Opinią publiczną wstrząsają w ostatnich dniach kolejne wiadomości o haniebnych posunięciach ukraińskich władz, które bezceremonialnie gloryfikują ludobójców z UPA. Słuszne oburzenie nie tylko w Polsce jest w pełni zrozumiałe. Kiedy zaledwie parę miesięcy temu prezydent Wołodymyr Zełenski oficjalnie nadał jednej z brygad wojskowych imię „Bohaterów UPA”, z Polski płynęły wyraźne sygnały ostrzegawcze. Jednak zamiast refleksji i poszanowania pamięci ofiar rzezi wołyńskiej, nadeszła kolejna prowokacja: Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła rok 2027 „Rokiem UPA, Romana Szuchewycza i OUN”. Te skandaliczne decyzje wywołały oburzenie i zdecydowany sprzeciw polskich władz, IPN-u oraz środowisk naukowych i kombatanckich. Dyplomatyczna reakcja Polaków – w tym uznanie inicjatora uchwały za osobę niepożądaną w RP – wyraźnie pokazuje, że partnerstwo nie może opierać się na chowaniu głowy w piasek. Nie da się budować europejskiej przyszłości na kultywowaniu zbrodniarzy odpowiedzialnych za śmierć dziesiątek tysięcy niewinnych kobiet i dzieci.

Pod koniec lat 90. i na początku lat 2000. często podróżowałem na Ukrainę – najpierw jako student i kleryk, a później już jako kapłan. Spotykałem się tam ze zwykłymi ludźmi: nie tylko z parafianami rzymskokatolickimi, ale ze wszystkimi mieszkańcami przygranicznych wsi i małych miejscowości.

Miejscowości, do których docierałem z pomocą humanitarną i duszpasterską, leżały zaledwie 40–50 kilometrów od Przemyśla. Z perspektywy tamtych terenów patrzyłem na bliską polską granicę, a to sąsiedztwo nieustannie uświadamiało mi dramat skomplikowanej historii. Tereny zachodnie dzisiejszej Ukrainy to przecież ziemie, które przez wieki tworzyły Rzeczpospolitą czy austriacką Galicję. Trzeba to jasno i głośno powiedzieć: dzisiejsze państwo ukraińskie nie posiada wielowiekowej tradycji państwowej, gdyż obszary te przez stulecia wchodziły w skład innych struktur politycznych. Dziś rządzący za wszelką cenę próbują wybudować na siłę mityczną przeszłość i tożsamość, której w takiej formie po prostu nigdy nie było. Przesunięcie granic po II wojnie światowej, kiedy w latach 1944–1947 decyzjami mocarstw wschodnia linia Polski opadła na zachód, wrzuciło te ziemie i ich mieszkańców w ramy Ukraińskiej SRR wewnątrz Związku Radzieckiego.
Tamta Ukraina z końca lat 90-tych i początku obecnego stulecia, którą oglądałem na własne oczy, była krajem wielkiej bezradności i gospodarczej ruiny. Pamiętam dawne kołchozy, na których podwórzach stały dziesiątki popsutych maszyn rolniczych. Kiedy sprzęt się psuł, nikt go nie naprawiał – brało się kolejny, a stare po prostu rdzewiały na złom. Nikt nie wiedział, co z tym zrobić, panował całkowity paraliż decyzyjny i marazm.

