Panorama Drezna, zniszczonego w 1945 r. w wyniku alianckich nalotów. Domena publiczna.
Maciej Orzeszko
74 lata temu, w dniach 13 i 14 lutego 1945 r. brytyjskie i amerykańskie lotnictwo bombowe siłą ok. 1100 samolotów dokonały nalotu dywanowego na Drezno. Atak był elementem alianckiej strategicznej ofensywy bombowej przeciw III Rzeszy i zarazem jednym z jej ostatnich epizodów. W jego wyniku miasto uległo całkowitemu zniszczeniu, Niemcy ponieśli wysokie straty w ludziach, sparaliżowaniu uległ lokalny transport, przemysł i ośrodki władzy.
I. Wojna powietrzna na skalę masową
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych wątków II Wojny Światowej były strategiczne ataki lotnicze, których celem były należące do nieprzyjaciela zakłady przemysłowe, węzły komunikacyjne, ośrodki administracyjne, czy wręcz całe miasta, znajdujące się na dalekim zapleczu frontów. Ich najbardziej zaawansowaną formą były tzw. naloty dywanowe, w których brało udział kilkaset, a czasem nawet powyżej 1000 samolotów bombowych, które lecąc zwartą formacją dokonywały bombardowania powierzchniowego na dużym obszarze (czasem nawet 15 tys. km2). Oglądany z góry obszar bombardowania przypominał dywan, stąd nazwa. Naloty takie prowadziły to całkowitego zniszczenia atakowanego terytorium i dużych strat ludności znajdującej się w polu rażenia.

Nalot dywanowy w praktyce. Brytyjski samolot bombowy Avro Lancaster nad płonącym Hamburgiem, Operacja Gomora, 24/25 lipca 1943 r. Domena publiczna.
Koncepcja tego typu działań wywodziła się z b. modnej w okresie dwudziestolecia międzywojennego teorii włoskiego generała i stratega, Gulio Douheta (1869 – 1930). Zgodnie z nią, sformułowaną w rozprawie p.t. „Panowanie w powietrzu” z 1921 r., w przyszłej wojnie podstawową rolę miało odegrać lotnictwo, spychając inne rodzaje sił zbrojnych do pozycji drugoplanowej. Pokonanie wroga miało się odbyć poprzez zmasowane bombardowanie lotnicze terytorium nieprzyjaciela przez wielkie formacje ciężkich samolotów bombowych, przed którymi, jak dowodził generał, nie było skutecznej obrony (jak stwierdził w 1932 r. konserwatywny premier Wlk. Brytanii Stanley Baldwin: „bombowce zawsze przejdą”). Tak prowadzona wojna miała mieć charakter totalny, gdyż gen. Douhet nie uznawał rozdziału na cele cywilne i wojskowe.
Teoria Douheta spowodowała, że większość krajów europejskich w okresie międzywojennym rozwijała lotnictwo bombowe, dotyczyło to nie tylko mocarstw, ale także krajów mniejszych (jak np. Polska czy Holandia). W niewielu jednak krajach zdecydowano się na budowę kosztownych ciężkich bombowców strategicznych – takie konstrukcje miały powstać dopiero w czasie wojny, w siłach powietrznych dominowały natomiast średnie dwusilnikowe samoloty bombowe (jak np. niemiecki Heinkel He-111 czy polski PZL.37 Łoś), przeznaczone w zasadzie do zadań taktycznych lub operacyjnych (bombardowanie bliskiego zaplecza – węzłów komunikacyjnych, mostów, dworców kolejowych, stanowisk dowodzenia itd.).

Pablo Picasso „Guernica, 1937 r. Obraz na licencji Wikimedia Commons.
Teorię Douheta już 5 lat po jego śmierci sprawdzili w praktyce jego krajanie – Włosi użyli wielkich formacji lotnictwa bombowego w wojnie przeciw Abisynii w 1935 r. Wkrótce przyszedł czas próby koncepcji bombardowań strategicznych – za pierwszy taki nalot uważa się „eksperymentalny” atak ok. 25 samolotów włoskich i niemieckich na hiszpańskie miasteczko Guernica 26 kwietnia 1937 r., w wyniku którego zostało ono zniszczone (śmierć poniosło, wg. różnych szacunków 120-400 osób). Historycy wojskowości do dziś spierają się, czy zbombardowanie Guerniki można uznać za pierwszy w historii nalot dywanowy.
II. Bombardowania strategiczne w pierwszej fazie II Wojny Światowej
II Wojna Światowa szybko przyniosła kolejne, dużo bardziej spektakularne przykłady. We wrześniu 1939 r. samoloty Luftwaffe wykonały „eksperymentalne” naloty dywanowe: na Wieluń (1 września) i Frampol (13 września), powodując niemal całkowite zniszczenie tych nie bronionych miast i wysokie straty w ludności (odpowiednio 1,3 i 3 tys.). Warszawa była bombardowana od 1 do 26 września, z najsilniejszym nalotem dywanowym 25 września („lany poniedziałek”), podczas którego niemieckie lotnictwo wykonało 1150 misji, zrzucając ok. 570 t bomb. Przyniosło to ogromne zniszczenia i śmierć ok. 25 tys. ludzi (łącznie ataki lotnicze i ostrzał artyleryjski miasta). 14 maja 1940 r. ok. 60 bombowców Luftwaffe zbombardowało Rotterdam, zrzucając ok. 97 t. bomb na zabytkowe centrum miasta, które zostało całkowicie zniszczone – śmierć poniosło ok. 1000 osób (w propagandzie alianckiej podawano 10-30 tys.), ok. 78 tys. pozostało bez dachu nad głową, a Holandia następnego dnia skapitulowała.

Zdjęcie lotnicze miasteczka Frampol przed i po bombardowaniu lotniczym 13 września 1939 r. Zdjęcie za stroną http://historykon.pl/
Podczas kampanii na zachodzie Europy Niemcy parokrotnie stosowali bombardowania lotnicze miast, jednak ich apogeum nastąpiło podczas Bitwy o Anglię w lecie i jesienią 1940 r. Początkowo Luftwaffe celowo nie wykonywała takich misji, w lipcu i sierpniu atakując głównie cele wojskowe – żeglugę na Kanale La Manche, porty, lotniska i instalacje radarowe w południowej Anglii. Wynikało to z kalkulacji politycznych – Hitler zamierzał skłonić Brytyjczyków do pokoju i nie chciał ich nadmiernie denerwować.
Jednak w nocy z 24 na 25 sierpnia 1940 r. zabłąkany niemiecki samolot zrzucił bomby na Londyn, co wywołało odwet Brytyjczyków, którzy następnej nocy zaatakowali Berlin. Rozwścieczony Hitler nakazał wówczas rozpoczęcie terrorystycznych nalotów na miasta angielskie. Była to pierwsza w historii kampania opierająca się na strategicznych bombardowaniach miast – np. w dniach 7 – 8 września stałym nalotom poddany został Londyn (tzw. London Blitz), w wyniku czego zginęło ok. 430 mieszkańców.

Niemieckie samoloty bombowe typu Dornier Do-17 nad Londynem podczas Bitwy o Anglię, lato 1940 r. Za stroną https://www.theguardian.com/
Najbardziej znaną niemiecką operacją tego okresu był nalot 515 niemieckich samolotów na Coventry wieczorem 14 listopada 1940 r. (operacja „Księżycowa Sonata”, niem. Mondscheinsonate), które zrzuciły ponad 500 t bomb. Przemysłowe miasto zostało niemal całkowicie zniszczone i tylko dzięki sieci doskonałych schronów liczbę ofiar ograniczono do ok. 600 zabitych i 1200 rannych. Rozłożenie ataku na kilka fal umożliwiło skuteczną akcję ratowniczą i gaśniczą, pomimo użycia przez Niemców zapalających bomb paliwowych. Brytyjczycy mieli wyciągnąć z tego wnioski.
Niemiecka ofensywa bombowa nad Anglią trwałą do wiosny 1941 r., pod koniec 1940 r. wyraźnie słabnąc w związku z nie osiągnięciem założonych celów (sparaliżowania potencjału przemysłowego Wlk. Brytanii i sterroryzowanie społeczeństwa brytyjskiego), startami oraz przygotowaniami do ataku na ZSRS.

Brytyjski premier Winston Churchill wizytuje ruiny katedry w Coventry, zniszczonej podczas 14 listopada 1940 r. Domena publiczna.
III. Brytyjska kontra – początek nalotów na Niemcy, 1940-41
Na przełomie lat 1940/41 w Wlk. Brytanii zastanawiano się nad scenariuszem dalszych działań. Nie będzie przesadą twierdzić, że okres od zakończenia Bitwy o Anglię w październiku do uderzenia Niemiec na ZSRS w czerwcu 1941 r. był najbardziej krytycznym momentem w historii II Wojny Światowej. Niemiecka III Rzesza, wspierana przez Włochy, była wówczas u szczytu potęgi, okupując większość krajów kontynentalnej Europy. Francja została wyeliminowana z wojny, a strona aliancka była reprezentowana przez Wlk. Brytanię i kraje Brytyjskiej Wspólnoty Narodów (np. Kanadę, Australię, Nową Zelandię, Związek Południowej Afryki, Indie itd.), uwikłaną w wojnę z Włochami Grecję oraz rządy i armie na uchodźstwie krajów okupowanych – Polski, Czechosłowacji, Holandii, Belgii i Norwegii (Komitet Wolnej Francji nie miał wówczas jeszcze statusu rządu, a oddziały Wolnych Francuzów była to na razie garstka ludzi, o których prawie nikt nie słyszał). Stany Zjednoczone pozostawały neutralne, choć sprzyjające Aliantom i udzielające coraz większego wsparcia Brytyjczykom. ZSRS i Japonia także formalnie nie brały udziału w wojnie, choć faktycznie były sojusznikami Niemiec i wspierały je przy każdej okazji.
Sytuacja militarna była patowa. Groźba niemieckiej inwazji na Wyspy Brytyjskie została czasowo odparta, istniały jednak poważne obawy, że mając czas i możliwości III Rzesza spróbuje znowu. Brytyjczycy, pobici na lądzie przez Niemców w Norwegii, Francji i Belgii, walczyli przeciw Włochom w Afryce, przeciw Francji (Vichy) na Bliskim Wschodzie, wkrótce mieli podjąć próbę wsparcia walczącej z Włochami Grecji. Na morzu trwała Bitwa o Atlantyk. Jedyną szansą poważnego zaszkodzenia Niemcom była dla Brytyjczyków ofensywa powietrzna przeciw Niemcom.

