Dzisiaj pewnie już dziadkowi młodzi nie uwierzą. Ale ci którzy pamiętają TAMTE czasy…
Na jesieni 1982 roku mój kumpel, ongiś zaangażowany w byt śląskiego oddziału tygodnika studenckiego POLITECHNIK (do 13 grudnia 1981 roku rzecz jasna) dosłownie zelektryzował mnie (i innych znajomych) informacją. Otóż w kinach leci film niesłusznie bojkotowany przez NARÓD.*
Był to „Bołdyn” Ewy i Czesława Petelskich.
Fabuła, swoją drogą oparta na powieści komunistycznego „pisarza” Jerzego Putramenta pod tym samym tytułem nie była zbyt skomplikowana.
Oto akowiec podporucznik Mieczysław Pakosz „Mroczny” (w filmie grany przez młodego Tomasza Stockingera) ma dość stania z bronią u nogi. Chce walczyć.
Wiosną 1944 roku w Warszawie głośno słychać o generale Bołdynie. W okolicach Białegostoku stworzył nawet coś w rodzaju niezależnego od Niemców Państwa.
Żądny walki „Mroczny” wsiada w pociąg, by wziąć udział w walce u boku Generała.
Na stacji docelowej od razu zgarnia go patrol. Trudno bowiem nie zauważyć młodego człowieka w oficerkach etc.
Trafia przed oblicze miejscowego dowódcy Gestapo, Wernera. Ów doskonale wie, w jakim celu przyjechał „Mroczny”. Na słowa, że przyjechał z Warszawy po to, by pospacerować sobie po lesie, wybucha śmiechem. Wszak w piątym roku okrutnej wojny jest to niewątpliwy absurd.
Ze strony Niemca padają ważne słowa. O konieczności obrony Europy przed nadciągającą za Wschodu nawałą bolszewicką, co powinno wszystkich łączyć.
„Mroczny” jednak uparcie tkwił przy swojej chęci odbycia spaceru dendrologicznego.
I wtedy gestapowiec zrobił coś, co nam, wychowanym wówczas na seriach filmów o wojnie, gdzie Niemiec w mundurze Gestapo był co najmniej potworem, nie mieściło się w głowie. Otóż podniósł się z krzesła i powiedział, ze w takim razie puszcza „Mrocznego” wolno. Niech sam się przekona, co to za swołocz ten Bołdyn…
I bardzo szybko to się stało.
Bołdyn żył w izolowanej bańce; nawet fałszowano komunikaty otrzymywane z „Wielkiej Ziemi”, jak (pro)sowieccy partyzanci nazywali wówczas Związek Sowiecki, o ile tylko były niezgodne z coraz bardziej odklejonymi majakami Generała.
Kiedy zaś wpadł na pomysł ataku na Białystok, gdzie jego powstańcze oddziały będą wspierane przez sowieckie czołgi, które w tym celu zostaną dostarczone za pomocą samolotów transportowych, nikt nie śmiał nawet pisnąć, że Centrala projekt odrzuciła jako zupełnie nierealny.
Więc posłuszni woli Bołdyna partyzanci budowali w środku zimy lotnisko… Na szczęście przyroda okazała się łaskawa. Nagle przyszły roztopy i polana, na której miały lądować transportowce zamieniła się w grzęzawisko.
A potem atak niemiecki rozproszył oddziały Bołdyna. On sam zginął w walce; oczywistą oczywistością było wyprowadzenie resztek z okrążenia przez wspomnianego już „Mrocznego”.
Film można zobaczyć na youtubie: https://www.youtube.com/watch?v=UGxzzuXKH0c .
Wtedy odbieraliśmy go jako krytykę reżimu Jaruzelskiego. Dopiero po latach przyszła refleksja.
Główne przesłanie tego filmu – Bołdyn przegrał, bo zamiast podporządkować się Moskwie myślał samodzielnie.
Poza tym powielona została stara komunistyczna bajeczka o AK stojącej z bronią u nogi przez całą okupację. W powieści i filmie ni słowa o Powstaniu Warszawskim.
To jednak nie są zarzuty mogące deprecjonować książkę i film.
Bowiem „Bołdyn” pokazuje nam prawdę dotyczącą funkcjonowania komuny. Ba, sam tkwi w najgłębszej komunie przenosząc „moskiewskie prawdy”.
Bo tak naprawdę jest to potępienie komunistycznego watażki, który wskutek „błędów i wypaczeń” zstąpił z jedynej słusznej i prawdziwej linii partii.