Ukraiński kołchoz rok 1998
Równie bolesny był widok sakralnego dziedzictwa. Kościoły, które w czasach komunizmu zamieniono na magazyny nawozów sztucznych czy zboża, dopiero po latach próbowano odzyskiwać i odnawiać. W Tarnopolu jeden z najpiękniejszych kościołów został w bezwzględny sposób zamalowany zwykłą farbą olejną – zrobiono to celowo, by zniszczyć bezcenne freski i zatrzeć wszelkie ślady polskiej kultury oraz chrześcijańskiego dziedzictwa.
Właśnie w tamtych latach, kiedy pomagaliśmy w odbudowie jednego z takich zrujnowanych kościołów, doświadczyłem na własnej skórze, jak głęboki i groźny potrafi być ten nieuzasadniony lęk przed Polską. Zostaliśmy zaatakowani podczas prac renowacyjnych w jednej ze świątyń przez grupę młodych mężczyzn, związani i usiłowano nas pobić – tylko cudem zdołaliśmy wydostać się z tej opresji. Wykrzykiwali wtedy do nas z wrogością: „Próbujecie tutaj robić na nowo Polskę! Budujecie polski kościół!”. Ta irracjonalna obawa, że Polacy wrócą, by odbierać ziemie i narzucać swoją władzę, była całkowicie bezpodstawna, ale wciąż skutecznie podsycana przez nacjonalistyczną propagandę. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że w tej samej miejscowości, podczas wojennych ataków UPA, miejscowy ksiądz rzymskokatolicki został porwany przez banderowców z plebanii i okrutnie zamordowany.

Co ciekawe, zwykli mieszkańcy tej wsi w większości byli do nas nastawieni niezwykle życzliwie i z wielką serdecznością. Po tych dramatycznych wydarzeniach jeszcze wiele razy jeździłem tam z pomocą humanitarną, którą obdarowywaliśmy nie tylko potomków dawnych Polaków, ale każdego potrzebującego człowieka, bez względu na pochodzenie.
Ta nieufność wynikła również z faktu, że tamtejsza ludność została drastycznie zmieszana w wyniku zbrodniczej polityki Stalina. Sowiecki dyktator celowo prowadził inżynierię społeczną polegającą na masowych deportacjach, by wykorzenić ludzi, pozbawić ich tożsamości i stworzyć powolną masę bez narodowych korzeni. Z dawnych polskich ziem wschodnich (m.in. z Marchlewszczyzny czy Wołynia) dziesiątki tysięcy Polaków wywieziono do Kazachstanu. Z kolei na ich miejsce i na tereny dzisiejszej Ukrainy przesiedlano ludność z głębi ZSRR oraz z azjatyckich republik, w tym z Kazachstanu. Na Ukrainie spotykałem ludzi z tak zawikłanymi losami, którzy po latach powracali z azjatyckich stepów, by chociaż ostatni raz odwiedzić ojcowiznę. To wykorzenienie rodziło kompleksy i lęki, na których najłatwiej buduje się wrogość do sąsiadów.

Opera we Lwowie
A przecież tej historii i prawdziwego dziedzictwa nie da się wymazać. Gdy spaceruje się po Lwowie – mieście trzech Katedr – kulturowa tożsamość tego miejsca krzyczy z każdego narożnika. W samym centrum stoi wspaniały Teatr Opery i Baletu z genialną kurtyną Henryka Siemiradzkiego. Przy dzisiejszym Prospekcie Swobody nienaruszony stoi pomnik Adama Mickiewicza. Idąc dalej, trafiamy na Cmentarz Łyczakowski, gdzie spoczywają Maria Konopnicka, Gabriela Zapolska, genialny matematyk Stefan Banach, twórca lwowskiej szkoły filozoficznej Kazimierz Twardowski i tylu innych twórców naszej kultury.

