Już w 1939 roku Niemcy zamknęli u nas polską szkołę. Ponieważ dobrze znałam język ukraiński, poszłam do szkoły ukraińskiej. Wkrótce mnie z niej wyrzucili, bo rodzice nie chcieli zadeklarować ukraińskiej narodowości i przejść na prawosławie. Chcieli też mnie i moją koleżankę Marysię wyrzucić z zespołu pieśni i tańca, ale nasza ukraińska pani, która, uczyła nas śpiewać i tańczyć, stanowczo się temu sprzeciwiła.
Niemcy od początku wojny napuszczali Ukraińców na Polaków a po jakimś czasie zaczęli napuszczać też Polaków na Ukraińców. Niektórzy temu ulegali, ale większość nadal żyła w zgodzie jak i przed wojną.
Nadszedł rok 1943. Z Wołynia nadchodziły straszliwe wieści o Ukraińcach okrutnie mordujących Polaków. Nikt w to nie chciał wierzyć. Po jakimś czasie zaczęli przybywać do nas uciekinierzy spod pobliskiego Włodzimierza. W naszej chacie zamieszkał na jakiś czas wujek Walerek z Jasienówki. Opowiadał o straszliwej rzezi, w której zginęła jego mama, a on uciekł przez Bug do nas.

– Moja mama Weronika uparła się, że uciekać nie będzie, bo przecież nikomu nic złego nie zrobiła, a większość mieszkańców, także Ukraińców przyszło na świat przy jej pomocy, bo była wioskową akuszerką. Początkowo zostałem z nią, ale jak zobaczyłem łuny nad sąsiednimi wioskami, pomyślałem, że trzeba opuścić Jasienówkę. Mama upierała się nadal i została tam do końca. Schowałem się w sianie koło ukraińskiej wioski. Zauważyła mnie znajoma Ukrainka i … przyniosła mi jedzenie. Po jakimś czasie znów przyszła i powiedziała: „Waler! Banderiwcy spaliły Jasieniwku i Sokoliwku. Wsich Polakiw wbiły. I tut prydut. Treba Tobi wtikaty.” Poszedłem jeszcze do Jasienówki. Zobaczyłem spalone chaty, jeszcze unoszące się dymy nad nimi i mnóstwo trupów. Przed naszo chato znalazłem martwą mamę. Została zamordowana przez banderowców. Jej twarz była zmasakrowana uderzeniem tępym narzędziem, głębokim na kilka centymetrów. Podobno padła pod ciosem szpadla… Pochowałem matkę za stodoło i udałem się w stronę Bugu. Niosłem ze sobą jedynie cep do obrony, gdyby mnie banderowskie bandyty napadli.
– Ale nam to chyba nie grozi – powiedziałam – toż nasze Ukraińce dobre ludzie!
– Nie bądź taka pewna – odrzekł smutny Kostek – nawet mojemu bratu Hryćkowi banderowcy w głowie namieszali. Ciebie nie chce znać, bo ty Laszka. Czyta i rozdaje banderowskie ulotki o tym, że trzeba Lachiw rizaty. Z ojcem raz spaliliśmy mu to gówno w piecu, to groził, że i nas zarąbie! A takich jest coraz więcej!

Kostek był narzeczonym mojej siostry Milki a bratem Hryćka. Hryćko był moim ukochanym i faktycznie musieli go otumanić, że tak się zaczął zachowywać.
– Tam Ukraińców dziesięć razy więcej – mówił wujek – łatwiej zebrać bandę skurwinsynów do mordowania. U was też Ukraińcy w większości, ale takiej przewagi nie ma. No i Armia Krajowa się przygotowuje do obrony. Tutaj będzie banderom trudniej, ale próbować bedo! To strasznie zawzięte hady! A na Wołyniu Ukraińce ani nie gorsze ani nie lepsze niż tutaj.
Na szczęście rok 1943 u nas minął spokojnie. Na święta Bożego Narodzenia pojechaliśmy na pasterkę do Hrubieszowa razem z Kostkiem a na prawosławne Boże Narodzenie byliśmy na pasterce w cerkwi w Czerniczynie. Nic nie wskazywało na to, że rok 1944 przyniesie jakieś straszne wydarzenia.