Na początku wojny RAF dysponował niewielką ilością samolotów bombowych zdolnych zaatakować cele w III Rzeszy z baz w Wlk. Brytanii. Jednym z nich był ciężki bombowiec Armstrong-Wirthworth Whitley. W 1940 r. był to już jednak samolot przestarzały, zbyt powolny (310-360 m/h) by brać udziału w dziennych misjach nad terenem wroga. Brytyjczycy skierowali je do działań nocnych, a także specjalnych – to z takiego samolotu dokonano pierwszych zrzutów cichociemnych w Polsce w 1941 r. Domena publiczna.
Rozpoczynając wojnę brytyjskie Dowództwo Lotnictwa Bombowego Królewskich Sił Powietrznych (RAF Bomber Command) dysponowało 33 dywizjonami z ok. 480 samolotami pierwszej linii. Liczba ta obejmowała 16 dywizjonów (ok. 220 samolotów) bombowych lekkich (jednosilnikowe samoloty Fairey Battle i dwusilnikowe Bristol Blenheim) o niewielkim udźwigu (600-800 kg bomb) i zasięgu, przeznaczone do działań taktycznych w rejonie linii frontu, pozostałe dywizjony używały średnich bombowców dwusilnikowych (Vickers Wellington, Armstrong-Wirthworth Whitley i Handley Page Hampden) o prędkości 320-360 km/h i udźwigu bomb na poziomie 1,5-2 t. Były to teoretycznie znaczne siły, trzeba jednak pamiętać, że niemiecka Luftwaffe tylko przeciw Polsce w 1939 r. rzuciła ok. 950 samolotów bombowych (nie licząc bombowców nurkujących i samolotów szturmowych). Lekkie dywizjony bombowe zostały w większości zmasakrowane podczas walk we Francji w maju i czerwcu 1940 r.
W początkowym etapie wojny brytyjskie lotnictwo bombowe było zaangażowane, ale odniosło dość niewielkie sukcesy. Brytyjczycy początkowo unikali wszelkich sytuacji, w których mogliby zadać straty niemieckiej ludności cywilnej i starali się bombardować wyłącznie cele wojskowe, np. bazy morskie na wyspie Helgoland.
Dopiero po zbombardowaniu przez Niemców Rotterdamu Brytyjczycy w następnych dniach dokonali pierwszych nalotów bombowych na tereny III Rzeszy w Zagłębiu Ruhry oraz na instalacje naftowe w okolicach m.in. Bremy i Hamburga. Początkowo Brytyjczycy próbowali wykonywać precyzyjne naloty dzienne na wybrane cele jak np. szczególnie istotne zakłady przemysłowe, jednak ich samoloty bombowe pozbawione eskorty (w tym czasie Brytyjczycy nie posiadali myśliwców dalekiego zasięgu, zdolnych latać nad Niemcy) ponosiły ciężkie straty. Spowodowało to zawieszenie dziennych bombardowań wiosną 1941 r. i skoncentrowanie się lotnictwa bombowego RAF na operacjach nocnych. W sumie od maja 1940 r. do czerwca 1941 r. brytyjskie lotnictwo bombowe odbyło nad Niemcami ok. 1700 lotów bojowych, jednak były to przeważnie wyprawy liczące 20-100 samolotów. Prawie 40 razy atakowane były cele w Berlinie i jego okolicach, a także m.in. Norymberga, Monachium, Mannheim, Hamburg, Kilonia i inne.

Samoloty bombowe typu Vickers Wellington Mk.X polskiego 300. Dywizjonu Bombowego Ziemi Mazowieckiej na lotnisku Hemswell w hrabstwie Lincolnshire, czerwiec 1943 r.
Czas bardziej zdecydowanych działań nadszedł w 1941 r. po całej serii dyskusji w brytyjskich kręgach rządowych. Przedstawiciele wojsk lądowych i marynarki brytyjskiej byli zdecydowanie niechętni ofensywie lotniczej, która oznaczała skierowanie znacznych środków na rozbudowę potencjału lotnictwa bombowego RAF. Ostatecznie jednak zwyciężyli zwolennicy intensyfikacji bombardowań Niemiec.
Jednym z kluczowych dla dalszej strategii elementów okazał się tu tzw. Raport Butt’a oceniający dotychczasową skuteczność brytyjskiego lotnictwa bombowego, opublikowany 18 sierpnia 1941 r. Inicjatorem jego stworzenia był doradca naukowy rządu brytyjskiego, prof. Frederick Lindemann, późniejszy Lord Cherwell, bliski przyjaciel Winstona Churchilla. Autorem był David Besunsan-Butt, cywilny pracownik Sekretariatu Ministerstwa Wojny i asystent Cherwella, który na jego potrzeby przeanalizował ok. 633 fotografii lotniczych wykonanych z brytyjskich samolotów podczas bombardowania. W raporcie tym zawarto niezwykle krytyczną ocenę dotychczasowych działań – celność brytyjskich bombardowań uznano za zdecydowanie zbyt niską, np. jedynie ok. 30% samolotów było w stanie trafić bombami w promieniu 8 km od wyznaczonych celów.
IV. Rozbudowa sił bombowych Aliantów i ofensywa powietrzna przeciw Niemcom, 1942-43
Wyjściem było wprowadzenie bombardowań powierzchniowych niemieckich miast przy pomocy dużej ilości samolotów. Cele brytyjskiej strategii na kolejne lata określił dokument Sztabu Królewskich Sił powietrznych z 23 września 1941 r., w którym napisano m.in.:
„Ostatecznym celem ataku na miasta jest złamanie morale zamieszkującej je ludności. Aby zrealizować ten cel, musimy osiągnąć dwie rzeczy: po pierwsze, uczynić miasta fizycznie nie nadające się do zamieszkania, po drugie, musimy wzmóc w ich mieszkańcach stałe poczucie zagrożenia życia.”
Z kolei w raporcie prof. Lindemanna z marca 1942 r. podkreślono konieczność zniszczenia jak największej liczby domów mieszkalnych niemieckiej klasy pracującej, co miało silniej i bardziej demoralizująco oddziaływać na psychikę ludzi, niż nawet śmierć bliskich krewnych.

Główny „aktor” brytyjskiej ofensywy bombowej w latach 1943-45, w tym nalotu na Drezno – brytyjski samolot bombowy Avro Lancaster, od 1943 r. podstawowy ciężki bombowiec RAF. Według znawców jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, samolot tej klasy podczas II Wojny Światowej. Na zdjęciu: Domena publiczna.
Prowadzenie skutecznej kampanii tego typu wymagało posiadania dużej ilości samolotów, a także stawiało wymogi przed ich parametrami – w latach 1941-42 brytyjskie bombardowania miały się co prawda jeszcze opierać na dwusilnikowych średnich bombowcach, jednak rozpoczęto prace nad ciężkimi maszynami czterosilnikowymi o dużym udźwigu, jak np. Short Stirling, Handley-Page Halifax czy wreszcie Avro Lancaster o udźwigu bomb 6-9 t.
Najbardziej znanym i uważanym za najlepszy w swojej klasie był czterosilnikowy ciężki samolot bombowy Avro Lancaster. Jego protoplastą był samolot Manchseter (w Wlk. Brytanii istniał zwyczaj nadawania samolotom bombowym nazw hrabstw, np. Blenheim, Wellington, Halifax, Stirling itd.), zbudowany w zakładach A.V. Roe (Avro), jego projektantem był znany konstruktor lotniczy Roy Chadwick. Był to b. nowoczesny, jeszcze dwusilnikowy samolot bombowy o udźwigu 4,7 t bomb. Prototyp Manchestera oblatano w lipcu 1939 r. Samolot sprawiał jednak ogromne problemy, głównie ze względu na zawodne silniki Rolls-Royce Vulture, które w dodatku nie uzyskiwały planowanej mocy. Zbudowano w sumie 209 samolotów, weszły one do służby w październiku 1940 r. Pierwszy wyposażony w nie 207. Dywizjon RAF, wykonał na nich kilka lotów bojowych, jednak częste awarie, modyfikacje i przeróbki samolotów spowodowały, że jego Manchestery głównie stały na ziemi, a jednostkę pogardliwie nazywano „jedynym pieszym dywizjonem RAF”. W 1941 r. Manchestery weszły na wyposażenie kolejnych 10 dywizjonów, ostatecznie wycofano je w czerwcu 1942 r.

Brytyjski samolot bombowy Handley Page Halifax podczas bombardowania pozycji niemieckich w północnej Francji, 1944 r. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Na przełomie 1940/41 poszukiwano sposobów na modyfikacje nieudanego samolotu. Wówczas Roy Chadwick zaproponował radykalne posunięcie: przekształcenie samolotu w maszynę czterosilnikową i powiększenie płata. Na napęd wybrano budowane masowo, niezawodne silniki Rolls-Royce Merlin, używane m.in. w samolotach Spitfire czy Mosquito. Prototyp oblatano 9 stycznia 1941 r. pod oznaczeniem Avro Type 683. Samolot robił b. dobre wrażenie, próby wykazały, że problemy zostały rozwiązane. W tym czasie RAF, potrzebowało nowych samolotów do rozpoczynającej się ofensywy bombowej, toteż szybko skierowano go do produkcji seryjnej. Początkowo nowy bombowiec był traktowany jako kolejna wersja Manchestera, jednak ostatecznie Ministerstwo Lotnictwa uznało bombowiec jako nowy typ i nadało mu nazwę Lancaster. Pierwsze samoloty weszły do służby na początku 1942 r., z czasem ich liczba rosła i wypierały ze służby starsze typy.
W latach 1941-46 zbudowano łącznie 7377 samolotów Lancaster w kilku zakładach na terenie w Wlk. Brytanii oraz w Kanadzie. Osiągały one prędkość ok. 450 km/h, posiadały zasięg 2,7 – 3,0 tys. km. Załoga liczyła 7 osób, uzbrojenie obronne liczyło 7-10 karabinów maszynowych Browning kal. 7,7 mm w obrotowych wieżyczkach. Udźwig bomb Lancastera Mk. I i III w podstawowej wersji wynosił 6356 kg bomb i był limitowany nie możliwością podniesienia ładunku, lecz rozmiarami komory bombowej. W późniejszym okresie niektóre samoloty zmodyfikowano przez demontaż części uzbrojenia i wyposażenia oraz powiększenia luku bombowego. Dzięki temu mogły one przenosić wprowadzone w końcowych latach wojny najcięższe brytyjskie bomby lotnicze Tallboy (5,4 t) i Grand Slam (10 t). Lancaster był jedynym w czasie II Wojny Światowej samolotem zdolnym przenosić takie bomby.

