Na boisku jak zwykle — Kloc dłubie przy swoim „genialnym” wózku, Wszak pomaga… a raczej próbuje go powstrzymać.
Podchodzą starsi uczniowie.
— Oddajcie to. I tak to rozwalicie — rzuca jeden.
Popycha Wszaka.
Cisza.
— Zostaw go — mówi spokojnie Basza.
Chłopak prycha.
— Bo co? Mała jesteś. I tyle.
Coś pęka.
Chłód. Cień. Zmiana.
Basza rośnie. Oczy twardnieją.
— Ostatni raz — mówi nisko.
Chłopak się cofa.
— Dobra, już…
Powinno wystarczyć.
Nie wystarcza.
Basza podchodzi bliżej.
Za blisko.
— Powiedz to jeszcze raz.
Chłopak milczy. Przerażony.
Ona nie odpuszcza.
Wszak: — Basza… już.
Brak reakcji.
Kloc (pierwszy raz serio): — Basza. Wystarczy.
Ona odwraca głowę.
Patrzy na niego.
I przez moment… go nie poznaje.
Cisza.
Mróz znika.
Basza wraca do swojej małej postaci.
Oddycha ciężko.
Kloc: — To było… za dużo.
Basza cicho:
— Wiem.
Dlatego nie lubię tej drugiej mnie.