W państwie poważnym nie wygląda to tak, że do domów dziennikarzy i ludzi związanych z głową państwa regularnie wchodzą służby po kolejnych fałszywych alarmach, a społeczeństwo po tygodniu nadal nie wie, czy mamy do czynienia z internetowym wariatem, zorganizowaną grupą czy operacją o znacznie poważniejszym tle.
To już nie jest głupi żart.
Najpierw alarmy wobec dziennikarzy Telewizji Republika. Informacje o bombach, pasach szahida, samobójcach, dzieciach w niebezpieczeństwie. Potem wejścia do mieszkań, kajdanki, chaos, przerażone rodziny. Teraz rodzinny dom prezydenta Karola Nawrockiego. Fałszywy pożar. Wyważone drzwi. Kolejny alarm.
I państwo nadal wygląda tak, jakby biegło kilka kroków za wydarzeniami.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Te alarmy nie trafiają pod przypadkowe adresy. Ktoś zna prywatne miejsca zamieszkania. Ktoś posiada informacje, które nie wiszą na słupie ogłoszeniowym. Ktoś wybiera konkretne środowisko medialne i polityczne. To nie wygląda na pijacki dowcip nastolatka z piwnicy.
Polska znajduje się dziś w najniebezpieczniejszym położeniu od dekad. Za granicą trwa wojna. Rosja prowadzi działania hybrydowe w całej Europie. Ataki cybernetyczne, destabilizacja społeczna, prowokacje informacyjne, wywoływanie chaosu i nieufności wobec państwa są dziś normalnym narzędziem walki.
I właśnie dlatego takie sytuacje powinny być traktowane jak alarm państwowy, a nie kolejny medialny incydent do przeczekania.
Bo nawet jeśli za tym nie stoją obce służby, efekt jest dokładnie taki sam. Społeczeństwo zaczyna wierzyć, że państwo nie kontroluje sytuacji. Że każdy może zdobyć prywatne dane. Że wystarczy jeden telefon, aby wysłać uzbrojone służby pod dowolny adres. Że dziennikarzy można zastraszać. Że rodzina prezydenta również nie jest bezpieczna.
To jest już uderzenie w fundament zaufania do państwa.
Najgorsze w tym wszystkim jest poczucie amatorszczyzny. Po tylu alarmach obywatele nadal nie słyszą jasnej informacji:
kto to robi,
skąd pochodzą dane,
czy istnieje koordynacja tych działań,
i czy Polska ma nad tym kontrolę.
W normalnym państwie po serii takich incydentów odbywa się natychmiastowa mobilizacja służb, analiza wycieków danych, cyberśledztwo i pełna koordynacja bezpieczeństwa. Tymczasem u nas dominuje wrażenie chaosu, konferencji prasowych i uspokajania opinii publicznej.
A wojna nie wybacza chaosu.
Bo wojna hybrydowa nie zaczyna się od czołgów na ulicach. Zaczyna się właśnie od podważania zaufania, siania niepokoju, ośmieszania państwa i sprawdzania, jak bardzo społeczeństwo jest podatne na destabilizację.
I ktoś właśnie sprawdza Polskę bardzo dokładnie.
Dlatego w każdym normalnym państwie po serii takich kompromitacji pojawia się pytanie o odpowiedzialność polityczną. Jeśli służby nie potrafią zatrzymać fali ataków, ochronić danych i uspokoić sytuacji, obywatele mają prawo pytać, czy osoby kierujące bezpieczeństwem państwa nadal panują nad sytuacją.
Minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński oraz koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak powinni dziś przede wszystkim pokazać skuteczność. A jeśli państwo dalej będzie sprawiało wrażenie bezradnego wobec kolejnych prowokacji, pojawi się pytanie nie tylko o kompetencje, ale również o honorową odpowiedzialność za bezpieczeństwo państwa. Podajcie się do dymisji. To wszystko was przerasta.