiarygodność.
Do dziś wielu polityków prawicy nie wyciągnęło z tego pełnych wniosków. Samo powtarzanie haseł o „układzie”, „zdrajcach” ,,niszczeniu państwa”czy „niemieckim namiestniku” już nie wystarcza. Wyborcy pamiętają końcówkę rządów PiS i własne rozczarowanie. Pamiętają chaos, przepychanki i ludzi, którzy zachowywali się tak, jakby władza należała im się na zawsze.
Potrzebna jest poważna refleksja, a nie dalsze funkcjonowanie w logice oblężonej twierdzy. Potrzebne jest prawdziwe mea culpa. Przyznanie, że popełniono błędy, że zabrakło pokory i że część ludzi nigdy nie powinna znaleźć się tak blisko państwa i publicznych pieniędzy.
Bez odcięcia się od twarzy, które przez lata obciążały i kompromitowały prawicę, nie będzie żadnego nowego otwarcia. Tym bardziej że Tusk przejął dziś wiele postulatów, na których PiS budował swoją siłę. Jeśli więc wyborca dostaje podobną politykę, ale w centrowym opakowaniu, prawica nie odzyska zaufania samym krzykiem i mobilizowaniem swojego najtwardszego elektoratu.
Polityka nie wybacza braku autorefleksji. Największe klęski zaczynają się bowiem wtedy, gdy ktoś uwierzy, że nigdy nie musi powiedzieć: „to była także nasza wina”.
Bo władzę zawsze traci się z jakiegoś powodu. Pytanie brzmi: czy prawica naprawdę już ten powód zrozumiała?
Zostaw komentarz