Niemcy to kraj niezwykłej równości. Tak niezwykłej, że niektóre symbole są równiejsze od innych.
Oto na placu przed Bramą Brandenburską setki wiernych spokojnie odprawiają modlitwę. Widok imponujący: skupienie, powaga, przestrzeń publiczna zamieniona w miejsce religijnego zgromadzenia. Policji specjalnie nie widać, bo i po co? W końcu różnorodność sama się pilnuje.
Teraz wyobraźmy sobie alternatywną rzeczywistość. Na ten sam plac wkracza grupa ludzi z wielkim drewnianym krzyżem. Nie skandują haseł, nie blokują ulic, nie organizują rewolucji. Niosą symbol, który przez ponad tysiąc lat współtworzył kulturę Europy.
I wtedy zaczyna się niemiecka magia.
Eksperci od demokracji gorączkowo wertują przepisy. Komentatorzy odkrywają nagle zagrożenie dla porządku konstytucyjnego. Telewizje organizują debaty o niebezpiecznej radykalizacji spacerowiczów. A krzyż – ten sam, który jeszcze niedawno wisiał w szkolnych salach i urzędach – staje się obiektem specjalnego zainteresowania wszystkich możliwych służb.
Bo współczesna europejska tolerancja przypomina ekskluzywny klub. Każdy jest mile widziany, pod warunkiem że nie przynosi ze sobą niewłaściwych symboli.
Najciekawsze jest jednak to, że cały ten spektakl odbywa się pod sztandarem neutralności. Neutralność oznacza dziś bowiem nie tyle jednakowe traktowanie wszystkich, ile wyjątkową czujność wobec tych, którzy przypominają o własnych korzeniach.
W efekcie Europa coraz częściej zachowuje się jak człowiek, który z dumą otwiera drzwi wszystkim gościom, a następnie chowa rodzinne zdjęcia do szafy, żeby przypadkiem nikogo nie urazić.
I właśnie dlatego zdjęcie modlitwy pod Bramą Brandenburską wywołuje tyle emocji. Nie dlatego, że ludzie się modlą. Religia w przestrzeni publicznej istnieje od wieków. Emocje budzi pytanie, czy wszystkie religie i wszystkie symbole rzeczywiście spotykają się z taką samą reakcją państwa i opinii publicznej.
Bo jeśli jedni mogą manifestować swoją wiarę bez większych kontrowersji, a inni stają się problemem już od momentu wyjęcia krzyża z futerału, to może nie mamy do czynienia z neutralnością. Może po prostu stworzyliśmy nową hierarchię świętości – i tylko nie wypada o niej mówić głośno.
I właśnie tutaj przypomina mi się sprawa Roberta Bąkiewicza i grupy niosącej krzyż. Bo od lat słyszę, że w Niemczech wszyscy są równi, każda religia zasługuje na taki sam szacunek, a państwo pozostaje neutralne światopoglądowo. Tyle teoria.
W praktyce wielu ludzi odniosło wrażenie, że kiedy w przestrzeni publicznej pojawia się chrześcijański krzyż, nagle zaczynają się nerwowe reakcje, policyjne interwencje i opowieści o zagrożeniu dla porządku publicznego. Wystarczy kawałek drewna będący symbolem chrześcijaństwa, aby uruchomić całą machinę troski o bezpieczeństwo.
Patrzę więc na zdjęcia setek osób modlących się pod Bramą Brandenburską i zadaję sobie proste pytanie: gdzie są ci wszyscy eksperci od neutralności państwa? Gdzie komentarze o niedopuszczalnym epatowaniu religią w przestrzeni publicznej? Gdzie ostrzeżenia przed mieszaniem wiary z życiem społecznym?
Mam wrażenie, że w dzisiejszej Europie problemem nie jest już obecność religii w przestrzeni publicznej. Problemem coraz częściej bywa obecność konkretnej religii – tej, która przez wieki budowała europejską cywilizację. I właśnie dlatego wielu ludzi ma poczucie, że obowiązują dwa różne standardy. Jeden dla tych, których należy chronić przed krytyką, i drugi dla tych, którym regularnie tłumaczy się, że z własną tożsamością nie powinni przesadzać.
Zostaw komentarz