To była już trzecia moja, a męża druga wizyta w Rzymie i Watykanie. Pierwszą wycieczkę objazdową po włoskiej ziemi, łącznie z Sycylią i Wyspami Liparyjskimi odbyłam w 2001 r. Oczywiście Rzym był bardzo ważnym punktem mojej wędrówki. Po raz drugi, tym razem z mężem byłam na pielgrzymce w 2015 r. Opisałam te nasze wrażenia z tego pięknego kraju na pressmania.pl „Moja pielgrzymka do Włoch”.
Biura podróży tak układają harmonogramy podróży, by nie pokazać najważniejszych miejsc podczas jednego wyjazdu.
Gdy wcześniej zwiedzaliśmy Rzym, byliśmy przy Panteonie, jednak nie można było wejść do środka, tylko oglądać jego wnętrze przez otwarte drzwi. Forum Romanum oglądałam z góry, a przy Koloseum byłam dwa razy, ale nigdy w środku bo program tego nie przewidywał.
To samo było z Watykanem. Widzieliśmy Kaplicę św. Piotra i podziemia watykańskie, ale mąż nie widział Kaplicy Sykstyńskiej i Ogrodów Watykańskich.
Ponieważ czuliśmy niedosyt postanowiliśmy wybrać taką wycieczkę której program umożliwiał zobaczenie miejsc w których dotychczas nie byliśmy. Wybraliśmy „Rzym i Watykan”.
Wyruszyliśmy 12 kwietnia 2018 r na spotkanie z cudowną historią. Lot z Warszawy do Rzymu trwa tylko ok. 2 godzin. Było wczesne popołudnie gdy wylądowaliśmy na międzynarodowym lotnisku Leonarda da Vinci w miejscowości Flumicino, oddalonej ok 20 km od centrum Rzymu.
Po drodze do naszego hotelu przewodniczka pani Monika Burakowska opowiada nam historię Rzymu, którym zachwycali się przebywający tu m.in. Goethe, Kraszewski, Siemiradzki, Słowacki, Mickiewicz, Gogol. W tym mieście został ukrzyżowany św. Piotr i ścięty św. Paweł. Tu zamordowano Juliusza Cezara. Jadąc podziwialiśmy bujną o tej porze roku zieleń oraz charakterystyczne sosny parasolowate – pinie i platany. Będziemy je widzieli na całej trasie naszej wędrówki. W pewnym momencie w oddali zobaczyliśmy Castel Gandolfo letnią rezydencję papieży. Po około 45 minutach dojechaliśmy do naszego hotelu Casa San Juan de Avila. Po rozlokowaniu, które trwało kilkanaście minut (nasza grupa liczyła 38 osób), przed kolacją otrzymaliśmy plan zwiedzania na następne dni.
Starożytny Rzym
Po śniadaniu o godzinie 8 wyruszyliśmy zwiedzać starożytny Rzym. Ponieważ wybraliśmy taką wycieczkę by można było poznać życie dzisiejszych rzymian konieczne było wygodne obuwie, gdyż przemieszczaliśmy się pieszo korzystając od czasu do czasu z komunikacji miejskiej w tym metra (niektóre jego odcinki zbudowane jeszcze w czasach Mussoliniego). Jak się wieczorem okazało zrobiliśmy w tym dniu łącznie 17 km. Aby nie tracić kontaktu z naszą przewodniczką Moniką, idąc mieliśmy założone słuchawki. W miarę możliwości robiłam krótkie szczątkowe notatki.


Zatłoczonym metrem dojechaliśmy do Koloseum. Każdorazowo zachwyca nas wspaniały widok tej budowli. Trudno zrobić zdjęcia w tłoku ale jakoś się udaje. Wejście do środka każda wycieczka ma na określoną godzinę. My przybyliśmy sporo przed czasem więc odwiedziliśmy XII wieczny kościół San Clemente uważany za jedną z najwspanialszych bazylik Rzymu, w którym znajduje się grób apostoła Słowian św. Cyryla.
Nie jest duży. Wchodząc do niego od razu wzrok skupia się na średniowiecznych mozaikach, marmurach, renesansowych i barokowych freskach.



Nasza pani przewodnik zwróciła nam uwagę na znajdującą się w centralnym fresku kaplicy mozaiki absydalnej „Apoteozę Krzyża Św.” z XII w. Następnie przeszliśmy do podziemi w których znajdują się dobrze zachowane ściany starochrześcijańskiego kościoła z IV wieku z dość wyraźnymi fragmentami fresków z IX i XI w., opowiadającymi legendę o cudach św. Klemensa, papieża-męczennika z końca I w. n.e. – patrona bazyliki oraz legendę o św. Aleksym. Następnie zeszliśmy niżej, do domu konsula Flawiusza Klemensa z I w po Chrystusie. Tuż obok schodów znajduje się ołtarz z relikwiami św. Cyryla apostoła Słowian – miejsce modlitwy wszystkich chrześcijan z Bałkanów, Czech i Moraw. To Cyryl i Metody przywieźli kości św. Clemensa do Rzymu z Konstantynopola (umarł na Krymie) i tu też chciał być pochowany sam Cyryl.


