Udostępniam tekst z walla pani Kamila Pasławska (czytaj tutaj).
Napisany jest pięknie, lecz dla mnie – zdecydowanie zbyt romantycznie.
Zacznijmy od fundamentalnego założenia Autora: „Powstanie nie wybucha, Sowieci zajmują Polskę i po cichu rozprawiają się z obrońcami wolności i nieprawomyślnymi. Chyba nie muszę szczegółowo opisywać metod?”.
Tak, to prawda. Nawet biorąc to pod uwagę, trudno jednak przyjąć tezę, że Stalin wymordowałby około 200 000 ludzi. W latach 1944–1956 wskutek terroru komunistycznego w Polsce śmierć poniosło około 50 000 osób, w tym ponad 3 000 straconych na mocy wyroków sądowych, a przez więzienia i obozy przeszło ponad milion obywateli. Orzeczono ponad 8 000 wyroków (w tym około 5 500 przez sądy wojskowe), z czego wykonano ponad 3 000. W bezpośrednich starciach bojowych z oddziałami NKWD, UB, KBW i MO zginęło około 8–9 tysięcy żołnierzy podziemia antykomunistycznego. Oznacza to, że około cztery piąte ofiar zmarło w wyniku tortur podczas śledztw, skrajnego wycieńczenia, chorób oraz katastrofalnych warunków sanitarnych w więzieniach (np. w Rawiczu, Wronkach, Fordonie), w obozach pracy (np. w Jaworznie), zostało zamordowanych w katowniach UB lub zginęło w czasie licznych pacyfikacji wsi.
Powstanie Warszawskie w niczym temu nie przeszkodziło. W Polsce znalazło się zaskakująco dużo tych, którzy chcieli pomagać Sowietom – zaskakująco dużo donosicieli, karierowiczów oraz ludzi, którzy pragnęli po prostu przetrwać i byli gotowi zrobić dla tego celu wszystko. Tym było najłatwiej, ponieważ gładko wpięli się mentalnie w narrację o „odbudowie Polski i pracy na jej rzecz”.
Autor stawia tezę: „Ci młodzi inteligenci, kwiat polskiej młodzieży, i tak by nie przeżyli. Znikaliby bez śladu. Bez krwawego mitu oporu o wiele łatwiej byłoby spacyfikować społeczeństwo – no, trochę więcej żołnierzy Armii Czerwonej by w Polsce stacjonowało”.
Teza ta jest zapewne częściowo uprawniona, ale kiedy zestawimy 200 000 ofiar z dwóch miesięcy Powstania z 50 000 z lat 1944–1956, natychmiast narastają pytania: na ile właściwie? I czy w zrywie ginął rzeczywiście wyłącznie „kwiat polskiej młodzieży”?
Dalej Autor pisze: „Zyski? Ocalała XIX-wieczna zabudowa centrum Warszawy, piękna od frontu, trochę cuchnąca na trzecim podwórku-studni. Teraz cuchnąca też w reprezentacyjnych stumetrowych mieszkaniach, zasiedlonych przez kilka rodzin, ze wspólną łazienką i kuchnią”.
Otóż nie! Zyski byłyby jednak zdecydowanie większe – i bynajmniej nie o stan materialny tu się rozchodzi. A opisana przez Autora historia o śmierci ludzi z kamienicy przy ulicy Trzeciego Maja to niejedyny przypadek wyłączenia intelektu przez fałszywe poczucie godności. To już jednak materiał dla psychiatry, a nie historyka.
Autor twierdzi również, że „tamta, szlachecka, dworska, dwudziestoletnia Polska Gombrowiczów, Radziwiłłów i Piłsudskich wykrwawiła się w obozach i poszła z dymem w Treblince i w Auschwitz. Jej mit założycielski – Cud nad Wisłą – zdechł pod butem Rosjan i nie został z niego nawet strzęp”.
Dziś doskonale wiemy, że to po prostu intelektualne nadużycie. Legenda Cudu nad Wisłą miała i ma się świetnie; sam pamiętam, jak w podstawówce napawał mnie dumą – byłem wtedy „piłsudczykiem”, który namiętnie zaczytywał się w „Moich pierwszych bojach” Komendanta. Legendy Powstania Warszawskiego zresztą też nie dało się zdusić – po prostu dlatego, że nie da się wymazać z pamięci takiej hekatomby i tak bezsensownej ofiary z ludzkiego życia.
Wraz z tamtą Polską zginął jednak pewien romantyczny mental: ślepe żądanie poświęceń dla państwa i narodu „w imię zasad, skurwysynu!”, bez oglądania się na to, co podpowiedziałby chłodny rozum, gdyby dopuszczono go do głosu.
Kiedy Autor stawia tezę, że „przecież oni wszyscy nie poszli zginąć, tylko żyć, choćby i krótko, w wolności. To dzięki nim przetrwaliśmy” – jestem w stanie się z nią zgodzić. Ale tylko w takim znaczeniu, jakie nadawał jej świętej pamięci Jan Nowak-Jeziorański. Uważał on, że Powstanie raz na zawsze nauczyło osoby odpowiedzialne za naród, by nie podejmować już takich decyzji, ponieważ następna próba po prostu zetrze nas z powierzchni ziemi.