Jest więc ciekawy dla każdego, kto chciałby sobie odświeżyć czy też zapoznać się z tym, czym komuna a zwłaszcza jej propaganda były w istocie.
Przy okazji warto zahaczyć o film (oraz książkę), który miała kształtować najmłodsze pokolenie PRL.
Oczywiście mowa o „Czterech pancernych i psie”, superprodukcji znanej bodaj we wszystkich krajach podbitych przez Związek Sowiecki.
W odcinku „Most” czołg Rudy ma wjechać na nieistniejący już Most Kierbedzia, łączący Pragę z lewobrzeżną Warszawą, gdy nagle zostaje trafiony pociskiem. Załoga, bez dowódcy porucznika Olgierda Jarosza, trafia do szpitala. Niezniszczalny Jarosz wraz z wyremontowanym czołgiem walczy nadal. Ale to nie powinno obchodzić widza. Ważniejsza jest szpitalna odyseja pancernych.
I tak ten przerywnik piżamowy pozwolił uniknąć trudnego tematu.
Ale przecież żyliśmy wówczas w wszechogarniającym kłamstwie. Do dzisiaj pamiętam odpowiedź, jaką otrzymałem, gdy próbowałem ustalić, co kryje się za słowami „w nocy nalot, w dzień łapanka” w słynnej piosence okupacyjnej „Siekiera, motyka…”.
Otóż zdaniem mocno upartyjnionej nauczycielki słowo „nalot” oznaczało po prostu rewizję w nocy przeprowadzanej przez gestapowców.
W dzień łapali, w nocy zaś… przeszukiwali. Tak 24/7… 😉
Mówienie o sowieckich nalotach bombowych na Warszawę było zakazane. Za zniszczenie naszej stolicy mieli odpowiadać wyłącznie Niemcy.
I tylko ci z RFN. Zamieszkujący NRD byli naszymi przyjaciółmi, z którymi razem budowaliśmy socjalizm…
Kolejny film, tak naprawdę zamykający wojnę do lat 1941-45, w ogóle nie zawierał odniesień do Powstania. Owszem, pojawiali się jacyś partyzanci, czasem nawet związani z Zachodem (odcinek „Podwójny nelson” – dowódca partyzancki Kornel i major Hanna Bösel) etc. Zresztą trudno nie trafić na tydzień, w którym ta mająca już blisko 60 lat produkcja nie jest odtwarzana na którymś z kanałów.
Sowiecki superagent J-23 (czy ktoś jeszcze pamięta wino marki wino, czyli jabola za 23 zł? Lud nadał mu na długie lata ten sam kryptonim 😉 ) dowolnie rozstawiał nawet najbardziej zaangażowanych agentów brytyjskich (odcinek „Cafe Rose” i gruziński książę Mdżawanadze).
Po prostu Superman.
W tle słyszeliśmy o zbrodniach. Auschwitz (wtedy jeszcze nazywany Oświęcimiem) – 6 mln zamordowanych.
Ale to było jakby na marginesie.
„Czterej pancerni…” pokazywali wojnę jako wielką przygodę.
Po pierwszych odcinkach niektórzy z nas (muszę wyznać, że i ja) dochodzili do wniosku, że wojna trwała zbyt krótko. Bo przecież to taka fajna przygoda była…
I dlatego władzy ludowej było tak fajnie.
Do szkół wojskowych zawsze garnął się tłumek.
Walka z polskością, walka z patriotyzmem a przede wszystkim z wiarą nie skończyła się jednak wraz z teoretycznym upadkiem komuny (nominalnie 4 czerwca 1989 r.). Co więcej, data ta stanowi swoistą cezurę – po 4 czerwca sporo osób przestało udawać (vide: Michnik, Geremek i cała ta banieczka ludzi niedawno jeszcze występujących w kościołach).
Po pewnym czasie zaczęto nazywać to, co oni wyrabiają, „pedagogiką wstydu”. Apogeum zaprzaństwa osiągnęła wówczas „gazeta wyborcza”. Wg jednego z zamieszczonych w niej „rocznicowych” tekstów Powstanie Warszawskie wybuchło po to tylko, aby można było… dorżnąć ukrywających się po Powstaniu w Getcie Żydów.
Niestety. Na komunistycznym podglebiu wyrastają nowi. Pomińmy już skandalistę Zychowicza, który specjalnie nie ukrywa, że swoje wnioski opiera na argumentach wyciągniętych z… dłoni.
