W listopadzie 2015 r. podczas realizowania filmu dokumentalnego w Syrii Marcin Mamoń wraz z operatorem Tomaszem Głowackim zostali porwani przez syryjską frakcję Al-Kaidy. Po czterdziestu dniach spędzonych w niewoli dziennikarze zostali uwolnieni i szczęśliwie powrócili do Polski. – Małgosia (żona – przyp. red.) nie miała lekko. To nie tylko piękna, ale też twarda kobieta i to, że udało się nas teraz tak szybko uwolnić z rąk Al-Kaidy, to w dużej mierze również jej zasługa – mówi Marcin Mamoń w rozmowie z Tomaszem Grzywaczewskim. Pytany o to jak udało sie mu utrzymać rodzinę przy sobie, reporter wojenny odpowiada bez na mysłu: – Są dwa filary: Pan Bóg i miłość. Jeżeli żyjesz w zgodzie z Bogiem, a jednocześnie kochasz drugą osobę, to cóż może zniszczyć taki związek? A poza tym mam ogromne szczęście, że trafiłem na Małgosię. Choć nie wiem, czy ona podobnie myśli o mnie.

TOMASZ GRZYWACZEWSKI: Twoja ostatnia podróż mogła skończyć się tragicznie. Dosłownie kilkanaście dni temu wróciłeś do Polski po czterdziestu dniach spędzonych w niewoli u syryjskiej Al-Kaidy. Rzucasz dziennikarstwo?

MARCIN MAMOŃ: Nie. Nie wiem. Nie chciałbym tego porzucić. Najwyżej trochę zwolnić… Zawód, który uprawiam – nazywaj to dziennikarstwem, reporterką, choć chyba najtrafniej definiuje go język angielski: „filmmaker” – jest tym trudniejszy, im więcej widzisz siwych włosów na głowie. Moje życie ma w sobie coś z niekończącej się włóczęgi: ze śpiworem, karimatą, spaniem na ziemi w tanich brudnych norach, mających przypominać hotele, myciem w zimnej wodzie w rzece. A przecież z wiekiem wszyscy potrzebujemy trochę więcej spokoju i komfortu. Wolimy spać w łóżku niż na podłodze. I niestety czasem bywa tak, że zwyczajnie brakuje sił. Jest rodzina. Synowie są dorośli. Nawet nie wiem, kiedy to się stało. Niebawem dadzą nogę z domu. Taka jest kolej rzeczy. Moja żona od 20 lat żyje w permanentnym strachu, że kiedyś mogę nie wrócić do domu. Zdarzało się, że wyruszałem na dwa tygodnie, a przyjeżdżałem po kilku miesiącach. Były tygodnie, kiedy byłem całkowicie odcięty od świata, od telefonów. Małgosia nie miała lekko. To nie tylko piękna, ale też twarda kobieta i to, że udało się nas teraz tak szybko uwolnić z rąk Al-Kaidy, to w dużej mierze również jej zasługa.

Jak w takim razie godzisz obowiązki zawodowe z rodzinnymi? Odnoszę wrażenie, że jesteś w tej branży wyjątkiem. Wielu reporterów wojennych zapłaciło za swoją pasję samotnością i zniszczonym życiem osobistym.

– Są dwa filary: Pan Bóg i miłość. Jeżeli żyjesz w zgodzie z Bogiem, a jednocześnie kochasz drugą osobę, to cóż może zniszczyć taki związek? A poza tym mam ogromne szczęście, że trafiłem na Małgosię. Choć nie wiem, czy ona podobnie myśli o mnie (śmiech).

Wspomniałeś o Bogu. Czy religia jest dla Ciebie ważna?

– W krajach islamskich muzułmanie zawsze chcą nawracać. Wyjątkowo nie lubię tych rozmów z nimi, ale przyzwyczaiłem się. To dla nich jest prawie jak rytuał. Zawsze im wtedy tłumaczę, że mój ojciec był katolikiem, dziadek też i pradziadek, więc ja nie mam żadnego wyboru. Czasami to do nich trafia… Wiara chrześcijańska jest dla mnie czymś oczywistym. Nie muszę i nie chcę się nad tym zastanawiać. Europa się zlaicyzowała i efektem tego jest powolna kolonizacja naszego kontynentu przez islam. To całkowicie naturalny proces, bo przyroda, również w warstwie duchowej, nie znosi próżni.

A wracając do początków twojej reporterskiej kariery. Czy studiowałeś dziennikarstwo?

– Nie. Skończyłem historię na UJ. Zacząłem nawet doktorat. Ale wykładowcy, z którymi miałem do czynienia, w swej zdecydowanej większości byli nudziarzami i niemal zabili we mnie pasję do nauk historycznych. Brakowało im charyzmy, a często mieli poprzetrącane kręgosłupy przez system. Zapisywali się do PZPR, by robić karierę na uczelni. Brrrrr! Zresztą wiele lat później okazało się, że mój promotor był wieloletnim agentem UB, a potem SB. Po studiach nie wiedziałem, co robić dalej. Nie miałem czasu, by się zastanawiać. Bardzo wcześnie się ożeniłem i zostałem ojcem.