Pomnik Adama Mickiewicza we Lwowie
A tuż obok rozciąga się Cmentarz Orląt Lwowskich – mauzoleum młodych obrońców miasta z lat 1918–1920. To tam historia staje się wyjątkowo dotkliwa. Symbolem lwowskiej niechęci i politycznego lęku przed pamięcią stały się dwa wielkie kamienne lwy, które historycznie strzegły wejścia do Pomnika Chwały, trzymając tarcze z herbami i napisami: „Zawsze wierny” oraz „Tobie Polsko”. Usunięte przez Sowietów, po powrocie na nekropolię w 2015 roku przez całe lata nie mogły doczekać się oficjalnego odsłonięcia. Lwowska Rada Obwodowa uznała je za „symbol polskiej okupacji” i nakazała zabić je w ciasne, drewniane skrzynie. Przez lata te potężne rzeźby stały zasłonięte paździerzowymi płytami jak więźniowie, bo lokalni urzędnicy nie potrafili znieść obecności symboli upamiętniających polskich bohaterów. Dopiero po wybuchu wojny w 2022 roku skrzynie zdjęto, ale sam fakt, że upamiętnienie obrońców miasta wywoływało taką agresję polityczną, pokazuje, jak głęboka i chora jest ta niechęć do prawdy.
Pod koniec II wojny światowej, gdy dokonał się podział Europy ponad głowami ludzi, wielu mieszkańców ziem wcielonych do Związku Radzieckiego zostało przymusowo wysiedlonych na nowe terytoria. Gdzie trafili wysiedleni stamtąd Polacy? Zostali rzuceni na tzw. Ziemie Odzyskane – do Szczecina i mniejszych miejscowości Zachodniej Polski, takich jak Szprotawa czy Kostrzyn nad Odrą.
Mój dziadek był jednym z pierwszych osadników w Szprotawie, chociaż nie pochodził z terenów dzisiejszej Ukrainy. Jednak w wyniku działań wojennych rodzina mojego Ojca straciła dom w rodzinnej miejscowości i trzeba było szukać nowego miejsca na ziemi. Z trudów budowania wszystkiego od nowa, z pracy własnych rąk rodziła się nowa rzeczywistość. Ale tamten czas niósł ze sobą głębokie rany. W latach 50. właśnie w tej Szprotawie moja rodzina spotkała się z brutalnym atakiem ze strony komunistycznych służb bezpieczeństwa, które wszelkimi sposobami niszczyły ludzi i próbowały utrwalić totalitarne państwo. I tak z jednej strony mieszkańcy nowych zachodnich ziem Polski starali się zadomowić w nowych miejscach, a z drugiej – musieli umieć dostosować się do systemu politycznego narzucanego siłą.
Również na polskich Ziemiach Zachodnich przez pierwsze powojenne dziesięciolecia panował strach, że wreszcie „wrócą Niemcy” i odbiorą swoje majątki. Obawę tę potęgowała komunistyczna propaganda. Jednak po przełomowym układzie z 1970 roku, a zwłaszcza po upadku komunizmu i ostatecznym uznaniu granic na Odrze i Nysie Łużyckiej, te polskie obawy całkowicie przestały odgrywać rolę. Polacy dojrzeli, wyzbyli się lęków i nauczyli się szanować dawną historię tych ziem.
Niezwykłym tego dowodem były dla mnie rozmowy z dziećmi pierwszych polskich osadników w Szczecinie. Opowiadali mi, jak w pierwszych powojennych miesiącach widzieli wysiedlanych Niemców – głodnych, zrozpaczonych ludzi siedzących na Wałach Chrobrego i czekających na pociągi na Zachód. I ci Polacy, którzy sami przed chwilą stracili wszystko na Kresach, uciekając przed rzeziami i przymusowym wywozem, wychodzili do tych Niemców z własnym chlebem, by podzielić się z nimi w biedzie. Ten poziom zwykłych, międzyludzkich kontaktów i odruchu serca zawsze był gdzieś ponad bezwzględnymi podziałami politycznymi.