W kościele znajduje się zejście do położonych niżej pozostałości po rzymskich domach z przełomu tysiącleci. Po pokonaniu kilkudziesięciu schodów weszliśmy do niewielkiego pomieszczenia (najprawdopodobniej z II wieku), dla kilkunastu osób. Była to kaplica przy szkole mitraistycznej – przedchrześcijańskie miejsce kultu w której oddawano cześć niezwykle popularnemu w starożytnym Rzymie pochodzącemu ze wschodu z Persji bogu Mitrze. Centralne miejsce zajmuje w niej ołtarz ozdobiony wizerunkiem Mitry zabijającego byka.


Chodząc oświetlonymi pomieszczeniami zachwyciły nas oryginalne fragmenty posadzki z IV w oraz freski z XI wieku. Przez wieki pomieszczenia te były zalane przez wody gruntowe. Widzieliśmy na ścianie linię, która zaznaczono dokąd ona sięgała. Dopiero papież Leon XII kazał osuszyć te miejsca. W podziemiach wciąż czuje się wilgoć i chłód. Opuszczaliśmy to miejsce w zadumie. Wychodząc na zewnątrz po drodze zatrzymaliśmy się w atrium przy fontannie. Wokół niej z widać pozostałości posadzki wykonanej z serpentynitu, kamienia sprowadzanego z Egiptu.
Rzym nie był tak zniszczony jak Warszawa, dlatego idąc mogliśmy odbyć naszą podróż przez wieki. Zmierzając w kierunku Koloseum podziwialiśmy stare domy stojące przy wąskich rzymskich uliczkach. Włosi nie uznają rekonstrukcji, stosują renowację jedynie w przypadku gdy dany obiekt grozi zawaleniem.
Po drodze mineliśmy odkopane ruiny szkoły gladiatorów których nie widziałam podczas moich poprzednich wizyt w tym mieście, a znajdują się one niedaleko Koloseum. Wszystko zależy od tego co przewodnik chce pokazać.
Znajdują się poniżej jezdni. Pozostały po niej uszkodzone fragmenty ścian pomieszczeń które służyły gladiatorom w czasie ich nauki walki. Natomiast arena na której trenowali została odsłonięta do połowy. Druga jej część leży kilka metrów pod ulicą, ponieważ miasto rozwijało się w ten sposób, że na pozostałości zabudowań powstawały kolejne.