Wystarczająco dużo krytyki jego „opowieści historycznych” można odnaleźć w Necie.
Ale tuż pod bokiem wyrasta człowiek najwyraźniej zazdroszczący Zychowiczowi kasy.
Mowa o magistrze archeologii Norbercie Bończyku. W rozmowie z Piotrem Zychowiczem (Polacy. Opowieści niepoprawne politycznie. Część VII) czytamy taką oto wypowiedź:
Czy rzeczywiście Sowieci zatrzymali wielką ofensywę na linii Wisły, żeby dać się wykrwawić powstaniu?
NB: To nieprawda. Zagadnienie to badam od ponad dwudziestu lat, bo to mój podstawowy temat z zakresu historii wojskowości […]. Front w Polsce w 1944 roku, zwłaszcza na Mazowszu, to taki mój absolutny konik. Zatrzymanie go jest jednym z dwóch największych polskich mitów XX wieku dotyczących II wojny światowej. Jeden mówi o skalkulowanej na zimno przez Zachód zdradzie w 1939 roku, drugi o zatrzymanych na rozkaz nad Wisłą armiach Stalina. […] Zbadałem pod tym kątem archiwa niemieckie oraz rosyjskie i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Armia Czerwona latem 1944 roku nie dostała rozkazu: „Stop!”. Mało tego, przez cały czas próbowała zdobyć polską stolicę.
To dlaczego nie zdobyła?
Bo nie pozwolili na to Niemcy. Niemcy położyli trupem – tylko na odcinku pierwszego 1. Frontu Białoruskiego, który nacierał na Mazowszu, i tylko w sierpniu – prawie 30 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej. A do lazaretów odesłali kolejne 80 tysięcy. Na przedpolach Warszawy na przełomie lipca i sierpnia została stoczona wielka bitwa pancerna, ja ją nazywam w swych publikacjach bitwą pod Okuniewem, w wyniku której Niemcy odrzucili wojska radzieckie. A potem Rosjanie próbowali znowu i znowu. Wykonali siedem szturmów, w ciężkich walkach dreptali powoli do przodu […] Ciężkie walki na tym odcinku frontu trwały przez cały sierpień i cały wrzesień, a potem jeszcze w październiku 1944 roku.
Zaraz, zaraz… Bończyk mimo dość młodego wieku (r. 1979) znalazł się w Wikipedii.
W 1998 zdał maturę w III Liceum Ogólnokształcące im. gen. Józefa Sowińskiego w Warszawie. W 2003 ukończył z wyróżnieniem studia w Instytucie Archeologii Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.
Był dziennikarzem „Polski Zbrojnej”. Jako redaktor naczelny lub wydawniczy kierował następującymi tytułami: „Poligon. Magazyn miłośników wojsk lądowych”, „Przegląd Sił Zbrojnych”, „Wozy Bojowe Świata” i „Nowa Technika Wojskowa”. W 2014 założył wydawnictwo Libri Militari. W latach 2019–2021 był stypendystą Instytutu Pileckiego w ramach projektu „Terror niemiecki we wschodnich powiatach dystryktu warszawskiego Generalnego Gubernatorstwa w latach 1939–1944”.
Od 2021, wraz z Kamilem Kawalcem, prowadzi w serwisie YouTube podcast Wojenne Historie, który zgromadził ponad 270 tysięcy subskrybentów (stan na sierpień 2025).
Kiedy więc Bończyk znalazł czas na trwające dwie dekady badanie archiwów? Trudno przypuszczać, aby czynił to online, prawda? Kiedy znalazł czas na wyjazdy do Niemiec i Rosji? I czy w ogóle zna język rosyjski???
Przecież to najwyraźniej próba zastąpienia braku co najmniej dwóch literek przed nazwiskiem – dr. 😉
Po prostu: człek o takim imieniu i nazwisku nie figuruje w katalogu Ludzie nauki (https://ludzie.nauka.gov.pl/ln/profiles;c=%7B%22f%22:%7B%22fullQuery%22:%22Norbert%20Bo%C5%84czyk%22,%22degreeTitles%22:%5B%5D,%22disciplines%22:%5B%5D,%22domains%22:%5B%5D%7D%7D ).
Ile zatem warte są rewelacje tego autora? Zwłaszcza, że przejawia ponadaktywność dziennikarską, co zdecydowanie wyklucza, aby znalazł czas na rzetelne badania historyczne.