Pomnik Czynu Polaków (Trzech Orłów) w Szczecinie
Podobnie powojenni mieszkańcy Kostrzyna nad Odrą i okolicznych wsi zastali swoje nowe domy pozostawione przez dawnych niemieckich mieszkańców. I choć ówczesnym władzom komunistycznym niespecjalnie zależało na odbudowie ruin dawnej pruskiej twierdzy czy zniszczonego Starego Miasta, to pierwsi osadnicy – kierowani ludzkim wyczuciem historii i zwykłym szacunkiem do przeszłości – sami prywatnie dokumentowali i fotografowali te potężne ruiny. Po latach z tej właśnie wrażliwości wyrosło powołane do życia Muzeum Twierdzy Kostrzyn. To muzeum pielęgnuje przecież w ogromnej mierze historię nie polską, lecz niemiecką – pokazywaną mądrze, bez kompleksów i bez prób wymazywania przeszłości.
Pięknym świadectwem takiego dojrzałego sąsiedztwa są również dzisiejsze Słubice i Frankfurt nad Odrą. Te dwa miasta, położone po przeciwnych stronach granicznej rzeki, żyją ze sobą jak dwa płuca jednej wspólnej Europy. Ludzie razem pracują, uczą się, tworzą kulturę i dzielą codzienne życie. Jak bardzo ta przestrzeń stała się jednym organizmem, zobaczyliśmy z całą wyrazistością w czasie pandemii COVID-19, gdy nagłe zamknięcie granic brutalnie przecięło te więzi, odcinając ludzi od ich miejsc pracy, domów i bliskich. To pokazało, że żywe relacje i prawda historyczna łączą społeczności mocniej niż jakiekolwiek polityczne deklaracje.
Dzisiejszy Szczecin, Kostrzyn czy Szprotawa budują swoją tożsamość mądrze – na szacunku dla całej swojej złożonej historii. Nikt tam nie wymazuje niemieckiej przeszłości, nikt nie niszczy dawnej architektury ani nie zasłania zabytków płytami. Promuje się historyczny Szczecin niemiecki i Szczecin polski.
Co prawda we współczesnych Niemczech skrajne ugrupowanie AfD (Alternative für Deutschland) próbuje pokazywać swoje skrajne rogi i żerować na niebezpiecznym rewizjonizmie historycznym. Czego właściwie politycy AfD chcą od polskich ziem? Liderka tej partii, Alice Weidel, bez cienia wstydu publicznie nazywa dawne terytorium NRD „Niemcami Środkowymi” (Mitteldeutschland), co w wyrazisty i zamierzony sposób sugeruje, że polskie Ziemie Zachodnie i Północne (Szczecin, Wrocław, Olsztyn czy Ziemia Lubuska) są w ich pojęciu „Niemcami Wschodnimi”. Jeszcze dalej posuwają się inni czołowi działacze tej formacji, jak poseł Maximilian Krah, który otwarcie publikuje w sieci mapy z dawnym zasięgiem ziem niemieckich, nazywając utratę Ziem Odzyskanych na rzecz Polski po II wojnie światowej „katastrofą kulturową” i wzywając do „ponownego połączenia się z utraconymi tradycjami na Wschodzie”. Słyszymy też groźby likwidacji strefy Schengen i przywrócenia zasieków na granicach. Jednak w dojrzałym, wyzwolonym z resentymentów społeczeństwie europejskim z tych szowinistycznych wybryków i rewizjonistycznych urojeń nic trwałego nie powstanie. Te rozważania zostawmy jednak na inny czas.
Wróćmy do ostatnich alarmujących sytuacji na Ukrainie.

Figura Najświętszej Maryi Panny we Lwowie – teren dawnego Placu Mariackiego
Niestety, ukraińscy politycy wolą iść tą samą ślepą drogą, co niemieccy czy polscy skrajni nacjonaliści. Zamiast wznieść się ponad podziały, wolą wyciągać na sztandary to, co dzieli i rani.