Szkoła gladiatorów łączyła się z Koloseum podziemnym przejściem. Aby stać się gladiatorem trzeba było ćwiczyć w tej szkole minimum 2 lata. Gladiator powinien być zwycięzcą i przetrwać.
Przed wyjazdem do Rzymu szukam informacji na temat gladiatorów. Trafiłam na znakomite opracowanie tego tematu przez pana Marka Rabija które w obszernej części przytaczam.
Adepci składali ponurą przysięgę, w której zgadzali się na: uri, vinciri, verberari ferroque necari, czyli na przypalanie ogniem, zakuwanie w dyby, chłostę i ostatecznie nawet na śmierć. Od tej chwili faktycznym panem ich życia i śmierci stawał się właściciel szkoły gladiatorów (lanista).
Zdecydowana większość gladiatorów rekrutowała się spośród niewolników i jeńców wojennych, ale przez areny rzymskich amfiteatrów od czasu do czasu przewijali się także przedstawiciele wyższych stanów, z nudów szukający dreszczyku emocji.
Tak było w przypadku cesarza Kommodusa, wielkiego miłośnika igrzysk gladiatorskich, który według historyka Kasjusza Diona sam walczył na arenie.
Również znany polityk i milioner Lucjusz Antoniusz chwalił się walką stoczoną w amfiteatrze w Azji Mniejszej, podczas której osobiście poderżnął gardło przeciwnikowi. Pod koniec I w. n.e. retor Kwintylian opisywał sprawę sądową, w której młody dziedzic i równocześnie wielki miłośnik walk gladiatorów pozwał siostrę o okaleczenie. Wcześniej wielokrotnie wykupywała brata ze szkoły gladiatorów, do której za każdym razem wstępował na ochotnika.
W końcu zdesperowana obcięła mu w nocy kciuk, czyniąc tym samym niezdolnym do walki.
Krwawy zawód cieszył się dużym zainteresowaniem wśród biedoty i wyzwoleńców. Dla nich perspektywa krwawych występów na arenie była atrakcyjną odskocznią między codziennym zmaganiem się o jedzenie i dach nad głową.
Oprócz tego mieli opiekę medyczną, na jaką mogła liczyć tylko finansowa elita i wojsko.
Z racji ilości spożywanego jęczmienia, uważanego za dobry budulec mięśni, nazywano ich hordearii, czyli ludźmi z jęczmienia.
Z analizy zachowanych nagrobków gladiatorskich wynika, że przeciętny mistrz areny ginął w piątym-szóstym poważnym pojedynku w karierze. Śmierć dopadała ich na arenie po kilku latach kariery, zwykle w wieku 22-25 lat, przy średniej długość życia mężczyzny w czasach cesarstwa około 30 lat.
Nie wszystkie walki były na śmierć i życie. Koszty wyszkolenia i utrzymania gladiatorów były zbyt duże, by poświęcać ich przy byle okazji. W trakcie przeciętnych igrzysk większość występów miała więc charakter pokazu szermierki, które publika oklaskiwała świadoma tego, że nie zobaczy krwi. Walki z prawdziwego zdarzenia z reguły stanowiły zwieńczenie igrzysk i wtedy nierzadko wykorzystywano do tego celu skazańców, którzy nie mieli prawa zejść żywi ze sceny. Jeśli zwyciężyli w jednym pojedynku, wystawiano przeciwko nim kolejnych przeciwników. Aż do skutku.
Oddzielną kategorię igrzysk stanowiły zawody fundowane przez kandydatów na urzędy albo przez samego cesarza. Wtedy zwykle nie szczędzono grosza na wynajem gladiatorów z najlepszych szkół, a trup słał się gęsto.
Rozpoczęciu igrzysk towarzyszyła uroczysta oprawa. Zawodnicy przybywali do amfiteatru w barwnej procesji, odziani w jaskrawe i bogato zdobione stroje. Gladiatorzy z najznamienitszych szkół przywdziewali z tej okazji purpurowe szaty wyszywane złotem. Za każdym niesiono uroczyście jego broń i zbroję, przy czym sprzęt największych gwiazd areny często aż ociekał złotem, srebrem i drogocennymi kamieniami.
Po przybyciu do amfiteatru wszyscy zawodnicy wchodzili na arenę, pozdrawiali widzów i przede wszystkim organizatora igrzysk słynnymi słowami: „Ave, morituri te salutant” – „Witaj, idący na śmierć pozdrawiają cię”. Potem następowały walki, nierzadko w bogatej oprawie muzycznej trąb, harf, a nawet organów wodnych.
Pojedynki odbywały się zazwyczaj między zawodnikami wyszkolonymi w odmiennych technikach walki i wyposażonych w różnie rodzaje broni. Samnita wyposażony był w okrągłą tarczę, hełm z przyłbicą i charakterystycznym grzebieniem z piór, skórzany rękaw na jedno z ramiom oraz miecz lub włócznię. Wystawiano ich często do walki przeciwko Trakom uzbrojonym tylko w krótki zakrzywiony miecz i małą tarczę. Innym lekkozbrojnym typem gladiatora był retiarius, czyli sieciarz, uzbrojony zwykle w trójząb i sieć, którą usiłować oplątać przeciwnika.
W pojedynkach chodziło zwykle o starcie odmiennych typów walki, np. siły samnity ze zwinnością sieciarza. Często gladiatorzy inscenizowali także wydarzenia z przeszłości, zwykle zwycięskie bitwy rzymskiego oręża. Wtedy zawodnicy mogli nosić stroje z epoki.
Pojedynki najczęściej kończyły się wyczerpaniem lub zranieniem jednego z gladiatorów. Chodziło o to, by o losie pokonanego mógł zdecydować organizator igrzysk, a ten z kolei zwykle respektował wyrok publiczności.
W oficjalnym podsumowaniu wyniku igrzysk obok jego nazwiska zapisywano literę M – od łacińskiego słowa „missus” (przegrany). Zabitych sygnowano literą P – od łacińskiego „periit”, zwycięzców zaś literą V („vicit”).
W spisach wyników często pojawia się jednak również znak SM („stans missus”), oznaczający uczestników pojedynku, który zakończył się remisem. W epitafiach gladiatorskich taki skrót pojawia się bardzo często, co każe historykom przypuszczać, że publiczność rzymskich amfiteatrów wbrew obiegowej opinii nie była zainteresowana wyłącznie krwawą jatką i często doceniała kunszt występujących przed nią gladiatorów. Niejaki Flamma z Syrii chwali się na swoim nagrobku, że zwyciężył 25 razy, 4 razy przegrał i aż 9 razy brał udział w pojedynku zakończonym remisem.
Rzymianie darzyli gladiatorów uczuciem łączącym pogardę z fascynacją. Ponieważ w centrum igrzysk byli gladiatorzy, najlepsi z nich szybko stawali się bohaterami opinii publicznej. Rzymskie ulice roiły się od graffiti ku ich czci. W większości z nich wyraźny był wątek erotyczny. Dla kobiet z dobrych domów gladiator był uosobieniem męskości, siły, brutalności, owocem zakazanym i przez to bardzo pożądanym.
Pompejańskie murale wysławią zawodników: Celadusa jako „suspirium et decus puellarum”, czyli „bohatera dziewcząt przyprawiającego je o bicie serca”, a Crescensa, jako „dominus et medicus puparum nocturnarum”, czyli „władca i lekarz dziewcząt w nocy”. O rzekomo niespożytych apetytach erotycznych gwiazd rzymskich aren dyskutowano nie tylko na ulicy, lecz także w domach elit.
Krew świeżo zabitego zawodnika miała rzekomo leczyć podagrę. Pot uchodził z kolei za cenny afrodyzjak. Satyryk Juwenalis, opisuje w jednym z wierszy damę z dobrego domu, Eppię, która rzuciła męża i dom dla pokrytego krostami i bliznami Sergiusa. „Był to jednak gladiator, więc Hiacynt uroczy, co lepszy, niźli dzieci, mąż, siostra, ojczyzna”. Elita mogła się fascynować gladiatorami, ale dla przedstawicieli tej profesji drzwi do awansu społecznego były szczelnie zamknięte.
Szczytem marzeń przeciętnego zawodnika był rudis – drewniany miecz symbolizujący zwolnienie ze służby i – w przypadku niewolników – wyzwolenie. Wielu wyzwolonych wracało jednak na arenę. Wspomniany już Flamma z Syrii aż czterokrotnie dostawał rudis i za każdym razem na nowo stawał do walki. Dlaczego? Z braku lepszych perspektyw, dla sławy, dreszczu emocji, a często dla pieniędzy, bo emerytowane sławy potrafiły ściągnąć do amfiteatru tłumy.