Lancaster zrzucający bombę Grand Slam (10 t, w tym 6,5 t trotylu) na wiadukt kolejowy w miejscowości Arnsberg w Nadrenii-Westfalii, marzec 1945 r. Była to największa bomba konwencjonalna użyta podczas II Wojny Światowej, a brytyjski samolot bombowy Avro Lancaster (po przeróbkach) był jej jedynym nosicielem. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Lancaster nie był jedynym ciężkim, czterosilnikowym samolotem bombowym używanym przez RAF w czasie II Wojny Światowej. Nieco wcześniej, do służby wszedł Short Stirling (od sierpnia 1940 r., 2383 egz.), oraz Handley Page Halifax (od listopada 1940 r., 6176 egz.). Oba jednak były uważane za gorsze, pierwszy typ został wycofany z jednostek bombowych I linii już na przełomie 1943/44 i skierowany do zadań pomocniczych (loty patrolowe nad morzem, minowanie, transport, holowanie szybowców desantowych itd.). Natomiast Halifax, choć napędzany tymi samymi silnikami co Lancaster, miał gorsze osiągi i od 1943 r. był stopniowo kierowany do zadań specjalnych (nam samolot ten kojarzy się przede wszystkim ze zrzutami broni i ludzi, w tym cichociemnych, dla Podziemia, a w szczególności dla Powstania Warszawskiego).
Lancastery stopniowo wchodziły na wyposażenie RAF Bomber Command, a w 1944 r. stały się jego podstawowymi samolotami bombowymi. Słynną i nietypową akcją było uszkodzenie zapór wodnych w Zagłębiu Ruhry bombami Wallisa 19 maja 1943 roku przez 617. Dywizjon Bombowy (akcja ta została opisana w filmie Dam Busters). Inną znaną akcją Lancasterów było zatopienie niemieckiego pancernika Tirpitz bombami Tallboy. Samoloty Lancaster odbyły w czasie II wojny światowej 156 000 operacji bojowych, podczas których zrzuciły 608 612 ton bomb. 3249 samolotów utracono w akcji, jedynie 35 samolotów zdołało ukończyć ponad 100 udanych operacji bojowych – „rekordzista” odbył 139 operacji.
![]()
Zapora na rzece Ruhrze w Möhne rano 17 maja 1943 r. po bombardowaniu przez Lancastery w ramach operacji Chastise. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Na samolotach Lancaster latał od marca 1944 do 1946 r. także polski 300. Dywizjon Bombowy im. Ziemi Mazowieckiej. Na samolotach tych polskie załogi brały udział m.in. w nalotach na Berlin, Hamburg, Essen, Stuttgart, Drezno i Brechtesgaden. Ostatniego Lancastera wycofano ze służby w Kanadzie w 1963 r.
Przyjęcie koncepcji bombardowań powierzchniowych wymagało odpowiedniego człowieka, który miał ją zrealizować. W lutym 1942 r. dowództwo Dowództwo Lotnictwa Bombowego RAF objął marszałek lotnictwa sir Arthur T. Harris, dotychczasowy dowódca 5. Grupy Bombowej. Był to klasyczny „właściwy człowiek na właściwym miejscu” na czas wojny totalnej.
Urodzony w 1892 r., pochodzący z Indii Harris, zaciągnął się do wojska w 1914 r., a rok później znalazł się w Królewskim Korpusie Lotniczym. Od 1917 r. walczył na froncie we Francji, w 1918 r. dowodził eskadrą w stopniu majora. Po zakończeniu Wielkiej Wojny pozostał w lotnictwie. Służył w koloniach – m.in. w Mezopotamii, gdzie brał udział w tłumieniu buntu miejscowych plemion. Zasłynął wówczas z nieustępliwego stosunku do nieprzyjaciela – jak stwierdził: „jedyną rzeczą, jaką rozumieją Arabowie jest ciężka ręka”. Harris był też wielkim zwolennikiem lotnictwa bombowego i teorii Douheta – podczas pobytu w Mezopotamii zorganizował zaimprowizowaną eskadrę bombową z przerobionych dwupłatowych samolotów transportowych Vickers Vernon.
![]()
Sir Arthur T. Harris (1892-1984), „rzeźnik Harris”, marszałek RAF, szef sztabu Dowództwa Lotnictwa Bombowego (RAF Bomber Command) od lutego 1942 r. do końca wojny, zwolennik strategicznych bombardowań Niemiec, które jak sądził, miały doprowadzić do załamania III Rzeszy. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Jego dokonania otworzyły mu drogę dalszej kariery – od 1924 r. dowodził w Wlk. Brytanii 58. Eskadrą Bombową, pierwszą uzbrojoną w ciężkie bombowce. Opracował metodykę szkoleń w lotach nocnych. Następnie, w latach 1927-29 ukończył wyższą szkołę sztabową w Camberley, gdzie pokłócił się ze większością oficerów kawalerii, piechoty i marynarki co do roli lotnictwa w przyszłej wojnie. Potem trafił do lotnictwa morskiego, gdzie dowodził eskadrą łodzi latających – tam oczywiście również przekonał załogi do latania w nocy. Następnie w latach 1934-37 trafił do Ministerstwa Lotnictwa, gdzie pełnił funkcję Zastępcy Dyrektora Planowania. Do historii przeszła wówczas jego opinia o arabskim powstaniu w Palestynie (1937-39): „jedna 250- lub 500-funtowa bomba zrzucona na każdą wioskę rozwiązałaby problem powstania”.
Następnie dowodził 4. Grupą Lotniczą i siłami RAF w Mandacie Palestyny i Emiracie Transjordanii. Po wybuchu wojny objął dowództwo 5. Grupy RAF.
Obejmując nowe stanowisko Harris opracował nową strategię nalotów. Bombardowania miały obejmować cały rejon kluczowych zakładów przemysłowych, włączając w to węzły komunikacyjne i tereny mieszkaniowe. Uznano, że w ten sposób zostanie osłabiona niemiecka zdolność produkcyjna. Dywanowe naloty stały się elementem totalnej wojny prowadzonej przeciwko hitlerowskim Niemcom. Harris zaproponował także nowy sposób przeprowadzania nalotów – zamiast atakowania falami stworzenie tzw. strumienia bombowców (ang. Bomber Stream) – długiej i wąskiej formacji samolotów, „upakowanych” na różnych wysokościach (w formie „schodków”), kierowanych przez elektroniczne urządzenia radionawigacyjne, nalatujących wprost na cel. Jak wyliczono, taka formacja będzie nie do zatrzymania przez ówczesne myśliwce nocne i artylerię przeciwlotniczą.