Pomnik upamiętniający ofiary zbrodni NKWD w uroczisku Salina niedaleko Dobromyla na Ukrainie (obwód lwowski)
Pytanie, które stawiałem sobie przed dwudziestu laty i które stawiam dzisiaj, brzmi: skąd w ogóle wziął się ten skrajny nacjonalizm?
On nie pojawił się z dnia na dzień. To wynik wieloletniego, konsekwentnego suflowania społeczeństwu pewnej idée fixe – nierealnej i bezkrytycznej wizji tworzenia „wielkiego narodu ukraińskiego”, ufundowanej na skrajnie szowinistycznej ideologii Dmitrija Doncowa. W tej mitologii historycznej nie ma miejsca na wyznanie win. Buduje się tożsamość w oparciu o fałszywy mit, w którym bandy OUN i UPA przedstawiane są wyłącznie jako szlachetni bojownicy o wolność.
Świadomie milczy się przy tym o najbardziej wstydliwych kartach tej historii. Ukraińscy nacjonaliści z Banderą, Melnykiem i Szuchewyczem na czele od zarania II wojny światowej ściśle współpracowali z hitlerowskimi Niemcami. Bataliony „Nachtigall” i „Roland”, dywizja SS „Galizien” czy ukraińska policja pomocnicza, która brała bezpośredni udział w Holokauście Żydów, a potem z bronią w ręku zasiliła szeregi UPA do mordowania Polaków – to bezsprzeczne fakty historyczne. Do tej cynicznej kolaboracji z Hitlerem i zbrodni rzezi wołyńskiej – będącej okrutnym ludobójstwem – współczesna ukraińska polityka historyczna za nic nie chce się przyznać.
Na te bezsprzeczne fakty od lat zwraca uwagę mój znajomy, prof. Adam Kulczycki – wybitny badacz, socjolog, teolog i naukowiec zaangażowany w prace IPN oraz prezes Instytutu Dziedzictwa Kresowego. Profesor Kulczycki w swoich licznych pracach (m.in. w poruszającej monografii „Nie zabijaj. Nacjonalizm i ludobójstwo na Kresach wobec Kościoła, etyki chrześcijańskiej i zasad humanizmu”) konsekwentnie analizuje mechanizm rodzenia się tego szowinizmu. Podkreśla on z pełną mocą naukową i moralną, że ideologia skrajnego nacjonalizmu ukraińskiego była całkowitym zaprzeczeniem etyki chrześcijańskiej i uniwersalnych zasad humanizmu. W swoich wykładach i prelekcjach prof. Kulczycki przypomina o „sąsiedzkiej krwi” oraz o męczeństwie polskiego duchowieństwa i mieszkańców Kresów, ostrzegając, że budowanie jakiejkolwiek polityki tożsamościowej na gloryfikacji wykonawców tego ludobójstwa jest moralnym ślepym zaułkiem, z którego ukraińskie społeczeństwo musi wreszcie zawrócić.
Odpór i ostrą krytykę wobec postawy Kijowa w sprawach Wołynia wyraża zresztą wielu polskich polityków, w tym były premier Leszek Miller. Wskazuje on jednoznacznie, że kult dowódców nacjonalistów stał się na Ukrainie elementem oficjalnej polityki państwowej. Miller niezwykle surowo ocenia również wieloletnie blokowanie ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej przez ukraińskie władze i prezydenta Wołodymyra Zełenskiego: „To jest raczej barbarzyństwo, a nie współczesna cywilizacja” – mówił wprost był premier, pytając, jak można zabraniać Polakom prawa do chrześcijańskiego pochówku swoich rodaków pomordowanych w dołach śmierci. Podkreślał przy tym z mocą, że unikanie ekshumacji wynika z lęku ukraińskich elit przed odkryciem skali i okrucieństwa tej zbrodni, dodając, że dopóki na Ukrainie czci się ludobójców, trudno mówić o spełnianiu europejskich standardów.
Z perspektywy czasu rozumiem też dawne animozje kościelne. Przez wieki Kościół rzymskokatolicki kojarzono z „polskimi panami”, a na przełomie wieków liturgii w języku polskim używano po prostu z braku ukraińskich ksiąg. Dziś to się zmieniło – moi koledzy kapłani pracujący na zachodniej Ukrainie posługują się językiem narodowym państwa, w którym sprawują duszpasterstwo. Co więcej, nikt już nie zabrania kształtowania nowych pokoleń księży i każdego roku we lwowskiej katedrze odbywają się święcenia kapłańskie lwowskich alumnów.
Jednak równolegle toczył się niepokojący proces ideologiczny. Pamiętam wydarzenie z odsłonięcia pomnika Tarasa Szewczenki. Twarz wieszcza skierowano na wschód, a jeden z prelegentów bez skrępowania oświadczył wówczas z dumą: „Nasz bohater patrzy na naszą piękną Ukrainę, a tyłem stoi do naszych wrogów”… Tak, padło wtedy z ust ukraińskiego mówcy to słowo: WROGÓW.
To budowanie nacjonalistycznej świadomości rodzi zatrute owoce na każdym szczeblu władzy. Z przerażeniem patrzy się na lokalnych polityków, takich jak lwowski radny, który bez wahania wyszedł z inicjatywą ogłoszenia roku 2027 „Rokiem UPA i Stepana Bandery” czy Romana Szuchewycza. Tego typu prowokacje radnych Lwowskiej Rady Obwodowej trafiają na podatny grunt, bo sama góra państwowa daje na to ciche przyzwolenie. Sam prezydent Wołodymyr Zełenski nie tylko firmuje nadawanie nazwy „Bohaterów UPA” oficjalnym brygadom wojskowym, ale równolegle jego otoczenie zmaga się z falą potężnych oskarżeń o tolerowanie systemowej korupcji.