Mijając szkołę po kilku minutach dotarliśmy pod Koloseum. Musieliśmy się podzielić na dwie grupy, gdyż nasza licząca 38 osób była zbyt liczna, aby wejść w całości do tego obiektu.
Ponieważ było trochę czasu (byliśmy w drugiej grupie) nasza przewodniczka Monika wzięła nas na krótki spacer byśmy zobaczyli pozostałości rzymskiego akweduktu aqua Claudia i cyrku Nerona zwanego także cyrkiem Kaliguli, od imienia władcy, który w 38 roku rozpoczął jego budowę.

Akwedukt swą nazwę zawdzięcza cesarzowi Klaudiuszowi, który ją dokończył. Był to najważniejszy wodociąg imperialnego Rzymu, którym sprowadzano wodę bardzo dobrej jakości, ze źródła znajdującego się tuż obok sławnego górskiego źródła Aqua Marcia.
Wybudowany został solidnie i z wielkim rozmachem. W dużej części swojego 69-kilometrowego biegu ma arkady z tufu i cegieł rzymskich.
Pozostałości akweduktu znajdują się niedaleko Koloseum. Widać go z daleka bo zbudowany jest z czerwonej cegły.
Doszliśmy do niego po kilku minutach. Mimo, że nie płynie nim woda jego budowa robi wrażenie.
Po jego minięciu i przejściu kilkunastu metrów doszliśmy do miejsca w którym znajdował się największy cyrk w Rzymie mogący pomieścić 100 tys. widzów. Kaligula, fan wyścigów konnych chciał by podczas zawodów mogło brać w nich udział równocześnie kilka rydwanów. Tor wyścigowy podzielony był na dwie części, odgrodzone od siebie niskim murem (spina), zwieńczonym na końcach potrójnymi słupkami, zwanymi metą. Dla ozdoby cyrku sprowadził z Egiptu gigantyczny obelisk, pokryty inskrypcjami z czasów faraonów i umieścił go w centrum cyrku. Od 1586 roku stoi w na środku Placu św. Piotra.


W szczycie cyrku wznosił się monumentalny łuk triumfalny. Trybuny dla plebsu umieszczone były po obu dłuższych bokach i jednym krótszym. Najczęściej były drewniane. Miejsca senatorskie były kamienne, a loża cesarza, marmurowa, niezwykle okazała, górowała nad całym obiektem. Czwarty, krótki bok cyrku był zajmowany przez stajnie, pomieszczenia gospodarcze, tam także prawdopodobnie mieściły się koszary gladiatorów.
W zasadzie poza dużych rozmiarów placem niewiele po nim pozostało. Gdy na niego patrzyłam trudno mi było sobie wyobrazić jak wyglądał w czasach świetności gdy wyścigami rydwanów emocjonowały się tłumy starożytnych rzymian.
Cyrk to nie tylko wyścigi. To na jego arenie rozpoczęła się tragedia rzymskich chrześcijan. 19 lipca 64 r. koło Palatynu, wybuchł pożar, który przez blisko tydzień niszczył miasto. Straty były ogromne. Z 14 dzielnic tylko cztery uniknęły zniszczeń. Trzy zostały spalone całkowicie, pozostałe częściowo.
Miasto lotem błyskawicy ogarnęła plotka, że pożar wywołał Neron, aby przy blasku płonącego miasta śpiewać o zagładzie Troi, wywołując wściekłość ludu. Nie osłabiło jej rozdawnictwo żywności i otworzenie cesarskich posiadłości dla pogorzelców. Neron zrzucił odpowiedzialności za pożar na gminę chrześcijańską. Latem 64 r. rozpoczęło się polowanie na chrześcijan. Z ich śmierci Neron uczynił widowisko. Jak pisał historyk Tacyt, niechętny chrześcijanom, ale rzetelny kronikarz: „A śmierci ich przydano to urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów, albo przeznaczeni na pastwę płomieni; gdy zabrakło dnia, palili się służąc za nocne pochodnie. Na to widowisko ofiarował Neron swój park i wydał igrzyska w cyrku, gdzie w przebraniu woźnicy z tłumem się mieszał lub na wozie stawał”.
Gdy patrzałam na to miejsce uświęcone krwią pierwszych chrześcijan trudno mi było wyobrazić sobie rozgrywające się tu ludzkie tragedie.
Z tego miejsca udaliśmy się do Koloseum, miejsca igrzysk (ostatnie odbyły się w 528r), symbolu Rzymu, jednego z siedmiu cudów świata – w starożytności nazywanym Amfiteatrem Flawiuszy. W Rzymie jest wiele zabytków. Można wiele pominąć, ale Koloseum trzeba zobaczyć nie tylko z zewnątrz ale i wewnątrz. Nazwa Koloseum została nadana we wczesnym średniowieczu od znajdującego się w pobliżu budowli ogromnego posągu Nerona przedstawianego jako Heliosa.

