Był rok 1983 lub 1984. W kraju było chyba najpodlej od 1956. Szaro, buro, ocet na półkach, wszystko na kartki. Nawet srajtaśma. Człowiek się wówczas nie mógł nawet wysrać na to wszystko, czego nie akceptował, żeby sobie nie pokaleczyć wiadomej części ciała niedostatecznie zmieloną w dłoniach Trybuną Ludu. Ja miałem wtedy 9 lub 10 lat. Mieszkałem wówczas na Sienkiewicza i do budy (SP-5), z której wyleciałem z hukiem po bodaj dwóch lub trzech latach miałem pod górkę. Szło się ulicą Stalmacha w dokładnie przeciwnym kierunku, w którym w 1918 polscy oficerowie i żołnierze opuściwszy austriackie koszary przywędrowali do centrum miasta, żeby zamanifestować swoją polskość i chęć nowej Polski budowania. Za każdym razem szedłem tą szkolną golgotą w nadziei, że chociaż po szkole będę mieć z górki.
Mój kolega, który przeprowadził się niedawno ze wsi do miasta nauczył mnie obsikiwać po drodze mury kamienic. Początkowo uważałem to za oznakę wieśniactwa, ale z czasem stwierdziłem, że jest to nawet fajne, bo nie trzeba się wstrzymywać i kulić. Najlepiej się sikało w okolicy rynien, bo to w sumie naturalny ciąg odprowadzający wodę i urynę. Piotrek mieszkał w takim wiejskim domku nieopodal starego cmentarza ewangelickiego. Imponował mnie nie tylko tym sikaniem po mieście, ale przede wszystkim umiejętnością wchodzenia do domu przez piwnicę lub okna. Miał siostrę o imieniu Barbara, którą bardzo kochał i się z nią przedrzeźniał. Piotrek nauczył mnie jak oglądać filmy tylko dla dorosłych używając kilku lusterek odpowiednio ustawionych w pokojach. Potem został niezłym informatykiem i znalazł pracę w Czechosłowacji. Miał jeszcze jedno skrzywienie, prowadził rejestr samochodów parkujących w centrum miasta. Zapisywał każdego dnia, gdzie jaki wóz stoi. Wszyscy się z niego śmiali, ale tym sposobem wykluwał się przyszły arcymistrz matematyczny. Bardzo lubiłem Piotra. On chyba mnie też, bo któregoś dnia zabrał mnie na wycieczkę do Hażlacha, wioski podcieszyńskiej, gdzie okazało się, że nie bardzo wiadomo po co tam przyjechaliśmy. Pamiętam, ze nazbierałem stamtąd parę ślimaków i żab po to by pokazać je mojej młodszej o 3 lata siostrze.
Po drodze do szkoły była stara z czasów austriackich kamienica, w suterynie której mieszkał starszy wysuszony mężczyzna. Nie jestem pewien jego imienia, wiem, że znał mojego ojca. Był niezwykle skromnym człowiekiem, niewiele potrzebował, prawie nic nie jadł, ale był zawsze uśmiechnięty. Zbierał złom z okolicy, był poszukiwaczem, a to w dobie opowieści o Panu Samochodziku robiło na mnie wrażenie. Czasem zabierał mnie na łowy. Ciągnął mnie wówczas w tym swoim metalowym wózku na złom przez pół miasta. Lubiłem to. Patrzyłem wówczas na Cieszyn jego oczyma. Miał chyba na imię Jerzy i był człowiekiem jakoś tam życiowo poharatanym. Zresztą ja innych nie znam. Mimo cierpienia, które nosił w sobie, potrafił się tak czule uśmiechać. Potem, jak zostałem karnie przeniesiony do innej szkoły, dowiedziałem się, że zmarł. Było mi wtedy naprawdę smutno. Jakby zmarł mój własny ojciec.
SP-5 od samego początku była dla mnie jedną wielka torturą. Trafiłem tam jako dziecko, które pierwszą klasę zaliczyło na najbardziej na południe wysuniętym zadupiu Polski, w Lesznej Górnej, która wówczas dla mnie była oazą spokoju i dostatku. Od samego początku konflikty z innymi dziećmi. Niechęć do mnie ze strony nauczycieli. Wychowawczyni wystawiła mi skierowanie do szkoły specjalnej pisząc we wniosku, że Radek na przerwach nie komunikuje się z innymi uczniami i jeżdżąc palcem po ścianach komunikuje się sam ze sobą. Gówno prawda, bo wtedy opowiadałem Panu Bogu jak fatalnych nauczycieli mi zesłał i kłóciłem się z nim. Potem była już przemoc, bo atmosfera temu służyła. Była wielka bójka z Jackiem, po której rodzice mieli zdecydować: szkoła specjalna lub zsyłka do innej szkoły poza Cieszynem. Z Jackiem pobiłem się ze względów religijnych, on był „lutrem”, więc dostał w ryj. Potem staliśmy się najlepszymi kolegami. Ja wylądowałem w Dzięgielowie…
Ale to już opowieść na inny odcinek.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz