Dla mnie Tomasz Lis jest symbolem grupy dziennikarzy niemających za wiele wspólnego z przyzwoitością i rzetelnością. List adresuję do niego, ale bardziej zależało mi na tym, by pokazać, że część młodego społeczeństwa nie akceptuje dziennikarstwa w stylu redaktora Lisa. Odkąd pamiętam, to redaktor Lis zawsze był mocno subiektywny. Jednak przynajmniej stwarzał pozory rzetelnego dziennikarza. W ostatnich tygodniach ściągnął maskę i nawet nie zamierza się starać, by społeczeństwo odbierało go jako dobrego dziennikarza. W tym momencie jest on kimś w rodzaju rzecznika III RP – w wywiadzie dla portalu Pressmania.pl mówi Michał Patyk – student II roku Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Wielu młodych chce żyć i pracować dla Polski. Niektórzy mówią, że panuje swoista moda na patriotyzm. Nasze czyny są autentyczne. Nie boimy się wyzwań. Nie boimy się samorozwoju. Bardzo często jesteśmy indywidualistami, ale swoje umiejętności chcemy wyrażać dla wspólnej sprawy. Nasz indywidualizm ma służyć grupie, jaką współtworzymy, czyli narodowi. I to nie jest przejaw odwagi. Takie po prostu są nasze powinności. My je odczuwamy i wypełniamy, by Polska naprawdę stała się Wielką Polską – wyjaśnia w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską autor listu do redaktora Tomasza Lisa.

Małgorzata Kupiszewska: Młodzi w czach okupacji wymyślali niewybredne żarty na Niemców. Śmiechem walczyli z wrogiem. Młodość kazała ci walczyć szyderstwem z Goliatem dziennikarstwa?

Michał Patyk: Nie sądzę, by redaktor Tomasz Lis rzeczywiście był tak znaczącą postacią w świecie dziennikarstwa. Być może wykazuję się teraz skrajną naiwnością, ale patrzę na dziennikarstwo innymi kryteriami niż te, które narzucono nam w III RP. To, że ktoś ma swój program w telewizji, bądź prowadzi własne audycje radiowe, nie ma dla mnie większego znaczenia. Oceniam dziennikarza pod kątem jego rzetelności. Jeśli tak spojrzeć na Tomasza Lisa, to nie jest on znaczącym dziennikarzem. Przykre jest to, że tacy ludzie mają wielki wpływ na opinię publiczną w Polsce. Zresztą, zanim napisałem list do Tomasza Lisa, napisałem dwa listy do Adama Michnika. Osób ze świata mediów, do których warto skierować kilka słów, jest więcej. Dlatego dla mnie Tomasz Lis jest symbolem grupy dziennikarzy niemających za wiele wspólnego z przyzwoitością i rzetelnością. Natomiast śmiech rzeczywiście jest skuteczną bronią, tylko trochę niebezpieczną. Każdy z nas ma inne poczucie humoru i co innego nas śmieszy, więc jest ryzyko, że nie przez wszystkich ten list zostanie przyjęty pozytywnie. Jednak trudno jest przypodobać się wszystkim. To zadanie z kategorii niemożliwych, ale można próbować do tego dojść za pomocą neutralności. Jednak uważam, że neutralność to swoista dezercja. To raczej strach przed poszerzaniem wiedzy i opowiedzeniem się po konkretnej stronie. Wątpliwości to zjawisko normalne, ale nie mogą one uniemożliwiać nam podejmowania decyzji. O wiele łatwiej jest budować porządek społeczny, gdy nasza mowa jest jednoznaczna – „tak” lub „nie”.

Kpina, żart, ironia to skuteczna broń w walce z gigantem. Myślisz, że Tomasz Lis zauważy twój list?

– Na dobrą sprawę Tomasz Lis wcale nie musi czytać tego listu. List adresuję do niego, ale bardziej zależało mi na tym, by pokazać, że część młodego społeczeństwa nie akceptuje dziennikarstwa w stylu redaktora Lisa. Odkąd pamiętam, to redaktor Lis zawsze był mocno subiektywny. Jednak przynajmniej stwarzał pozory rzetelnego dziennikarza. W ostatnich tygodniach ściągnął maskę i nawet nie zamierza się starać, by społeczeństwo odbierało go jako dobrego dziennikarza. W tym momencie jest on kimś w rodzaju rzecznika III RP. Zachowuje się tak, jakby Okrągły Stół był wydarzeniem zesłanym z niebios i jakakolwiek próba podważenia tego okresu odbierana jest jak atak na wolny świat i swobody obywatelskie. Ja i moi znajomi patrzymy na tę farsę z zażenowaniem. Osobiście nie mam pretensji do redaktora Lisa o to, że ma takie, a nie inne poglądy. Pretensje mam o to, że sam nazywa siebie dziennikarzem.