Jego budowa trwała ponad 10 lat (od około 70 – 82 n.e.). Głównym materiałem budowlanym był trawertyn. Według szacunków tylko na zewnętrzne ściany zużyto 100 tysięcy metrów3. Jest dużą eliptyczną budowlą o długości 188 m i szerokości 156 m, obwodzie 524 m, wysokości 48,5 m (w przeszłości jego wysokość osiągała 52 m). Mogła pomieścić 45-50 tysięcy widzów.
Posiada 80 bram – każda ponumerowana – umożliwiających bardzo szybkie wejście lub opuszczenie amfiteatru przez widzów. Tylko cztery z nich, na końcu obu osi elipsy, nie miały numerów i były przeznaczone dla osób z wyższych klas społecznych, np. urzędników miejskich, kapłanów, westalek. Wejście od północy miało niewielki, dwukolumnowe portyk, z którego ozdobiony stiukami korytarz prowadził do loży cesarskiej.
Istniała możliwość przykrycia całej widowni rozkładanym na linach płóciennym dachem w deszczowe lub bardzo słoneczne dni. Pod arenę istniał system podziemnych korytarzy, w których znajdowały się pomieszczenia dla gladiatorów, zbrojownie, magazyny, klatki dla zwierząt. Wyjątkowo duża arena (86×54 m) widoczna była z każdego miejsca amfiteatru. Składała się z drewnianej podłogi pokrytej kilkucentymetrową warstwą piasku.


Z zewnątrz budynek składa się z czterech kondygnacji. Trzy najniższe tworzą arkady, a każde piętro reprezentuje inny porządek architektoniczny: najniższe – toskański, drugie – joński, trzecie – koryncki. Czwarte zostało zaopatrzone w małe okna i ozdobione korynckimi pilastrami.
Przez każdą z biegną rzędy korytarzy i schodów. Na pierwszym poziomie od areny widzów oddzielało prawie czterometrowe podium, za którym były loże honorowe przeznaczone dla mężczyzn z rodów senatorskich oraz podium (suggestum) z tronem imperatora. Dalej zasiadali trybuni ludu, wojskowi oraz przedstawiciele możniejszych rodów plebejskich. Na trybunach obowiązywał podział według płci i statusu społecznego. Najbardziej odległe miejsca, pod płóciennym dachem zajmowały kobiety. Im wyżej ktoś siedział lub stał tym do niższej klasy społecznej należał.
Podczas walk z dzikimi zwierzętami widzów chroniła metalowa krata, zwieńczona słoniowymi kłami i z umieszczonymi poziomo obracającymi się walcami, które miały uniemożliwić wdrapanie się na nią dzikim zwierzętom.
Z zachowanych dokumentów dowiadujemy się np., że w igrzyskach dla uczczenia triumfu Trajana nad Dakami brało udział 10 tys. gladiatorów i 11 tys. dzikich zwierząt, a podczas igrzyskach zorganizowanych przez Probusa zabito wielkie ilości dzikich zwierząt. Najpierw na arenie były zwierzęta, potem odbywały się egzekucje (skazani podczas walki z dzikimi zwierzętami nie mieli żadnej broni), a dopiero potem walki gladiatorów.
Na początku funkcjonowania Koloseum odbywały się też naumachie (navalia proelia), czyli inscenizowane bitwy morskie np. między Grekami a Persami pod Salaminą. Arena zamieniała się wtedy w wielki basen, do którego woda była doprowadzana miejskimi akweduktami. Wypełnienie areny wodą zajmowało około 7 godzin. Według źródeł w roku 80 n.e. bitwę morską zainaugurował cesarz Tytus.
Tradycja mówi iż w Koloseum mordowano chrześcijan, co upamiętniono krzyżem wewnątrz budowli.

W jego wnętrzu niewiele pozostało z oryginalnych elementów zdobiących trybuny i ściany. W 217 r. arena i najwyższe kondygnacje uległy zniszczeniu w wyniku ogromnego pożaru. W 445r w skutek trzęsienia ziemi zostało poważnie uszkodzone, a kolejne latach trzęsienia ziemi i mniejsze pożary niszczyły poszczególne partie amfiteatru. Po wielkim trzęsieniu ziemi w 1349 roku, Koloseum stało się swoistą kopalnią kamienia budowlanego (stąd pochodzą bloki użyte do budowy m.in. Palazzo Venezia czy Palazzo Barberini). Niepewny los budowli trwał do 1744 r., kiedy to papież Benedykt IV poświęcił go i ogłosił miejscem męczeństwa chrześcijan. Od drugiej połowy XVIII wieku w każdy Wielki Piątek odbywa się tu Droga Krzyżowa pod przewodnictwem papieża.