(Przypominam, że z wykształcenia jest archeologiem, nie historykiem, i nigdy nie pracował na uczelni wyższej, zatem pojęcie o warsztacie historyka ma mniej więcej na twoim czy moim poziomie, czytelniku).
Obłęd Bończyka? Przyjrzyjmy się temu cytatowi:
A potem Rosjanie próbowali znowu i znowu. Wykonali siedem szturmów, w ciężkich walkach dreptali powoli do przodu.
Tak straszliwie chcieli bowiem zdobyć Warszawę.
Tymczasem prawda historyczna temu przeczy. Sowieci stanęli sobie nad Wisłą i obserwowali tragedię Powstania.
Dowodem są prowadzone przez samotne Junkersy Ju-87 Stuka naloty bombowe na Warszawę. Samolot ten, już w 1941 roku uznawany za przestarzały, stałby się łatwym łupem nawet najgorszego myśliwca Armii Czerwonej. Mimo to bombardowały nie niepokojone i to mimo tego, że czasem znajdowały się w zasięgu ognia plot sowieckich jednostek.
Poza tym pomyślmy przez chwilę logicznie. Bończyk twierdzi, że do akcji likwidowania Powstania Warszawskiego były używane oddziały co najmniej drugiej jakości. I powinniśmy się z tym zgodzić. Zbieranina bandytów i sadystycznych morderców Dirlewangera nie byłaby w stanie stawić opór oddziałowi nie tylko Armii Sowieckiej, ale nawet polskiej z Września’39.
Poza tym w wielu miejscach Powstańcy opanowali brzeg rzeki. Tymczasem stan wody w Wiśle latem 1944 roku w najgłębszych miejscach sięgał…. 125 cm. Zatem żołnierze mogli przejść na drugi brzeg… brodząc. Ba, nawet standardowy czołg sowiecki z tego okresu T-34 (taki jak „Rudy”) mógł przejechać po dnie. Jego głębokość brodzenia wynosiła bowiem 130 cm, zaś po krótkim uszczelnieniu nawet 150 cm. Zatem Wisła nie była przeszkodą.
O rozkazie zatrzymania ofensywy sowieckiej pisał rosyjski historyk Nikołaj Iwanow (profesor Uniwersytetu Opolskiego).
Po czynach ich bowiem poznacie…
Do 10 września 1944 r. sowieckie lotnictwo miało zakaz latania nad Warszawą. O braku zgody na lądowanie na sowieckich lotniskach samolotów alianckich przewożących zaopatrzenie dla walczącej Warszawy trzeba również wspomnieć. Tylko to ograniczało zdolność transportową o blisko połowę (konieczność zabrania większej ilości paliwa).
Przypadek?
Stalin mógł się zatrzymać, bo… stanął również front zachodni. W tym czasie agenci sowieccy, skupieni wokół Roosevelta, pieczołowicie urabiali go przeciw Churchillowi. Amerykański prezydent chciał bowiem stanąć na czele zachodniego świata. Churchill natomiast stał ciągle na czele największego Imperium Ziemi. Grając na Stalina osłabiał więc Anglię, swojego głównego rywala.
Ten odpoczynek frontu wschodniego umożliwił Niemcom dokonanie ostatniej ofensywy w dziejach – w Ardenach. Czy Stalin o niej wiedział?
Wydaje się, że to pytanie retoryczne. Z dzisiejszej perspektywy widać, że uprzejmie czekał, aż Niemcy odzyskają tereny na Zachodzie. To pozwoliłoby mu przesunąć granice Imperium dalej na Zachód.
Dlatego ruszył do boju zaraz po jej krachu. I choć Amerykanie dotarli nawet do Świeradowa-Zdroju, zdobyli czeskie Sudety, to jednak musieli się cofnąć.
Bezwarunkowo. Wszak Roosevelt jeszcze żył. Dla niego przyszłym wrogiem był… Churchill, nie Stalin. Oddawał więc pół Europy nie po to, by wzmocnić Stalina, ale by raz na zawsze uzależnić Anglię od USA.
Ale cofnijmy się jeszcze do Powstania.
30 lipca w godzinach; 15.00, 20.55, 21.55 i 23.00 polskojęzyczna sowiecka rozgłośnia im. Tadeusza Kościuszki nadała komunikat wzywający warszawiaków do walki:
Warszawa drży w posadach od ryku dział. Wojska radzieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się do Pragi. Nadchodzą, aby przynieść nam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą usiłowali bronić się w Warszawie. Zechcą zniszczyć wszystko. W Białymstoku burzyli wszystko przez sześć dni. Wymordowali tysiące naszych braci. Uczyńmy, co tylko w naszej mocy, by nie zdołali powtórzyć tego samego w Warszawie. Ludu Warszawy! Do broni! Niech cała ludność stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę. Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi. Milion ludności Warszawy niech stanie się milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność.