Odwoływanie do literatury sienkiewiczowskiej to świadomy zabieg. Ale czy Tomasz Lis zasłużył, by budzić go jak śpiącego na marach Pułkownika Wołodyjowskiego?

– Tomasz Lis zasłużył na to, by o nim wspomnieć w tym kontekście przede wszystkim, dlatego, że gdy biel postawi się obok czerni, to ten kontrast dobitnie świadczy o niemożliwości pogodzenia pewnych wartości ze sobą. I tak jak Pułkownik Wołodyjowski był człowiekiem honorowym, tak nawet nie staram się szukać honoru u Tomasza Lisa. Takie porównania zawsze szokują, są niezwykle kontrowersyjne, ale dzięki temu skłaniają do refleksji, a przynajmniej powinny się do niej przyczyniać. Musimy zacząć myśleć. Szkoda, że do rozsądku idziemy drogą emocji, ale widocznie tak działa psychika ludzka, że aby nastąpiła refleksja, musi dojść do wstrząsu. I takie porównanie właśnie temu miało służyć – oburzeniu, ale konstruktywnemu.

Jutro przed Sejmem zbiera się Komitet Obrony Demokracji, zapewne z Tomaszem Lisem na czele. Jak, Ty i wielu podobnych Tobie, zamierzacie bronić młodej demokracji w nowym Sejmie przed siłą resortowych dzieci?

– Demokracja to dość specyficzny ustrój, bo niby wszyscy w niej są równi, a jednak rzeczywistość pokazuje, że ten tak istotny w teorii tłum – w praktyce jest poniżany przez wąską grupę obywateli. Politycy zabiegają o poparcie mas, a potem tymi masami pogardzają. Zwłaszcza ostatni rząd dobitnie pokazał nam, że głos społeczeństwa nie ma żadnego znaczenia. Odrzucone wnioski o referendum stały się wizytówką rządów ludzi butnych i aroganckich. Czy nowy Sejm będzie słuchał społeczeństwa? Mam taką nadzieję. Jednak musimy pamiętać, że politycy zbyt często myślą o poparciu przez masy, a zbyt rzadko skupiają się na tym, co rzeczywiście jest najlepsze dla danego narodu. Narodu rozumianego, jako pewną ciągłość – tych, którzy byli, którzy są, i którzy przyjdą po nas. Jeśli tak rozumiemy służbę, jaką jest polityka, to czasami musimy podejmować niepopularne decyzje. Nie możemy patrzeć do następnych wyborów – naszym obowiązkiem jest spoglądać kilkadziesiąt lat do przodu. Dlatego rzeczywiście musimy się bronić przed medialnym zakłamaniem i cyrkowcami z Komitetu Obrony Demokracji, ale nie w obronie fasadowej demokracji, a w obronie interesu narodowego i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Nie może być tak, że ci, którzy kpili wcześniej z obywatela, teraz stają się jego wielkim obrońcą.

Takich odważnych jak ty ilu się znajdzie? Kto będzie miał odwagę, by się przeciwstawić zatwardziałym obrońcom starego porządku?

– Nie powiedziałbym, że jestem odważny. Odważny, to był Rotmistrz Witold Pilecki, gdy stawał śmierci twarzą w twarz i nie pozwolił, by cokolwiek złamało jego ideały. To, co ja robię, to jest naprawdę mała rzecz w porównaniu z odwagą, męstwem Żołnierzy Wyklętych. Jednak nawet, jeśli jest to drobnostka, to uważam, że warto ją robić. Warto przekonywać innych do wspólnego wysiłku na rzecz narodu. A naprawdę wielu młodych chce żyć i pracować dla Polski. Niektórzy mówią, że panuje swoista moda na patriotyzm. Może rzeczywiście tak jest. Może niektórzy myślą o tym, by wykorzystać te nastroje dla siebie. Jednak widzę po swoich kolegach i koleżankach, że nasze czyny są autentyczne. Nie boimy się wyzwań. Nie boimy się samorozwoju. Bardzo często jesteśmy indywidualistami, ale swoje umiejętności chcemy wyrażać dla wspólnej sprawy. Nasz indywidualizm ma służyć grupie, jaką współtworzymy, czyli narodowi. I to nie jest przejaw odwagi. Takie po prostu są nasze powinności. My je odczuwamy i wypełniamy, by Polska naprawdę stała się Wielką Polską. A będzie taka, jeśli ją sami zbudujemy, albo chociaż zaczniemy budować, a dokończą za nas nasze dzieci czy wnuki.

Dziękuję za rozmowę.

Michał PatykMichał Patyk – student, sekretarz redakcji i publicysta „Mysl24.pl”, współpracownik portalu „ProstozMostu.Net” oraz kwartalnika „Myśl.pl”.