Brytyjskie i sojusznicze dywizjony bombowe podczas ofensywy ponosiły wysokie straty. W tym wypadku załoga miała dużo szczęścia. Na zdjęciu: samolot bombowy Vickers Wellington polskiego 300. Dywizjonu Ziemi Mazowieckiej, uszkodzony podczas nalotu na Bremę w nocy z 4 na 5 września 1942 r. Samolot w wyniku pożaru stracił znaczną część płóciennego poszycia kadłuba i był prawie niesterowny, jednak pilot por. Stanisław Machej doprowadził go bezpiecznie do bazy. Domena publiczna.
Plan jeszcze z 1941 r. przewidywał zniszczenie 43 miast zamieszkałych przez 15 mln ludności. Szef sztabu RAF, marsz. Charles Portal oszacował, że do zadania tego będzie potrzebne 4000 ciężkich samolotów bombowych, do których marsz. Harris „dorzucił” jeszcze 1000 lekkich samolotów bombowych De Havilland Mosquito do zadań taktycznych, jak ocenił, po spełnieniu tych wymagań ofensywa powietrzna doprowadzi do załamania Niemiec w przeciągu 6 miesięcy. Na razie było to jednak niewykonalne: w momencie objęcia stanowiska przez Harrisa Dowództwo Lotnictwa Bombowego RAF dysponowało ok. 390 samolotami w składzie 27 dywizjonów (w tym 4 polskich: 300., 301., 304. i 305.), w tym 69 wchodzących dopiero do służby ciężkich bombowców. Liczba ta wynikała z oddelegowania kilkunastu dywizjonów do działań na Atlantyku oraz na innych teatrach wojennych. Marszałek liczył na osiągnięcie poziomu 800 samolotów do końca 1942 r.
Pierwszym sprawdzianem nowej taktyki miała stać się Operacja Millenium – atak na Kolonię w nocy z 30 na 31 maja 1942 r. Miał być to pierwszy „rajd 1000 bombowców” w historii. Pozyskanie takiej ilości samolotów w tym czasie wydawało się całkowicie niemożliwe, gdyż całe RAF Bomber Command posiadało wówczas ok. 400 bombowców (w tym ok. 150 ciężkich i 200 średnich). Marszałek Harris użył jednak swoich wpływów politycznych, w wyniku czego udało mu się uzyskać oddelegowanie całego szeregu dywizjonów szkolnych (część z nich z załogami składającymi się ze szkolonych kursantów i instruktorów) oraz ze składu Dowództwa Obrony Wybrzeża, w wyniku czego do akcji wystawiono 1047 samolotów, w tym ok. 20 Wellingtonów z polskimi załogami. Nad miasto doleciało 868 bombowców (pozostałe skierowano na inne cele lub nie dotarło). Zrzuciły one 1455 t bomb, z czego 2/3 stanowiły bomby zapalające. Wywołały one w mieście ok. 2500 pożarów, z których 1700 sklasyfikowano jako „ciężkie”.
![]()
W. Krogman „Bombardowanie Kolonii”. Obraz brytyjski z okresu wojny. Na licencji Wikimedia Commons.
Kolońska straż pożarna zdołała je na tyle opanować, że w mieście nie powstała burza ogniowa, jednak straty były ogromne. Jak wynika z niemieckich dokumentów, zniszczeniu uległo ok. 18 tys. budynków, wiele zostało uszkodzonych, w tym całe historyczne centrum miasta. W zbombardowanej Kolonii śmierć poniosło ok. 480 osób, 5 tys. zostało rannych, a 45 tys. pozostało bez dachu nad głową. Po nalocie ok. 150 tys. mieszkańców (z 700 tys. populacji) wyjechało z miasta. Z 700 znajdujących się w mieście zakładów przemysłowych zniszczone zostało 106, a ponad 300 uszkodzonych. Kolonia była jeszcze atakowana z powietrza kilkanaście razy, w tym doświadczyła co najmniej 6 wielkich nalotów w latach 1942-45.
Niemiecka obrona przeciwlotnicza okazała się mało skuteczna – RAF utracił 43 samoloty (niecałe 4% użyte w nalocie), w tym 22 zestrzelone nad miastem (15 przez artylerię przeciwlotniczą, 4 przez nocne myśliwce, 2 w wyniku zderzenia oraz 2 lekkie bombowce w atakach na lotniska w pobliżu miasta).
Operacja Millenium została uznana za wielki sukces i wykorzystana przez aliancką propagandę wojenną. Do końca 1942 r. Brytyjczycy zorganizowali jeszcze dwa wielkie naloty: na Essen (1 czerwca) i Bremę (26 czerwca) po ok. 1000 samolotów oraz kilkanaście mniejszych, nie licząc nalotów na niemieckie bazy morskie i inne instalacje w okupowanej Francji, Belgii i Holandii. Straty, ponoszone przez Bomber Command spowodowały, że na przełomie 1942/43 dysponowano ok. 400 bombowcami I linii (w tym ok. 230 ciężkimi).
Tymczasem 7 grudnia 1941 r. do wojny po stronie Aliantów włączyły się Stany Zjednoczone. W lecie 1942 r. na Wyspy Brytyjskie zaczęły się przybywać jednostki lotnictwa amerykańskiego, w tym formacje lotnictwa bombowego. Sformowano tam 8. Armię Powietrzną Stanów Zjednoczonych pod dowództwem gen. Iry Eakera, a później Carla Spaatza, w skład której weszły m.in. formacje ciężkich bombowców Boeing B-17 Flying Fortress i Consolidated B-24 Liberator. Amerykanie rozpoczęli operacje lotnicze już w sierpniu 1942 r., lecz działali początkowo małymi grupami samolotów starając się wypracować odpowiednią taktykę walki. Do końca 1942 r. wykonali kilka nalotów siłami ok. 100 samolotów głównie na bazy niemieckich okrętów podwodnych w płn. Francji i Holandii. Amerykanie zdecydowanie preferowali dokonywanie precyzyjnych ataków w dzień. Ich samoloty bombowe posiadały silne uzbrojenie obronne, a od 1943 r. zaangażowali w Europie samoloty myśliwskie dalekiego zasięgu, zdolne eskortować własne bombowce w lotach nad Niemcami.
Punktem zwrotnym alianckiej ofensywy bombowej były ustalenia międzysojuszniczej konferencji w Casablance w dn. 14-23 stycznia 1943 r. Zdecydowano tam, że brytyjskie i amerykańskie naloty strategiczne będą się wzajemnie uzupełniać i działać w sposób skoordynowany, a wraz ze wzrostem produkcji samolotów operacja będzie intensyfikowana. 10 czerwca 1943 r. została ogłoszona dyrektywa Pointblank o rozpoczęciu połączonej anglo-amerykańskiej ofensywy bombowej. W jej ramach Amerykanie mieli atakować w dzień, koncentrując się na m.in. niemieckim przemyśle lotniczym (m.in. produkującym samoloty myśliwskie), bazach okrętów podwodnych itd. Brytyjczycy mieli natomiast kontynuować naloty nocne.

Panorama płonącego Hamburga podczas operacji Gomora, lipiec-sierpień 1943 r. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
W kolejnych latach wojny Niemcy były atakowane coraz mocniej i silniej. Z wielkich brytyjskich kampanii lotnictwa strategicznego można wymienić Bitwę o Zagłębie Ruhry (marzec-lipiec 1943 r.), w wyniku której m.in. o połowę spadła produkcja stali w III Rzeszy, Operację Gomora – serię wielkich nalotów na aglomerację Hamburga (24 lipca – 3 sierpnia 1943 r.) zakończonych zniszczeniem 74% zabudowy miasta (42,6 tys. mieszkańców zabitych, 37 tys. rannych, ok 1 mln bez dachu nad głową) przy stracie 104 samolotów, bombardowania Kassel (22/23 października 1943 r., 10 tys. zabitych), Darmstadt (11/12 września 1944 r., 11,5 tys. zabitych), Pforzheim (23 lutego 1945 r., 17,6 tys. zabitych) itd. Z innych operacji bombowych RAF należy wymienić Operację Hydra – bombardowanie ośrodka badań i produkcji broni rakietowej w Peenemünde na wyspie Uznam w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 r. (596 ciężkich i 38 lekkich bombowców, ok 1,8 mln zrzuconych ton bomb, straty 40 ciężkich bombowców i 215 lotników), oraz Operacja Chłosta (Chastise) – zbombardowanie niemieckich zapór na rzekach w Zagłębiu Ruhry w nocy z 16 na 17 maja 1943 r.
Nie wszystkie kampanie były udane. Np. b. obiecujący plan uderzeń na stolicę III Rzeszy, tzw. Bitwa o Berlin (listopad 1943 – marzec 1944), podczas której Brytyjczycy przeprowadzili 16 dużych nalotów, nie spełnił oczekiwań marszałka Harrisa („operacja będzie nas kosztowała 400-500 samolotów, ale Niemcy będzie kosztowała przegraną wojnę”) i brytyjskiego rządu. O ile miasto zostało w znacznym stopniu zniszczone, a ludność poniosła poważne straty (ok. 4 tys. zabitych, 10 tys. rannych, 450 tys. bez dachu nad głową), to spodziewane załamanie III Rzeszy nie nastąpiło, a Berlin jako stolica funkcjonował dalej. B. silna obrona przeciwlotnicza (artyleria przeciwlotnicza i nocne myśliwce) spowodowała, ze Brytyjczycy utracili atakując miasto 492 ciężkie bombowce, kolejne ok. 950 zostało uszkodzonych, 2690 lotników poległo i ok. 1000 wzięto do niewoli. Operacja została uznana za klęskę i o mało nie doprowadziła do dymisji marsz. Harrisa.
![]()
Niemieckie ciężkie działo przeciwlotnicze 8,8 cm Flak 18 na tzw. wieży przeciwlotniczej w Berlinie. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
V. Kulminacja ofensywy bombowej, 1944-45
Działania obu stron w czasie ulegały spotęgowaniu. Brytyjskie RAF Bomber Command na przełomie 1943/44 posiadała już ok. 800 ciężkich samolotów bombowych. Z kolei Amerykanie w październiku 1943 r. skierowali do wyzwolonych Włoch 15. Armię Powietrzną, co podniosło stan ich bombowców strategicznych w Europie do ok. 2000 samolotów.
Największe natężenie ofensywy nastąpiło w 1944 r., gdy Amerykanie zaangażowali w Europie znaczne siły lotnictwa myśliwskiego, używające m.in. doskonałych samolotów North American P-51 Mustang o zasięgu ok. 3 tys. km i prędkości max. ok. 700 km/h. Pierwszą wielką amerykańską kampanią była Operacja Kłótnia (ang. Argument), tzw. „Wielki Tydzień” 20-25 lutego 1944 r., podczas którego siły 8. i 15. Armii Powietrznych USA przeprowadziły całą serię uderzeń przeciw kluczowym zakładom lotniczym, m.in. w Lipsku, Rostocku, Steyr (Austria), Augsburgu i dziesiątkach mniejszych miast. W nalotach (prowadzonych często kilku jednocześnie) brało udział do 1000 ciężkich bombowców B-17 i B-24, eskortę stanowiło 800 samolotów myśliwskich (Spitfire, P-38 Lightning, P-51 Mustang). Operację wspierało lotnictwo taktyczne 9. Armii (ataki na niemieckie lotniska) i nocne naloty RAF. Amerykanie utracili 261 samolotów bombowych i 33 myśliwskich, jednak zadali poważne straty Niemcom – stracili oni np. 355 samolotów myśliwskich obrony, a 8 z 12 atakowanych wielkich zakładów przemysłowych zostało czasowo wyłączonych z produkcji.
Po tej kampanii Niemcy rozpoczęli rozśrodkowanie swojego przemysłu lotniczego, na rozkaz Hitlera do obrony III Rzeszy ściągnięto większość artylerii przeciwlotniczej i sił myśliwskich Luftwaffe, ogołacając z nich m.in. Front Wschodni. Po „Wielkim Tygodniu” przyszła kolej na następne wielki naloty, m.in. na Berlin w dniach 9-22 marca 1944 r., a także działania przeciw niemieckiej sieci komunikacyjnej na terenie Francji przed lądowaniem w Normandii 6 czerwca 1944 r.