(za: Wikipedia)
Dwa dni przed wybuchem Powstania na ulicach Warszawy pojawiły się plakaty sygnowane przez PPR, w których to oskarżano AK o ucieczkę z Warszawy, jednocześnie zaś wzywając ludność do powstania.
Tak samo próbowali później. 8 sierpnia obradujący w Lublinie polskojęzyczni stalinowcy (PKWN) uchwalili „pierwszy rozkaz rewolucyjny dla walczących i obywateli miasta”. Twierdzili w nim z całą powagą, że Bór-Komorowski zdradził i zamierza poddać Warszawę, w związku z czym PPR przejęła władzę.
Pisano w niej m. in.:
Wszyscy walczący muszą natychmiast złożyć biało-czerwone opaski z orłem polskim. Z tą chwilą należy założyć czerwoną opaskę, którą można sobie sporządzić przez oderwanie białej części opaski.
Polska Armia Ludowa i oddziały aktywistów PPR od dnia dzisiejszego godz. 12 czasu środkowoeuropejskiego rozstrzeliwują każdego, kto nosi opaskę biało-czerwoną.
Czerwona Armia po wkroczeniu do Warszawy traktować będzie walczących i noszących jeszcze opaski biało-czerwone jako nieprzyjaciół.
(za: Aldona Zaorska, Poznaj ich prawdziwe nazwiska, Bollinari 2019, str. 64, ISBN 978-83-63865-55-9)
Powstanie wybuchłoby i tak. Bez zgody a nawet wiedzy AK. I zakończyłoby się wielką masakrą ludności cywilnej już w ciągu pierwszych dni.
Ale co byłoby, gdyby nie wybuchło, a mimo to sowieckie hordy musiałyby stanąć na linii Wisły?
Festung Warschau stałaby się wtedy ciałem.
Porównajmy zniszczenia, jakie doznała Festung Posen ze zniszczeniem lewobrzeżnej Warszawy.
Największy opór Niemcy stawili na Starym Mieście w Poznaniu. Efekt – do 90% zniszczeń. Ogółem 55%.
Natomiast Warszawa bezpośrednio po kapitulacji Powstania – 25%.
Najdłużej broniące się niemieckie wówczas miasto Breslau (Wrocław) – 65-70%.
Zatem zamiana Warszawy w twierdzę doprowadziłaby do większych strat, niż Powstanie.
Rzecz jasna ruinacja naszej Stolicy była większa, ale to spowodowane było planową akcją wyburzania, prowadzoną przez Niemców bez jakichkolwiek przeszkód ze strony sowieckiej już po wysiedleniu z niej ocalałych mieszkańców.
Tymczasem w Berlinie, w którym toczono jedne z najcięższych walk, zniszczeniu uległo niespełna 31% zabudowy.
Od 1945 roku antypolska propaganda wali na jedno kopyto, powtarzając stalinowskie opowieści o „awanturze warszawskiej”.
Teraz walczy już kolejna zmiana, teoretycznie wolna od stalinowskiej indoktrynacji. Ale, paradoksalnie, chcąc zaistnieć w przestrzeni publicznej sięgają do teorii z czasów młodego Turskiego czy innego Putramenta i uważają, że powielając tamte wzorce są oryginalni.
To nie jest przypadek.
Lewactwo, dzisiaj zasłaniające sobie gębę serwetą z napisem „lyberalyzm” konsekwentne zwalcza polski patriotyzm.
Powstanie Warszawskie, Bitwa Warszawska, Powstanie Styczniowe, Powstanie Listopadowe, Konfederacja Barska – to są kamienie wyznaczająca walkę o polskość w czasach nowożytnych.
Zwalczać je mogą tylko antypolacy. Nawet jeśli ich antypolskość jest wynikiem zwykłego świra.
3.08 2026
________________________________
* Zabawna historia z tym kinem. Juras po prostu chciał się spotkać z dziewczyną… Więc wybrał kino i film, na który w ogóle nie było chętnych. Ale kiedy film zaczął do nich trafiać siedzieli już tylko zapatrzeni w ekran.
Zostaw komentarz