Nowak-Jeziorański nie był radykałem. Był przeciwnikiem wybuchu zrywu, lecz rozumiał, że był on psychologicznie nieuchronny ze względu na skrajną frustrację i potrzebę sprzeciwu narastającą w ludności stolicy przez pięć lat okupacji. Tamtych ludzi zgubiły emocje – uzasadnione, sprawiedliwe, lecz niepoddane kontroli krytycznego rozumu. Tyle i aż tyle. To one stały się bezpośrednią przyczyną katastrofy.
Wszystkie rozważania ex post, że „ducha nie da się zabić” oraz że bez Powstania nie byłoby Polski, to zwykłe pocieszanie się. Ówcześni decydenci tak nie myśleli – to dramatyczne szukanie argumentów obrony. Uważam, że gdyby Polska została pozostawiona po zachodniej stronie żelaznej kurtyny, podjęcie decyzji o wybuchu Powstania wymagałoby bardzo dobrych adwokatów.
Czy gdyby nie zryw, Niemcy do spółki z Rosjanami przestaliby nas wybijać, gwałcić, palić i okradać? Przestaliby hodować nas na ludzi drugiej kategorii?
Czy cokolwiek przeszkodziło Rosjanom w przeprowadzeniu referendum „trzy razy tak”, by obsadzić urzędy rzeszą służalców widzących w nowym systemie szansę na karierę? Czy Powstanie powstrzymało ich przed posyłaniem na nas ORMO i ZOMO, propagandzistów, usłużnych prokuratorów i sędziów oraz przed tropieniem po lasach żołnierzy niezłomnych?
Czy w czasach stalinizmu nie zaplęgła się w Polsce trucizna strachu, że wszyscy donoszą na wszystkich, a na godność, honor i Boga nie ma miejsca?
Wreszcie: czy bez Powstania ruski okupant nie złamałby Polaków?
Złamałby ich dokładnie tak samo – chyba że w sklepach byłoby jedzenie, ludzie mogliby kupić samochód bez dziesięcioletniego oczekiwania, pralkę można było dostać za rogiem, a po skorzystaniu z toalety czekałby papier toaletowy.
Nie przetrwaliśmy dzięki sile ducha czerpanej z legendy Powstania, lecz dlatego, że komunistyczny system – zwłaszcza w sowieckim wydaniu – był czystym absurdem i po prostu zapadł się pod ciężarem własnej masy. Nie czerpaliśmy z PW poczucia wyjątkowości czy własnej godności. Gdyby było inaczej, po 1989 roku Polacy przeprowadziliby chociażby prostą lustrację i odsunęli od urzędów – zwłaszcza od sądów – dawnych komunistów. W tej Polsce, która rzekomo czerpie natchnienie z legendy Powstania Warszawskiego, ktoś taki jak Andrzej Kryże nie zostałby wiceministrem i nie skończyłby z wysoką emeryturą prokuratora Prokuratury Krajowej, lecz co najwyżej cieszyłby się, że dostał posadę stróża.
A tak historia potoczyła się tak, jak się potoczyła. Staliśmy się na pewien czas tanią siłą roboczą dla Niemiec – bo blisko, a różnica ekonomiczna była przeogromna. Staliśmy się rynkiem zbytu dla tego, co zachodni sąsiedzi już zużyli: starych samochodów, śmieciowego jedzenia i ubrań z sieciówek.
Nasze pensje, choć dzisiaj wyższe niż trzydzieści lat temu, nadal ustępują tym w Niemczech, które okazały się większym zwycięzcą II wojny światowej niż krajem przegranym. To Polska tę wojnę przegrała.
Mój rocznik i moi rówieśnicy urodziliśmy się jako dzieci podbitego narodu i podbitej ziemi. Kiedy zadawaliśmy pytania o ten wszechobecny syf, rodzice odpowiadali: „Przez ruskich”. „To kiedy stąd pójdą?” – pytaluśmy. „Nigdy” – brzmiała najczęstsza odpowiedź. Nikt nam nie mówił o żadnym dziejowym długu, który trzeba spłacić. A Warszawa, do której przyjechałem mieszkać w latach 90., była po prostu jednym wielkim syfem.
Nie zgadzam się z twierdzeniem, że owoce Powstania Warszawskiego to rok 1956, 1968, 1976, Sierpień ’80 czy czasy współczesne. Widzę tam raczej wściekłość robotników, którym brakowało podstawowych produktów do życia. Tych wydarzeń by nie było, gdyby w sklepach leżał metaforyczny papier toaletowy.
Tak, powstańcy ginęli w imię najwyższych wartości – tych, które wyznaje każdy przyzwoity człowiek. Najtragiczne jest jednak to, że za te wartości wcale nie trzeba było wtedy ginąć.
Zostaw komentarz