Wprowadzenie pod koniec 1943 r. przez Amerykanów do działań nad Europą doskonałych samolotów myśliwskich dalekiego zasięgu typu North American P-51 Mustang (używanych także przez lotnictwo alianckie, w tym polskie) umożliwiło eskortę dziennych wypraw bombowych nad III Rzeszę. Tym samym skuteczność amerykańskich nalotów wzrosła, a straty zmalały. Domena publiczna.
Na przełomie 1944 i 45 r. stało się jasne, że dni III Rzeszy są już policzone. Sowieci w wyniku ofensywy z lata i jesieni 1944 r. znaleźli się na linii Wisły, zajęli Państwa Bałtyckie, wkroczyli do Prus Wschodnich, Rumunii i na Węgry. Alianci zachodni dotarli do linii Renu, we Włoszech osiągnęli rejon Bolonii. Wycieńczone i zniszczone Niemcy wciąż jeszcze broniły się, ale Alianci osiągnęli tak wielką przewagę materiałową, że ich opór był już beznadziejny.
W tym czasie Brytyjczycy i Amerykanie kontynuowali ofensywę bombową nad III Rzeszą. Niemiecka obrona załamała się na tyle, że od końca 1944 r. RAF powrócił do nalotów dziennych, teraz już eskortowanych przez własne myśliwce – amerykańskie Mustangi (w służbie jednostek amerykańskich, a także brytyjskich i polskich). W styczniu 1945 r., dzięki rozwiniętej w czasie wojny produkcji, lotnictwo bombowe posiadało już ok. 1300 ciężkich bombowców, wspieranych przez ok. 150 lekkich do zadań wspierających (ataki na lotniska i stanowiska obrony przeciwlotniczej, wyszukiwanie celów itd.). Amerykanie posiadali w Europie ok. 3000 ciężkich samolotów bombowych. Jak widać, dopiero na początku 1945 r. udało się osiągnąć postulowany przez marsz. Harrisa już w 1942 r. poziom 4000 samolotów bombowych, a i to głównie z pomocą sojuszniczych Stanów Zjednoczonych. Trzeba tu dodać, że w tym czasie w atakach na Niemcy brały także udział siły brytyjskiej 2. Armii Lotnictwa Taktycznego w płn. Francji, Belgii i Holandii, oraz operującej tam 9. Armii Powietrznej USA (w obu wypadkach chodziło głównie o średnie i lekkie samoloty bombowe oraz myśliwce bombardujące i samoloty szturmowe).
VI. Niemieckie przeciwdziałania. „Wojna impulsów”
Aliancka ofensywa lotnicza przeciw III Rzeszy spotkała się, co zrozumiałe, z działaniami obronnymi ze strony Niemców. Nocne bombardowania na dużą skalę, a także szybki rozwój techniki radarowej, spowodował ewolucję systemu obrony przeciwlotniczej, a w szczególności nocnych samolotów myśliwskich. Było to szczególnie dobrze widoczne w Niemczech, odkąd brytyjskie lotnictwo bombowe przerzuciło się na naloty nocne w 1941 r. Niemieckie nocne lotnictwo myśliwskie (Nachtjagdwaffe) osiągnęło wysoki poziom skuteczności.
![]()
Josef Kammhuber (1896-1986), generał Luftwaffe, twórca systemu obrony przeciwlotniczej III Rzeszy. Po wojnie głównodowodzący zachodnioniemieckiej Luftwaffe. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Architektem całego systemu obrony był dowódca XII. Korpusu Lotniczego gen. Josef Kammhuber, odpowiedzialny za obronę Rzeszy. Stworzył on m.in. rozbudowany system ostrzegawczy (tzw. Linia Kammhubera), złożony z sieci ostrzegających stacji radarowych typu Freya (zasięg ok. 200 km) rozmieszczonych od Danii do południowej Francji, uzupełnionych później przez zaawansowane radary śledzące cel typu Würzburg. Linia Kammhubera podzielona była na autonomiczne sektory, którym przyporządkowane były pułki dziennych myśliwców Focke-Wulf Fw-190, które miały atakować bombowce oświetlone reflektorami (kryptonim „Odyniec” – Wilde Sau) oraz ciężkich nocnych myśliwców wyposażonych we własne pokładowe stacje radiolokacyjne, a także baterie reflektorów i artylerii przeciwlotniczej.
System ten w 1942 r. okazał się skuteczny, ale gdy w lecie tego roku RAF po raz pierwszy przeprowadził „rajd 1000 bombowców” na Kolonię okazało się, że nawet zaawansowane środki walki nie umożliwiają skutecznej obrony przed „strumieniem” samolotów bombowych, gdyż system ten nie daje możliwości szybkiego przerzutu sił z jednego sektora do drugiego. W kolejnych latach starano się udoskonalać taktykę walki, ale choć niemieckie myśliwce nocne były b. skuteczne w sensie ilości zestrzelonych samolotów wroga, to nigdy nie odparły nalotu wroga.
![]()
Fragment mapy niemieckiego systemu obrony przeciwlotniczej, tzw. linii Kammhubera, skradzionej przez agenta belgijskiego wywiadu i przekazanej Brytyjczykom w 1942 r. Na mapie zaznaczone są „pudełka” – sektory patrolowane przez poszczególne dywizjony myśliwskie. Na licencji Wikimedia Commons.
Podczas II Wojny Światowej miał miejsce gwałtowny rozwój radioelektronicznych środków walki, takich jak radary. Krajem, który przodował w technice ich budowy była Wlk. Brytania, która pod tym względem wyprzedziła nawet Stany Zjednoczone (w ramach umowy Lend-Lease Brytyjczycy otrzymali ogromne ilości uzbrojenia i wyposażenia z USA, ale w zamian udostępnili Amerykanom swoje najnowocześniejsze technologie, m.in. elementy stacji radiolokacyjnych).
Niemiecka technika radioelektroniczna, a w szczególności radary, ustępowały brytyjskim, Niemcy jednak stworzyli w ramach linii Kammhubera b. rozbudowany system w skład którego wchodził pas stacji radiolokacyjnych umożliwiających wykrycie nadlatujących bombowców. Linia była podzielona na sektory, w skład każdego z nich wchodził radar wczesnego ostrzegania typu FuMG 450 Freya (zasięg ok. 200 km) i reflektory naprowadzające myśliwce nocne, w 1942 r. system wzbogacono o radar śledzący typu Würzburg (zasięg ok. 30 km).

Anteny niemieckich radarów używanych do obrony III Rzeszy, po prawej Freya, po lewej Würzburg-Riese. Na licencji Wikimedia Commons.
Podczas alianckiej ofensywy bombowej nad Niemcami w latach 1940-45 po raz pierwszy zaistniało zjawisko określane wówczas jako „wojna impulsów” (ang. The Beam War), a współcześnie nazywane walką radioelektroniczną (WRE). Jest to rodzaj działań bojowych, w których strony walczące starają się utrudnić działanie przeciwnikowi poprzez zakłócenie jego urządzeń elektronicznych (radarów, urządzeń nawigacyjnych, naprowadzających itd.) za pomocą własnych środków emisji fali elektromagnetycznej, bądź też wykorzystania emisji sygnału urządzeń nieprzyjaciela do własnych celów.
Brytyjczycy wynaleźli wiele metod zakłócania niemieckich urządzeń radiolokacyjnych, zarówno naziemnych, jak i radarów pokładowych FuG 202 Lichtenstein, używanych na myśliwcach nocnych oraz systemów komunikacji i nawigacji. Zajmowała się tym brytyjska 100. Grupa Lotnicza, która dysponowała m.in. samolotami wyposażonymi w aparaturę zakłócającą niemieckie radary. Samoloty te towarzyszyły wyprawom bombowym. Innym przykładem tego działania było np. urządzenie Tinsel, instalowane w samolotach bombowych, które składało się z mikrofonu umieszczonego obok silnika i nadajnika radiowego dostrojonego do niemieckich kanałów komunikacyjnych – urządzenie to emitowało modulowany warkot motoru zagłuszający komunikaty naprowadzające myśliwce.

Główny przeciwnik brytyjskich samolotów bombowych operujących nocą – niemiecki nocny myśliwiec Messerschmitt Bf 110G4. Był on, jak większość nocnych myśliwców podczas II Wojny Światowej, modyfikacją samolotu zaprojektowanego oryginalnie do innych zadań. Miał załogę złożoną z 3 osób (pilota, operatora radaru i tylnego strzelca-radiotelegrafistę). Był w stanie latać z prędkością 595 km/h, pułap 11 km, zasięg 900 km (z dodatkowymi zbiornikami paliwa 1300 km). Uzbrojenie główne stanowiły 2 działka kal 20 mm i 4 karabiny maszynowe kal. 7,9 mm zamocowane na stałe w dziobie samolotu (obsługiwane przez pilota) i dwa sprzężone ruchome karabiny maszynowe strzelające do tyłu. Samolot został wyposażony w dwa radary pokładowe: FuG 202 Lichtenstein B/C o zasięgu do 4 km (pierwsze tego typu urządzenie przenoszone przez samolot) oraz FuG 220 Lichtenstein SN-2 o zasięgu do 5-7 km (widoczne na dziobie samolotu anteny obu radarów). Urządzenia te były b. dokładne, ale pod koniec wojny były już skutecznie zagłuszane przez Aliantów. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Podczas wojny Brytyjczycy intensywnie pracowali nad różnymi sposobami zakłócania niemieckich radarów. Opracowano wówczas dość zaawansowane urządzenia zakłócające (np. Mandrel, Piperack, Jostle). Jednak prawdziwą „furorę” zrobił bierny system zakłócający o kryptonimie Window (okno). Polegał on na zrzucaniu z samolotów pakietów pasków metalizowanego papieru (pokrytego folią aluminiową) o długości dobranej do parametrów fali emitowanej przez nieprzyjacielski radar. Paski „Okna” działały jako dipole elektromagnetyczne, generowały odbicia podobne do samolotu, w efekcie Niemcy uzyskiwali na oscyloskopach radarów (w tym czasie aparatura radarowa nie miała ekranów w dzisiejszym sensie) setki, a nawet tysiące fałszywych odbić.
Metoda ta została sprawdzona, gdy w wyniku rajdu brytyjskich spadochroniarzy na miasteczko Bruneval we Francji 27-28 lutego 1942 r. (operacja Biting) zdobyto niemiecki radar typu Würzburg. Badania komponentów urządzenia oraz loty zwiadowcze (w tym rozpoznanie elektroniczne – pomiar parametrów pracy niemieckiego radaru) wykazały, że wszystkie radary niemieckie pracują na nie więcej niż trzech zakresach fal, mogą więc być zagłuszane. Marszałek Harris, dowódca RAF Bomber Command, otrzymał zgodę na użycie „Okna” w czasie planowanej operacji Gomora.