Studiowałem jeszcze za komuny. Wiadomo, działalność podziemna, zadymy… Pisywałem także do prasy podziemnej, pomagałem w druku… Oczywiście nielegalnym. Potem, po 90. roku, pracowałem w pierwszych gazetach legalnych, założonych przez środowiska opozycji antykomunistycznej, ale nigdy w “Gazecie Wyborczej” (śmiech). W końcu trafiłem do telewizji i spodobało mi się. To fascynujące, jak łączysz ze sobą dwie historie – obraz i dźwięk – i powstaje ta trzecia – najważniejsza, bo sam ją wykreowałeś. Większości rzeczy sam się nauczyłem. Przychodzisz, patrzysz, słuchasz, próbujesz zrozumieć otaczający cię świat i zawsze szukasz ludzi mądrzejszych od siebie… Od głupszych przecież niczego się nie nauczysz

Od początku chciałeś być reporterem wojennym?

– Nie. Właściwie to nigdy nie chciałem nim być i wierzę, że wciąż nim nie jestem. Rzeczywiście, pracuję w miejscach, gdzie trwają wojny. Ale to nie huk bomb albo rakiet, serie z kałasznikowów czy wycie moździerzy jest najważniejsze. Nawet nie adrenalina. To fascynacja światem nieodkrytym, niedostępnym, a jednocześnie targanym emocjami – w tzw. normalnym świecie ciężko takie odnaleźć. Na wojnie wszystko jest ostateczne i skrajne. Na wojnie łatwiej dostrzec dobro i zło. A to, co jest bardziej wyraziste, lepiej opowiada się w filmie czy reportażu. Ale i tak wszystko zaczęło się niemal przypadkiem. Zobaczyłem w przekazach newsy o małym narodzie, o dzielnych mężczyznach, którzy rzucili wyzwanie atomowemu imperium czyli Rosji. Pół roku po pierwszym zetknięciu się z kamerą byłem już na wojnie w Czeczenii. Robiłem pierwszy dokument „Allah Akbar znaczy Bóg jest wielki” (1995) i oddychałem wśród wolnych ludzi. „Kupili” mnie właśnie tym – szaleńczym umiłowaniem wolności, braterstwem… Tak już jest, że kiedy wejdziesz w pewne tematy, to potem nie możesz po prostu ich zostawić. One w pewnym stopniu stają się częścią twojego życia. Mój romans z Czeczenią wciąż trwa. To przecież Czeczeni ratowali mnie ostatnio w Syrii, gdy zostałem porwany przez Al-Kaidę.

Opowiadasz o Kaukazie w bardzo emocjonalny i osobisty sposób. Uważasz, że jako reporter jesteś obiektywny i czy w ogóle istnieje twoim zdaniem obiektywne dziennikarstwo?

– Oczywiście wiele osób uważa, że jestem kompletnie nieobiektywny. Zarzucano mi nawet, że jestem finansowany przez mafię czeczeńską albo organizacje dżihadystyczne. Obiektywne dziennikarstwo wpada w pułapkę nudy i nie daje żadnych odpowiedzi. Albo daje jedną, totalnie fałszywą, że prawda jest pośrodku. To tak, jakby mierzyć tą samą miarą prawdę ofiar i oprawców. Tam, gdzie jeżdżę, zwykle szukam kontaktu z tymi, którzy są ofiarami, nawet jeśli walczą z kałasznikowem czy granatnikiem RPG w ręce. Mnie jako dziennikarza interesuje wolność a konkretnie walka o wolność. Cenię ludzi, którzy są w stanie poświęcić dla niej swoje życie. Spotkałem ich w bardzo wielu miejscach na świecie. Na Kaukazie, Bliskim Wschodzie, w centralnej Azji i Afryce. I oni są prawdziwie wolni. Jaka może być większa przyjemność niż spędzanie czasu z ludźmi wolnymi? To naturalne, że pałam do nich sympatią, a zatem nie mogę być obiektywny. Zresztą, żeby zrobić dobry materiał, nawet jeśli nie akceptujesz postawy czy działań swojego bohatera, to musisz go przecież zrozumieć, a jeśli pozwoli – przeniknąć do jego duszy. Inaczej nigdy się do niego nie zbliżysz, nie opowiesz jego historii. Pomyśl zresztą: czy zrobić film albo pisać reportaż o kimś, kogo nie lubisz?

Czy uważasz, że w dobie internetu zawód reportera ma jeszcze w ogóle sens? Po co jeździć, skoro wszystko można sprawdzić zza biurka.