Wychodząc z korytarza prowadzącego na trybuny ujrzeliśmy wnętrze który oszałamia. Widoki wnętrza są cudne, zwłaszcza, że świeciło słońce i wszystko było skąpane w promieniach słonecznych. Rozmiarami budzi respekt i uruchamia wyobraźnię. Wspaniały zabytek który mimo, że na przestrzeni wieków naruszony przez czas zachwyca swym pięknem. Patrząc na całość podziwiałam geniusz architektów i budowniczych którzy stworzyli to budowlane arcydzieło. Jest miejscem w którym naocznie spotykamy się ze wspaniałą historią starożytności, mającym w sobie ukryty magnetyzm.
Pierwsza rzecz na którą zwróciłam uwagę, to brak trybun. Zostały one przed wiekami rozszabrowane jako pierwsze. Na końcu niedużego tarasu i dojściu do znajdujących się na końcu barierek największe wrażenie zrobiły na mnie odsłonięte korytarze pod podłogą areny. To tu znajdowały się zaplecze logistyczne igrzysk. W zewnętrznej ścianie widać było nisze po windach przenoszących gladiatorów i zwierząt na arenę. Czytałam o nich i oglądałam zdjęcia, ale na żywo wyglądają inaczej.


Następnie udaliśmy się na górę, na galerię znajdującą się na pierwszym poziomie. Widok na arenę i cały obiekt był wspaniały. Idąc wokół areny w pewnym miejscu trafiliśmy na krzyż upamiętniający męczeństwo chrześcijan. Przemieszczając się dalej widzieliśmy jeden z nielicznych cudem zachowanych reliefów przedstawiających walkę gladiatorów. Idąc do wyjścia między murami Koloseum co chwila mijaliśmy fragmenty olbrzymich marmurowych kolumn, świadczących o wspaniałości tego miejsca. Cieszy się niezwykłą popularnością wśród turystów. Rocznie odwiedza go około 20 mln.osób.
Następnie pieszo udaliśmy się do Forum Romanum. Do tej pory będąc w „Wiecznym Mieście” dwukrotnie go widziałam z platformy widokowej. Nareszcie mogła po nim pochodzić, tym bardziej, że w tym miejscu rozpoczęła się cywilizacja rzymska, tu podejmowano najważniejsze decyzje starożytnego świata, tu żyli starożytni Rzymianie.
Forum inaczej plac, w każdym mieście, to centrum życia społecznego, ekonomicznego i politycznego oraz główne miejsce prostytucji. Przekazywano na nim najważniejsze informacje dla ludu. Na Forum Romanum znajdowały się liczne sklepy, świątynie oraz łuki triumfalne. Szczególnie w okresie republikańskim zbierał się na nim senat, organizowano również liczne procesje. W czasach cesarstwa, ze względu na znajdujące się w nim, fora pełniły funkcje handlowe, rozrywkowe i reprezentacyjne. W tym też czasie rozbudowano forum poprzez budowę Świątyni Boskiego Juliusza, Wenus i Romy, Wespazjana, Antonina i Faustyny oraz łuk triumfalny cesarza Augusta. W trakcie rozbudowywania Rzymu, wznoszono kolejne fora cesarskie, które utworzyły z istniejącym już Forum Romanum zwarty kompleks architektoniczny.

Te świadectwo potęgi starożytnego świata na przestrzeni wieków przechodziło burzliwe dzieje. Było zniszczone przez pożar, trzęsienie ziemi, najazd Wizygotów. Miejsce ulegało stopniowej degradacji. Przez pewien czas było kamieniołomem z którego pozyskiwano budulec pod nowe inwestycje, służyło do wypasu bydła i jako targowisko. Dopiero na początku XIX w. rozpoczęto prace archeologiczne, które trwają do dziś.
Będąc na miejscu od razu rzuca się w oczy, że znajdujące się pozostałości dawnych budowli są bardzo zniszczone, chociaż w różnym stopniu.

Siedząc na części marmurowej kolumny przyglądałam się frontowej fasadzie świątyni Antonina i Faustyny z 141 r. n.e. wspieranej na sześciu 17-metrowych korynckich kolumnach. Zbudowana została na polecenie cesarza Antonina Piusa dla uczczenia zmarłej małżonki. Robi duże wrażanie. Ciekawa Świątynia Romulusa zachowana w dobrym stanie tylko dla tego, że utworzono z niej przedpokój kościoła św. Kosmy i Damiana.