Brytyjski samolot bombowy Avro Lancaster zrzuca chmurę dipoli („okna”). Na licencji Wikimedia Commons.
„Okno” zostało po raz pierwszy zastosowane podczas wielkiego nalotu RAF na Hamburg nocą z 24 na 25 lipca 1943 r. Pierwsi lotnicy, jacy zostali zaznajomieni z „Oknem”, należeli do 76. Dywizjonu RAF. Dwadzieścia cztery załogi zostały poinstruowane, jak wyrzucać w 1-minutowych odstępach pęki pasków metalizowanego papieru przez otwory do strzelania flar. Rezultaty okazały się nadzwyczajne. Naprowadzane radarem reflektory niemieckie bezradnie omiatały niebo, działa artylerii przeciwlotniczej strzelały rzadko lub wcale, a nocni myśliwcy, którzy na swych ekranach widzieli tylko zalew fałszywych odbić, nie potrafili odnaleźć brytyjskich samolotów. Znaczna część Hamburga uległa zniszczeniu przy stracie zaledwie 12 bombowców. Sukces spowodował, że samoloty zostały rychło wyposażone w specjalne wyrzutnie dipoli, a wiele załóg zabierało do samolotów tyle pakietów, ile tylko mogły zmieścić.
Efekt działania był porażający: zakłócona została praca niemieckich radarów śledzących Würzburg-Riese, ale też pokładowych stacji Lichtenstein na niemieckich myśliwcach. Współczynnik brytyjskich strat podczas tego nalotu wyniósł 1,5%, podczas gdy dotąd w podobnych nalotach było to 6%. Efektem tego było obniżenie strat brytyjskiego lotnictwa o 40% w kolejnych miesiącach.
Działanie „Okna” powodowało kompletną dezorientację Niemców. Jedną z metod było wysyłanie samolotów poprzedzających wyprawę do różnych sektorów niemieckiej obrony, najczęściej odległych od tego, który miała przeciąć wyprawa. Zrzut dipoli powodował u Niemców wrażenie zmasowanego ataku nieprzyjaciela. W efekcie, gdy już pojawiał się właściwy „strumień” samolotów bombowych, niemieckie nocne myśliwce znajdowały się w innych sektorach, ścigając nieistniejącego przeciwnika.

Schemat zakłócania niemieckich stacji radiolokacyjnych na brytyjskiej tablicy edukacyjnej dla personelu latającego. Różne formy zakłócania są porównywane do ognia z broni strzeleckiej. „Okno” jest porównywane do strzelania śrutem, a celowane zakłócenia konkretnych częstotliwości do ognia karabinowego. Domena publiczna.
Metodę tę przejęli Amerykanie, którzy zrzucane metalizowane paski nazywali „sieczką” (ang. Chaff). Co ciekawe, dokładnie taką samą metodę opracowali w tym czasie Niemcy (Düppel), jednak nie mieli już zbyt wielu okazji jej zastosować w praktyce.
Dość prymitywna metoda, jaką było „Okno”, czyli stosowanie dipoli odbijających, weszła na stałe do kanonu walki lotniczej i jest stosowana po dziś dzień.
Inną metodą było aktywne wchodzenie na kanały komunikacyjne wroga i nadawanie fałszywych komunikatów dla myśliwców nocnych po niemiecku. Brytyjczycy w ramach wspomnianej 100. Grupy stworzyli zespół złożony z emigrantek z Niemiec (na ogół Żydówek), nadających takie komunikaty (w niemieckim systemie komunikacyjnym zatrudniano kobiety jako spikerki).
Powojenne badania, przeprowadzone przez brytyjskie Ministerstwo Lotnictwa wykazały, że dzięki stosowaniu różnego typu systemów zakłócania (aktywnych i pasywnych) skuteczność niemieckiego systemu obrony przeciwlotniczej (a w szczególności nocnych myśliwców) zmalała o 75%, co przekłada się na ok. 450 uratowanych samolotów bombowych i ok. 4500 ocalonych lotników.
VII. Cel – Drezno
W styczniu 1945 r. ruszyły sowieckie ofensywy na terenie Polski – Operacja Wiślańsko-Odrzańska i Operacja Śląska. W wyniku uderzeń Armia Czerwona już w lutym znalazła się na linii Odry, wojska sowieckie napotkały jednak poważny opór na Pomorzu, broniły się też miasta-twierdze – m.in. Poznań, Piła, a później także Wrocław. W tym czasie na biurko Winstona Churchilla trafił tajny raport Połączonego Komitetu Wywiadu dotyczący prognoz dalszego rozwoju wydarzeń. Stwierdzono w nim, że wojna w Europie może zakończyć się do kwietnia 1945 r. o ile Sowieci złamią opór Niemiec na Dolnym Śląsku. Z drugiej strony wyrażono obawy, że w przeciwnym razie działania wojenne mogą przedłużyć się nawet do listopada 1945 r. Była to ewentualność której Brytyjczycy woleli uniknąć, w tym bowiem przypadku obowiązek zdobywania wschodnich Niemiec musiałby spaść na Aliantów zachodnich, a były to terytoria uznane za sowiecką strefę wpływów. Churchillowi zależało na jak najszybszym pokonaniu Niemiec z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze przeciążona wysiłkiem wojennym gospodarka brytyjska znajdowała się w kryzysie i kraj – główny odbiorca amerykańskiej pomocy wojskowej – wpadał w coraz większą zależność polityczną od Stanów Zjednoczonych. Po drugie: Brytyjczykom i Amerykanom zależało na jak najszybszym przeniesieniu wysiłku wojennego na Pacyfik i Daleki Wschód w celu pokonania Japonii, która m.in. okupowała od 1942 r. brytyjskie kolonie (Singapur, Hongkong, Borneo, Birmę itd.). Raport sugerował, że jakiekolwiek wsparcie Armii Czerwonej może doprowadzić do przełamania niemieckiej obrony i zakończenia wojny.