– Świat się zmienia i oczywiście to wpływa na charakter pracy dziennikarskiej. Pojawiły się media społecznościowe, videoblogi, Twitter. Ale to są tylko narzędzia, takie jak radio czy klasyczna telewizja. Istota tego zawodu pozostaje niezmienna. Kiedyś przeczytałem opinię pewnego znanego reportera, że pisząc książkę 70-80 proc. czasu poświęca na kwerendę materiałów w internecie, czytanie maksymalnie wszystkiego, co zostało napisane na dany temat. Resztę czasu spędza w miejscach, które opisuje i wśród ludzi, o których pisze. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Te proporcje powinny być inne. Dobre dziennikarstwo to 80 proc. czasu spędzone w podróży i bycie na miejscu wydarzeń. Dziennikarstwo to ludzie, których poznajesz, patrzysz im w oczy, a oni ci ufają i odkrywają przed tobą świat, o którym nie masz pojęcia nawet, że istnieje. Reportaż to coś, co widzisz, słyszysz i czujesz. Reszta to bullshit. Bo jak np. masz opisać zapach palących się śmieci? Zapach, który niemal definiuje trzeci świat, miejsca, gdzie toczy się najwięcej wojen. W internecie go nie poczujesz…

Doradzałabyś młodym ludziom, żeby zostawali dziennikarzami?

– Jeżeli chcą się skazać na trudne życie, to jak najbardziej. Oczywiście mówię tutaj o pracy reportera, a nie prezentera w telewizji śniadaniowej. O zatrudnieniu na etat przeważnie można zapomnieć. Często nie masz pieniędzy, żeby wykupić porządne ubezpieczenie. Jeżeli coś pójdzie nie tak, to jesteś zdany na własne siły. Całkowity brak stabilności. Także tej finansowej. W Polsce zainteresowanie mediów sprawami międzynarodowymi jest znikome. Niestety byle plotka krążąca po Sejmie jest ważniejsza niż ludobójstwo w Czeczenii czy Syrii.

Dziennikarstwa, które ja cenię, nie znajdziesz w świetle jupiterów. O wielu dziennikarzach dowiesz się dopiero wtedy, gdy napiszą o nich, że zginęli. Wtedy przychodzi ich 5 minut sławy.

W takim razie dlaczego wykonujesz ten zawód. „Jedynie prawda jest ciekawa” jak mówił Józef Mackiewicz?

– Kiedy siedzieliśmy w niewoli u dżihadystów w Syrii, pojawił się pewnego dnia w piwnicy, gdzie nas trzymano zamaskowany człowiek, jak się później dowiedzieliśmy bardzo wysoko postawiony w światowych strukturach Al-Kaidy. W pewnym momencie, dokładnie tak jak ty zapytał: „Dlaczego to robicie?” Tomek Głowacki powiedział, że nie dla kasy… Że w zasadzie płacą nam grosze… „So you are adrenaline freaks?” – zareagował emir Al-Kaidy. Zaprzeczyliśmy. Odpowiedzieliśmy mu cytatem z Mackiewicza i dodaliśmy, że kochamy wolność, co w sytuacji więźniów zamkniętych w piwnicy gdzieś pod Aleppo było niemal zabawne.

Mówiłeś o potrzebie zmiany trybu życia. Odnalazłbyś się w roli nauczyciela dla młodych ludzi?

– Nie wiem. Przecież nie mam uczniów (śmiech). Gdybym ich jednak miał, powtarzałbym im z uporem, żeby się nie bali. By zachowywali zawsze spokój, choć to niełatwe, gdy do ciebie strzelają, czy zakładają opaskę na oczy, wiozą w nieznanym kierunku, grożą, że rozstrzelają. Strach jest złym doradcą. Jeżeli wpadasz w panikę, to drastycznie spadają twoje szanse na przeżycie.

Co mógłbyś powiedzieć młodym ludziom marzącym o zawodzie reportera?

– Przede wszystkim, żeby nie wierzyli mediom! Bo media niestety rzadko mówią prawdę… Tylko wtedy będziesz wiedział, jeżeli sam pojedziesz, sprawdzisz i dotkniesz. To jest fundament dobrego dziennikarstwa. I nieważne, czy opowiadamy o Polsce, Afganistanie, Somalii, czy o bezludnej dżungli Borneo…

 

Rozmawiał Tomasz Grzywaczewski.

Marcin MamońMarcin Mamoń
– reporter wojenny, reżyser kilkudziesięciu filmów dokumentalnych (m.in dla TVP, BBC, VPRO, WDR) z najbardziej zapalnych regionów świata. Jako dziennikarz współpracował m.in. z Wiadomościami oraz Panoramą, pełnił funkcję kierownika redakcji publicystyki TVP 2. Twórca seriali dokumentalnych „Korespondent” (27 odcinków, zrealizowanych w Kongo, Palestynie, Somalii, Czeczenii, Afganistanie etc.), „Dyktatorzy” oraz „Dżihad”. Jego filmy były nagradzane i nominowane na licznych festiwalach, w tym na festiwalu telewizyjnym Monte Carlo 2007, Festiwalu Mediów „Człowiek w zagrożeniu”. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. K. Dziewanowskiego za rok 2002.

Koncept - magazyn akademicki

Źródło: Gazeta Koncept, portal gazetakoncept.pl