Niewiele pozostało po Świątyni Cezara, z kolei po Świątynia Kastora i Polluksa pozostały trzy marmurowe kolumny o wysokości 12,50 m, podtrzymujące fragment fryzu, a przecież to w niej przechowywano oficjalne wzorce miar i wag oraz zgromadzony skarb publicznych i majątki osób prywatnych.
Smutny widok przedstawiają pozostałości po najstarszej Świątynia Saturna przetrwała do początku XV wieku kiedy to pomiędzy 1402 a 1447 rokiem została rozebrana. Pozostała jedynie kolumnada składająca się z ośmiu 11-metrowych kolumn zwieńczonych jońskim kapitelem.
Ciekawy jest łuk triumfalny Septymiusza Sewera z 203 roku którego cokoły ozdobione są wizerunkami pojmanych barbarzyńców, płaskorzeźbami przedstawiające bóstwa rzeczne, oraz panele z reliefami ukazującymi alegoryczne sceny triumfu oręża rzymskiego.


Byłam na miejscu kremacji Juliusza Cesarza, który jako jedyny z cesarzy dostąpił zaszczytu spopielenia na Forum Romanum.
Mimo, że nie mieliśmy zbyt dużo czasu wiele zabytków można było zobaczyć.
Z Forum Romanum udaliśmy się do najsławniejszego rzymskiego wzgórza, Kapitolu na którym znajduje się Plac Kapitoliński z pomnikiem Marka Aureliusza.
By dotrzeć na plac trzeba pokonać wiodące do niego schody których strzegą egipskie lwy. Po ich pokonaniu minęłam dwa olbrzymie posągi synów Zeusa: Kastora i Polluksa którzy pilnują wejść na plac.
Pośrodku placu stoi pomnik konny Marka Aureliusza (kopia, oryginał znajduje się w Muzeach Kapitolińskich). Pomnik nie zachowuje proporcji, bo cesarz jest za duży w stosunku do konia. W ten sposób rzeźbiarz przedstawił jego boskość. Jest to jedyny pomnik cesarza rzymskiego na koniu z brązu który dotrwał do naszych czasów w całości. Jak mówi legenda gdy koń imperatora ożyje, nastąpi koniec świata. Na wprost schodów wznosi się Pałac Senatorski z wieżą zegarową, będący dziś siedzibą władz miasta.

Z placu tym razem zeszliśmy schodami w dół, bowiem przy nich z ich lewej strony znajdują się ruiny antycznego domu czynszowego tzw. insulae z malowidłem przedstawiającym Jezusa. To w tego typu budynkach mieszkał plebs. Budowano tanio, z lichego materiału i źle, ponieważ czynsze mieszkaniowe dla biedoty były niskie. Były one zatłoczone i wysokie (średnio do 30 m), miały po sześć pięter, płytkie fundamenty, ściany niezwykle cienkie, pokoje były niskie, małe i ciemne, bo szkło było drogie, więc rzadko wstawiano szyby, w zamian używano drewnianych żaluzji. Najdroższe mieszkania znajdowały się na parterze, gdyż dochodziła do nich woda i była kanalizacja. Mieszkańcy wyższych pięter musieli udawać się po wodę do publicznych studzien. Z czasem brak placów budowlanych oraz drożyzna mieszkaniowa zmusiła biedotę do zajmowania mansard – czyli piwnic, a nawet ciemnych pomieszczeń pod schodami.

Po obejrzeniu pozostałości po domu czynszowym przeszliśmy kilkadziesiąt metrów i dotarliśmy do Placu Weneckiego przy którym znajduje się VITTORIANO – pomnik Wiktora Emanuela II, zwany także Ołtarzem Ojczyzny. Ta gigantyczna biała marmurowa budowla powstał w latach 1888-1936, dla upamiętnia pierwszego króla zjednoczonych Włoch. Główną jego częścią jest konny posąg Wiktora Emanuela II. Tu pochowano Nieznanego Żołnierza z pierwszej wojny światowej. Ołtarz Ojczyzny jest zaliczany do najokazalszych, a zarazem najpiękniejszych budowli Rzymu.

Bardzo żałowałam, że nie mieliśmy czasu, by wejść do środka tej budowli, bowiem to nie tylko królewski pomnik. Znajduje się w niej muzeum historyczne poświęcone zjednoczeniu Włoch.
Następnym etapem zwiedzania był Panteon, czyli „Świątynia wszystkich Bogów.” Jest to okrągła rotunda powstała w 125 roku n.e. ku czci siedmiu najważniejszych bóstw rzymskich Jowisza, Marsa, Neptuna, Wenus, Merkurego, Saturna i Plutona. Wewnątrz znajdował się ceremonialny ołtarz, na którym były poświęcane i palone zwierzęta. Dym wydobywał się przez otwór w wierzchołku kopuły. Na początku VII wieku został zaadoptowany na kościół chrześcijański Santa Maria ad Martyres – Marii od Męczenników. Jest jednym z najlepiej zachowanych zabytków starożytności w Europie.