Sowieckie działa samobieżne w Łodzi, styczeń 1945 r. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Rządy Wlk. Brytanii i USA jeszcze w sierpniu 1944 r. rozważały plan Operacji Uderzenie Pioruna (ang. Thunderclap), polegającej na zmasowanym bombardowaniu Berlina i innych miast wschodnich Niemiec, dotąd stosunkowo mało dotkniętych nalotami. Atak ten miał być prowadzony siłami ok. 3000 ciężkich samolotów bombowych, co znacznie przekraczało dotychczasową skalę ataków. Zakładano, że tak silne uderzenie doprowadzi to całkowitego zniszczenia sieci komunikacyjnej, przemysłu i infrastruktury w atakowanych miastach. Efektem nalotów miała być m.in. śmierć ok. 110 tys. ludzi i ostateczne złamanie morale narodu niemieckiego. Plan ostatecznie nie doszedł do skutku, gdyż m.in. zarówno brytyjski marsz. Harris, jak i amerykański gen. Spaatz byli przede wszystkim zwolennikami kontynuowaniu ofensywy przeciw niemieckiemu przemysłowi naftowemu, lotniczemu oraz stoczniowemu, a samą koncepcję takich nalotów uznano za „niepraktyczną”.
Do pomysłu powrócono w styczniu 1945 r. po opracowaniu wspomnianego raportu wywiadu. Churchill wysunął propozycję nalotów RAF i USAAF na Berlin, a także na Drezno, Lipsk i Chemnitz. Szef Sztabu Sił Powietrznych, marsz. Sir Charles Portal oświadczył, że ataki na te miasta mogą doprowadzić do przerwania komunikacji pomiędzy wojskami niemieckimi walczącymi na Śląsku i na linii Odry, a zachodnią częścią kraju, jednak sugerował skierowanie do tej kampanii niewielkich sił, tak aby nie zakłócić innych działań własnego lotnictwa. Tymczasem podczas konferencji „wielkiej trójki” w Jałcie w dn. 4-11 lutego 1945 r. zastępca szefa sztabu Armii Czerwonej gen. Alieksiej Antonow wystąpił w imieniu Stalina z żądaniem wsparcia sowieckiej ofensywy przez alianckie lotnictwo bombardowaniami niemieckich węzłów komunikacyjnych biegnących m.in. przez Berlin i Lipsk. Marsz. Portal, obecny w Jałcie, przekazał Antonowowi listę wyszczególnionych celów nalotów. Wg brytyjskiego tłumacza, obecnego przy rozmowie, Stalin miał osobiście domagać się zbombardowania Drezna, żaden taki zapis jednak nie znalazł się w dokumentach konferencyjnych.
![]()
Sytuacja na frontach w Europie na początku lutego 1945 r. Kolor różowy oznacza tereny zajęte przez Aliantów, biały – pozostający pod kontrolą III Rzeszy. Kolor ciemnoczerwony oznacza tereny, o które toczyły się walki. Na licencji Wikimedia Commons.
Ostatecznie Winston Churchill podjął decyzję o ataku na Drezno. Było ono w tym czasie siódmym pod względem wielkości miastem Niemiec, zamieszkałym przez ok. 560 tys. stałych mieszkańców. Na przełomie stycznia i lutego 1945 r. do miasta napłynęło ze wschodu 300-400 tys. uchodźców z terenów objętych walkami, w tym ewakuowane władze, znajdowała się tam też wielotysięczna rzesza jeńców i robotników przymusowych. W połowie lutego front znajdował się ok. 250 km od miasta.
Kwestią mocno dyskusyjną było znaczenie militarne miasta. Niewątpliwie Drezno było ważnym węzłem komunikacyjnym: leżało na przecięciu dwóch strategicznych dróg: z północy na południe do Czechosłowacji oraz wschód-zachód. W mieście znajdowało się też skrzyżowanie trzech linii kolejowych o strategicznym znaczeniu: z Berlina do Pragi i Wiednia, z Monachium do Wrocławia oraz z Hamburga do Lipska. Jak wspominał amerykański jeniec trzymany w obozie w jednej z dzielnic Drezna, płk. Harold E. Cook, w mieście znajdowały się ogromne ilości wojska i uzbrojenia, m. in. dział, czołgów i innych pojazdów, a także kilometrowe kolumny wojskowych ciężarówek z wyposażeniem i zapasami jadących na front.
![]()
Ówczesne Drezno było prawdziwą perłą architektury. Pałac Zwinger (książąt saskich oraz króla Augusta II) na pocztówce z 1895 r. Na licencji Wikimedia Commons.
W praktyce miasto było pozbawione większych zakładów przemysłowych, choć raporty brytyjskiego wywiadu wymieniały 110-127 średnich i dużych wytwórni i warsztatów produkujących różnego rodzaju sprzęt i wyposażenie, mających znaczenie wojskowe. Wśród nich należy wymienić zakłady chemiczne (Goye), wytwórnię sprzętu optycznego (Zeiss Ikon AG), armat przeciwlotniczych i przeciwpancernych (Lehmann), przekładni (Saxoniswerke) czy aparatów RTG (Koch & Sterzel AG). Nie były to jednak szczególnie istotne zakłady przemysłowe. Z innych obiektów należy wymienić koszary, kilka tymczasowych obozów wojskowych, magazyny uzbrojenia i amunicji.
Drezno praktycznie nie posiadało obrony przeciwlotniczej. W 1944 r. w mieście i okolicach rozmieszczono co prawda 82 działa przeciwlotnicze, ale na początku 1945 r. zostały one skierowane na front. W lutym 1945 r. Niemcy nie posiadali na miejscu baterii dział przeciwlotniczych i reflektorów. Na niedalekim lotnisku Dresden-Klotzshe stacjonowało 10 myśliwców nocnych Messerschmitt Bf-110 oraz ok. 30 samolotów myśliwskich dziennych typu Messerschmitt Bf-109 i Focke-Wulf Fw-190.
![]()
Panorama Drezna na pocztówce z lat 90-tych XIX w. Po lewej: barokowy kościół Marii Panny, pośrodku: katolicka katedra p.w. Świętej Trójcy. Na licencji Wikimedia Commons.
Dotychczasowe działania wojenne oszczędzały miasto. Stało się one jak dotąd obiektem jedynie dwóch nalotów bombowych 8. Armii Powietrznej USA (7 października 1944 r. i 16 stycznia 1945 r.). Brało w nich udział odpowiednio 30 i 133 bombowce, ich celem były dworce kolejowe. Szkody wyrządzone przez te ataki nie były znaczne. Ogólnie, znajdujące się daleko na tyłach frontów Drezno było powszechnie uważane za bezpieczne i spokojne.
VIII. Nalot na stolicę Saksonii
Do wykonania zadania skierowano dywizjony 1., 3., 5. i 8. Grup Bombowych, wchodzących w skład Dowództwa Lotnictwa Bombowego RAF (RAF Bomber Command). Zgodnie z dotychczasową praktyką, pierwszą grupę stanowiły bombowce Lancaster z 83. Dywizjonu RAF 5. Grupy Bombowej, tzw. przewodników lub „odnajdywaczy drogi” (ang. Pathfinder). Był to elitarny pododdział Bomber Command, złożony z najbardziej doświadczonych załóg, którego zadaniem było odnalezienie celu i zrzucenie nad nim specjalnych flar świetlnych, zawierającymi magnez, opadających na spadochronach i dających b. jasne światło (Niemcy flary te nazywali „choinkami”). Ich zadaniem było oświetlenie obszaru bombardowania. Za nimi na miejsce miały przybyć trzy lekkie bombowce typu De Havilland Mosquito, które miały zrzucić bomby świetlne, tzw. markery, dające charakterystyczne czerwone światło, które miały wskazać cele. Kolejne 6 maszyn tego typu miało przybyć wraz z resztą ciężkich bombowców. Centrum ataku miał stanowić stadion sportowy Ostragehege, wokół którego rozciągało się drezdeńskie Stare Miasto, będące zabytkiem w skali światowej. Niestety, jak się okazało średniowieczne kamienice doskonale się paliły…

Samolot bombowy Avro Lancaster zrzucający typowy zestaw „zapalający” – bomba burząca „ciasteczko” (Cookie) o charakterystycznym beczkowatym kształcie oraz lekkie bomby zapalające. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Za przewodnikami miała posuwać się pierwsza fala ataku – 254 bombowców Avro Lancaster 5. Grupy Bombowej. Przenosiły one 500 t bomb burzących i 375 t bomb zapalających. Wypracowana metoda bombardowania polegała na zrzucie najpierw bomby burzącej o wadze 227 – 1800 kg, tzw. „ciasteczka” (ang. Cookie). Jej zadaniem było „otworzyć” budynki, na które upadnie poprzez zerwanie dachów, wybicie drzwi i ścian itd. W następnej kolejności spadały lekkie bomby zapalające (np. fosforowe typu J), które wywoływały pożary. Przepływ powietrza wewnątrz rozbitego budynku powodował szybkie rozprzestrzenianie się płomieni, które szybko obejmowały całe kwartały domów.
Drugą falę ataku miało stanowić kolejne 540 Lancasterów 1., 3., 6. i 8. Grupy Bombowej, przy czym ta ostatnia miała spełniać rolę przewodników. Trzecia, atakująca już w południe 14 lutego, składała się z 431 bombowców B-17 Flying Fortress 8. Armii Powietrznej USA (stanowiła ona jedną z trzech grup bombowców amerykańskich, pozostałe dwie skierowano na Chemnitz i Magdeburg), eskortowanych przez ponad 700 myśliwców Mustang.
W tym czasie w skład 5. Grupy Bombowej, mającej stanowić pierwszą falę ataku, wchodziło kilka dywizjonów. Jednak jeden z nich stworzył nieoczekiwany problem. Był to stacjonujący w Faldingworth w środkowej Anglii 300. Dywizjon Bombowy im. Ziemi Mazowieckiej, wówczas jedyna polska jednostka w ramach RAF Bomber Command. Traf chciał, że odprawa przed lotem o 13 lutego 1945 r. o godz. 13 zbiegła się z publikacją przez BBC postanowień konferencji w Jałcie. Polacy uznali utratę Kresów (z których pochodziła znaczna część lotników) i oddanie Polski w sowiecką strefę wpływów za zdradę. Tymczasem brytyjski oficer prowadzący odprawę nieopatrznie nadmienił, że nalot na Drezno ma stanowić wsparcie natarcia Armii Czerwonej. Wywołało to wybuch wściekłości polskich lotników, z których część odmówiła udziału w misji. Sytuacja stała się napięta, brytyjski dowódca bazy wezwał żandarmerię. Otwarty bunt groził aresztowaniami, sądem polowym i rozwiązaniem jednostki. Ostatecznie dowódca dywizjonu mjr. pil. Bolesław Jarkowski z trudem przekonał część lotników do wzięcia udziału w misji. Jak jednak stwierdził z goryczą jeden z nich:
„Jeśli Niemcy mnie teraz dorwą, nie będę nawet wiedział, za co umieram. Za Polskę, za Wielką Brytanię czy za Rosję?”
Samoloty pierwszej fali rozpoczęły start z lotnisk w południowej Anglii 13 lutego ok. godz. 17.20. Odległość pomiędzy ich lotniskami a celem wynosiła ok. 1100 km. Bombowce wleciały nad teren Niemiec w rejonie Kolonii. 10 maszyn z powodu awarii zawróciło z drogi, toteż w kierunku Drezna podążało 244 Lancasterów.

Formacja alianckich ciężkich samolotów bombowych Avro Lancaster w locie. Domena publiczna.
Ok. godz. 21.40 Dowództwo Obrony Powietrznej Rzeszy ogłosiło alarm dla Drezna, a o 21.51 w mieście zawyły syreny, gdy nad nim pojawiły się lekkie bombowce Mosquito oznaczające cele. Czerwone bomby-markery upadły w wyznaczonych lokalizacjach, toteż dowodzący naprowadzeniem ppłk. Maurice Smith wydał samolotom pierwszej fali rozkaz celowania według ich wskazań. Formacja Lancasterów leciała na stosunkowo niewielkiej wysokości 2400 m, co ułatwiało celowanie. Pierwsze bomby zostały zrzucone o 22.14, ostatnie – 8 minut później. Bomby pokryły obszar o rozmiarach 2 na 2,8 km, obejmujący drezdeńską starówkę. Niemieckie przeciwdziałanie było nieskuteczne – naprzeciw zbliżającej się fali wystartowało co prawda 10 myśliwców nocnych, ale ich radary pokładowe były skutecznie zagłuszane przez Brytyjczyków.
Ok. 1 w nocy nad miasto dotarła druga fala 529 Lancasterów. Przewodnicy w zasadzie nie byli już potrzebni – płonące miasto było w powietrzu widoczne podobno z ok. 800 km. W tej sytuacji „wyszukiwacze celów” z 8. Grupy Bombowej zdecydowali się powiększyć cel o obszar nieobjęty jeszcze płomieniami, obejmujący m.in. Dworzec Główny i wielki park Großer Garten, miejsce ucieczki mieszkańców podczas pierwszej części bombardowania. Ostrzeżenia o drugiej fali były bardziej skąpe – ok. 01.03 znów zawyły syreny w mieście, ale ponieważ nie było już elektryczności, posłużono się małymi syrenami ręcznymi, które nie dawały tak donośnego dźwięku. O 01.21 bombowce drugiej fali rozpoczęły zrzut 1800 t bomb, który trwał ok. 20 minut.