Obok nacjonalizmu to właśnie korupcja pozostaje drugim rakiem trawiącym ten kraj. Pamiętam lata 90., gdy za puszkę konserwy milicjant odstępował od kontroli, na granicy celniczka domagała się małej lalki dla wnuczki z darów dla potrzebujących, a w samych Mościskach działało czterdzieści sklepów zaopatrywanych bezpośrednio przez celników z rzeczy odebranych ludziom na przejściu granicznym. Dzisiaj ten proceder nie zniknął – przybrał jedynie milionowe rozmiary. Z doniesień medialnych i niezależnych audytów płyną porażające informacje o tym, jak ogromna część międzynarodowej pomocy humanitarnej i finansowej po prostu rozpływa się w nieznanych okolicznościach, zasilając kieszenie nieuczciwych urzędników i wojskowych logistyków pod parasolem ochronnym najwyższych władz w Kijowie.
A przecież trzeba dokonać jasnego rozróżnienia: wina leży po stronie polityków, zachłannych elit i demoralizującego systemu, a nie zwykłych ludzi.
Po wybuchu wojny w 2022 roku wielu Ukraińców trafiło do Polski i do Niemiec. Dziś spotykam ich na swojej drodze bardzo często. Są wśród nich mieszkańcy ze Stryja, Sambora czy Lwowa – miejscowości, które doskonale znam z młodości. Ci ludzie są otwartymi, wartościowymi Europejczykami. Rozumieją, czym jest dobro i zło. Nie wolno obarczać ich winą za cynizm, korupcję i manipulacje rządzących. Jeden z moich kolegów z pracy – Ukrainiec, po tragedies w klasztorze w Jarosławiu, podszedł do mnie i mówi: „Przepraszam Cię, ale wszędzie znajdą się jacyś szaleńcy”.
Warto też pamiętać, że ten ślepy, populistyczny nacjonalizm nie jest wyłącznie specyfiką ukraińską. Dziś obserwujemy go z wielkim niepokojem w całej Europie. Skrajny nacjonalizm zawsze działa tak samo: zamiast szukać tego, co łączy i tworzy przestrzeń do przebaczenia oraz współpracy, żeruje na najniższych instynktach, buduje wrogów i dzieli społeczeństwa.
Budowanie przyszłości i godności narodowej nie może polegać na kreowaniu historycznych kłamstw, na kultywowaniu zbrodniarzy, na tolerowaniu powszechnej korupcji ani na uleganiu pokusom skrajnego szowinizmu. Prawdziwa Europejskość wymaga prawdy: odrzucenia krwawych mitów, uczciwego rozliczenia win i zbudowania przejrzystego państwa prawa. Tylko w prawdzie i na fundamencie wartości – tak jak potrafili to robić pierwsi osadnicy w Szczecinie dzielący się chlebem z potrzebującymi, muzealnicy i społecznicy w Kostrzynie nad Odrą, mieszkańcy Słubic i Frankfurtu, czy jak postulują to rzetelni polscy badacze z prof. Adamem Kulczyckim na czele – możemy zbudować trwałe mosty między narodami.

Zdjęcia autora tekstu.
Zostaw komentarz