Idąc wąskimi uliczkami nagle naszym oczom ukazała się ta cudowna starożytna budowla wciśnięta między stare kamienice. Niesamowitego wdzięku dodaje jej znajdujący się przed nią urokliwy plac della Rotonda z barokową fontanną w centrum której umieszczony jest egipski obeliski Ramzesa II. Na placu było mnóstwo turystów którzy z tej majestatycznej świątyni wchodzili lub wychodzili. Jest jednym z najchętniej odwiedzanych zabytków na świecie – rocznie zwiedza go około 7 milionów turystów.
Podziwiając znajdujący się przed wejściem portyk z 16 kolumnami o wysokości 12 m i średnicy 2 m powoli przemieszczaliśmy się do Panteonu. By wejść do środka musieliśmy minąć potężne, ciężkie 20 tonowe drzwi odlane z brązu zdobione stożkowatymi nitami. Nie są jednak elementem oryginalnym, bo pochodzą z XV wieku.
Dopiero będąc w środku można odczuć ogrom i doskonałość świątyni. Zachwyca wielkością, prostotą konstrukcji, pięknem wykonania i panującym miłym chłodem.

Patrząc na całość uświadomiłam sobie przeszłość tego miejsca i lata które minęły. Obcuje się z 2 tysiącami lat historii. Zrobiło mi się miło gdy przypomniałam sobie, że byli w niej: Michał Anioł który twierdził, że Panteon jest tak wspaniały, że musieli go zbudować aniołowie; Goethe pisał, że świątynia wręcz przytłacza swoim pięknem. Freud uznał budowlę za synonim id (czyli tego, co pierwotne i zapisane w kulturowych genach),
Wnętrze bez okien wyłożone żółtym marmurem i granitem jest ogromne, przepiękne i pełne powietrza. Wspaniałe marmury na ścianie i posadzki pochodzą z czasów budowy.


Jednak na przestrzeni wieków nie obeszło się bez aktów wandalizmu. W 663 r. cesarz bizantyjski Konstans II zerwał z jej dachu pozłacane mosiężne płyty, w średniowieczu zdarto marmury, które okrywały zewnętrzne ściany budowli, w 1625 r. papież Urban VIII usunął m.in. podtrzymujące dach portyku brązowe belki i dał w ich miejsce drewniane. Z kolei Papież Urban VIII Barberini na początku XVII w kazał wykorzystać antyczne kraty brązowe zamykające wejście do przedsionka i przetopić je aby uzyskać materiał na baldachim nad grobem Św. Piotra. Wtedy też powstało powiedzenie: „Czego nie zniszczyli barbarzyńcy to zniszczyli Barberini”. Chociaż pozbawiona niektórych elementów i przez to zubożona nadal zachwyca.
W ścianie u podstawy kopuły znajduje się siedem wnęk w których stały kiedyś odlane z brązu posągi bóstw. Obecnie większość z nich zajmują grobowce m.in. królów Wiktora Emanuela II, Humberta I oraz wielkich osobistości Rzymu, w tym Rafaela Santi, którego prochy spoczywają pod figurą Madonny Lorenzetta.


Gdy stojąc na środku patrzałam na niesamowite sklepienie rotundy która ją przykrywa, to trudno mi było uwierzyć, że ma ona średnicę 43 metrów. Mimo, że betonowa kopuła waży setki ton, to sprawia złudzenie lekkości. Tego nie widać, ale zbudowana jest w ten sposób, że u podstawy ma grubość ok. 7 metrów i staje się coraz cieńsza, tak, że przy samym sklepieniu ma już 1metr. Na szczycie znajduje się centralny otwór, tzw. oko (oculus) o średnicy 9 metrów, przez który spływa światło razem z promieniami słonecznymi tworząc na ścianie przesuwającą się przepiękną grę świateł i cieni.
Otwór nie jest przykryty, dlatego też marmurowa posadzka Panteonu jest delikatnie wklęsła i posiada specjalne rowki, co pozwala na odpływ wody deszczowej wpadającej do środka. Ponieważ deszcz rzadko kiedy pada prostopadle do ziemi świątynia nie jest zalewana wodą. We Włoszech panuje przekonanie, że szczęśliwa jest panna młoda na którą podczas ślubu w Panteonie, spadnie nawet kilka kropel deszczu bo szczęście jej nie opuści.
Wychodząc z Panteonu podziwiałam biegłość starożytnych architektów i budowniczych, zwłaszcza niezwykły pomysł pozostawienia odkrytego oculusa o średnicy 9 metrów. Jest to jedno z miejsc, które obowiązkowo należy zobaczyć będąc w Rzymie. Po wyjściu z Panteonu pożegnaliśmy naszą włoską przewodniczkę Karinę i zrobiliśmy sobie z nią pamiątkowe zdjęcie.

Wokół Panteonu jest mnóstwo kawiarenek i cukierni. Udaliśmy się z mężem na pizzę. Weszliśmy do najbliższej i nas zatkało, wybór niesamowity z szynką i pieczarkami, owocami morza, cebulą, warzywami, z samym serem itd. Ja wybrałam z warzywami a mąż z cebulą. W cieniu Panteonu smakowały niesamowicie.
Następnie udaliśmy się do “Giolitti” podobno najlepszej lodziarni w mieście. Spacerując z przepysznymi lodami dotarliśmy do fontanny przy której jakiś czas byliśmy przyglądając się obeliskowi Ramzesa II.

Czas wolny skończył się, Po godzinnym odpoczynku udaliśmy się na Zatybrze z polską przewodniczką Moniką, do wielu ciekawych miejsc w których jeszcze nigdy nie byliśmy.
Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk
Zostaw komentarz