Widok płonącego Drezna z pokładu brytyjskiego samolotu. Domena publiczna.
Upadające bomby wywołały spodziewany efekt – potężne eksplozje bomb burzących („ciasteczek”) rozrywały całe domy, najcięższe – 1900 kg – były w stanie zburzyć całe kwartały. Na to sypał się grad bomb zapalających. Wkrótce centrum Drezna stało się jednym wielkim morzem płomieni. Bombardowanie było tak zorganizowane, a zestaw zabieranych bomb tak dobrany, że na zbombardowanym obszarze powstało zjawisko burzy ogniowej – ogromnego pożaru, w którym słup gorącego powietrza zasysa w sposób ciągły powietrze z otoczenia, tym samym samoistnie się podsycając. Taki pożar nie jest możliwy do opanowania, w jego epicentrum temperatura dochodzi do 1600º C, spaleniu ulegają wszystkie palne materiały.
Sceny z Drezna przypominały Inferno Dantego. Gdy zawyły pierwsze syreny, mieszkańcy zareagowali ze spokojem – tego typu alarmy już zdarzały się wielokrotnie i zawsze dotyczyły formacji samolotów zmierzających ku innym celom. Tym razem miało jednak być zupełnie inaczej. W mieście nie było wielu schronów przeciwlotniczych, największy na ok. 6000 osób, znajdował się pod dworcem kolejowym. Większość stanowiły piwnice domów. Jednak w przypadku użycia ciężkich bomb burzących i wywołania burzy ogniowej schrony takie nie dają bezpieczeństwa i przypadek Drezna miał to potwierdzić – w piwnicach setki stłoczonych ludzi po prostu udusiło się z braku powietrza, wyssanego przez pożar, a następnie ich ciała zostały zwęglone przez ogromną temperaturę. Nauczeni doświadczeniami innych bombardowanych miast Niemcy usunęli w piwnicach ściany pomiędzy sąsiednimi budynkami i zastąpili je lekkimi przepierzeniami – rozwiązanie takie miało ułatwić ucieczkę w wypadku zawalenia się domu, objęcia go przez płomienie lub zadymienia. W Dreźnie, gdzie burza ogniowa objęła całe ulice i kwartały miasta, rozwiązanie to nic nie dało, jedynie po nalotach znaleziono sterty spalonych ciał stłoczone w piwnicach skrajnych domów w kwartałach.

Widok płonącego Drezna z samolotu rankiem 14 lutego 1945 r. Domena publiczna.
Ludzie, który nie zdążyli ukryć się w piwnicach, lub zdążyli z nich uciec, gdy domy stanęły w ogniu, często nie byli w stanie przeżyć. Na zewnątrz szalał ogniowy huragan, wokół płomieni powstały potężne wiry zasysanego powietrza o prędkości do kilkuset kilometrów na godzinę, które wciągały ludzi do ognia. Późniejsze sekcje zwłok – o ile będą się one jeszcze do tego nadawały – wykażą, że 70% ofiar poniosła śmierć nie w wyniku spalenia, lecz uduszenia bądź rozerwania płuc w wyniku gigantycznych różnic ciśnienia. Ulicami płynęła rzeka roztopionego asfaltu i metali.
Rankiem miasto było już całkowicie wypalone. Ludzie którym udało się przeżyć widzieli potworne morze dopalających się ruin i sterty spalonych zwłok na ulicach.
Tymczasem rankiem 14 lutego 1945 r. z lotnisk w południowej Anglii wystartowało ok. 2100 samolotów 8. Armii Powietrznej USA, które skierowały się nad Saksonię. Około południa 431 bombowców B-17 Flying Fortress miało bombardować Drezno. Z tej liczby jednak wiele samolotów zabłądziło, ok. 60 poleciało nad Pragę, kilka zrzuciło także bomby na Pilzno i Most w Czechach. Amerykanie, ze względu na dym, nie podjęli bombardowania precyzyjnego, 316 B-17, które dotarły do celu, zrzuciło 771 t bomb na centrum miasta przy użyciu pokładowego radaru H2X, co jednak spowodowało duży rozrzut. Myśliwce Luftwaffe próbowały interweniować, lecz było ich zbyt mało. Natychmiast weszły do akcji Mustangi eskorty i odparły atak. Amerykańskie bombardowanie dołożyło strat, a do tego – według części niemieckich historyków – po nalocie myśliwce eskorty zeszły na małą wysokość i zaczęły ostrzeliwać uciekających cywilów.

Poranek 14 lutego 1945 r. w Dreźnie. Domena publiczna.
Nie był to jeszcze koniec. Następnego dnia, 15 lutego 1945 r., grupa 211 amerykańskich B-17 wysłanych w celu bombardowania wytwórni paliwa syntetycznego w Böhlen koło Lipska, z powodu przykrycia celu chmurami skierowała się na cel zapasowy – Drezno, które zbombardowano przez chmury przy pomocy radarów H2X. Tym razem bomby spadły głównie na przedmieścia.
IX. Skutki nalotu
W efekcie trzydniowych nalotów zabytkowe, średniowieczne Drezno zostało praktycznie zamienione w morze ruin i zgliszcz. Zniszczone zostało 60% zabudowy, w tym zabytkowe Stare Miasto. Według szacunków niemieckich, 78 tys. mieszkań zostało całkowicie zniszczonych, w tym 12 tys. przez pojedynczy, ogromny pożar, który objął centrum miasta. Kilkadziesiąt tysięcy zostało uszkodzonych. Z ok. 200 zakładów przemysłowych na terenie miasta, poważnie uszkodzonych zostało 136, w tym zakłady optyczne Zeissa.

Panorama zniszczonego Drezna z ocalałego Ratusza. Na licencji Wikimedia Commons.
Straty w ludziach w Dreźnie są przedmiotem licznych kontrowersji. Bezpośrednio po nalocie propaganda hitlerowska mówiła o 200 tys. zabitych, co było liczbą znacznie zawyżoną. Władze zarejestrowały 35 tys. „zaginionych”, z których jednak ok. 10 tys. później odnalazło się jako żywi. Według spisu ofiar na cmentarzach w mieście i okolicach, pochowano ok. 22 tys. ciał, z czego 6865 zwłok skremowano na stosach na placu Altmarkt. Podczas późniejszej odbudowy Drezna odkryto kolejne 1858 ciał. Powojenne badania, prowadzone do 2011 r. określiły liczbę zabitych pomiędzy 22,5 a 25 tys.
Straty te obejmują także robotników przymusowych i więźniów obozów koncentracyjnych, zarówno przywiezionych do pracy w Dreźnie, jak i ewakuowanych na zachód. Natomiast nic nie wiadomo o ofiarach wśród alianckich jeńców wojennych, których obóz znajdował się w dzielnicy Friedrichstadt. Jednym z jego więźniów był wzięty do niewoli kilka tygodni wcześniej w Ardenach 23-letni zwiadowca z amerykańskiej 106. Dywizji Piechoty, Amerykanin niemieckiego pochodzenia, Kurt Vonnegut, późniejszy znany pisarz. Zagładę miasta opisał w swojej powieści „Rzeźnia numer pięć”.

Ciała rodziny, której od śmierci nie uchronił schron przeciwlotniczy. Domena publiczna.
Wskutek słabej i kiepsko zorganizowanej obrony straty Aliantów w nalotach na Drezno były nieznaczne. Z 796 brytyjskich bombowców nad celem utracono 6, z czego 3 zostały trafione bombami zrzuconymi przez lecące wyżej samoloty – było to znane zagrożenie wynikające z użycia samolotów bobowych lecących „w masie”. Ponadto 2 Lancastery zestrzelone zostały nad Francją, a jeden rozbił się lądując w Wlk. Brytanii. Amerykanie atakujący 14 i 15 lutego utracili 1 bombowiec B-17 zestrzelony przez myśliwce Luftwaffe.
Efekty wojskowe nalotów na Drezno są co najmniej dyskusyjne. Znajdujące się w mieście zakłady przemysłowe nie miały znaczenia strategicznego zresztą, jak pisał we wspomnieniach Albert Speer, w ciągu kilku tygodni odzyskały one pełną zdolność produkcyjną. Infrastruktura kolejowa w obrębie miasta ucierpiała niewiele i szybko ją naprawiono. Szlakom drogowym prowadzącym przez stolicę Saksonii przywrócono drożność już po 2-3 dniach.
Bombardowanie Drezna wywołało głośne reakcje na arenie międzynarodowej już w czasie trwania wojny, jak i po jej zakończeniu. Niemieckie władze oczywiście wykorzystały te tragiczne wydarzenia propagandowo, eksponując zniszczenie zabytkowego miasta i hekatombę ludności, w tym uchodźców (podawano liczbę 200 tys. ofiar śmiertelnych). Władze III Rzeszy, w tym minister spraw zagranicznych Joseph Goebbels i szef Frontu Pracy Robert Ley, zastanawiały się nad użyciem nalotu jako pretekst do wycofania się z ustaleń Konferencji Genewskiej na Froncie Zachodnim (co m.in. umożliwiłoby odebranie wziętym do niewoli żołnierzom alianckim statusu jeńców wojennych). Ostatecznie jednak zrezygnowano z tego pomysłu obawiając się odwetu na żołnierzach niemieckich. Zamiast tego rozpętano ogromną międzynarodową kampanię propagandową, kolportując m.in. ulotki ze zdjęciami ofiar (w tym spalonych dzieci) i ruin miasta. Co ciekawe, wydarzenia te zostały także wykorzystane w rozgrywkach politycznych we władzach III Rzeszy – o nieskuteczność obrony Drezna oskarżono marszałka Rzeszy Hermanna Göringa, co stało się początkiem jego upadku.

Stos ciał zgromadzonych na placu Altmarkt w Dreźnie w celu ich kremacji, luty 1945 r. Na licencji Wikimedia Commons.
Co ciekawe, atak na Drezno wywołał również falę krytyki w Wlk. Brytanii, zwłaszcza ze strony opozycyjnych laburzystów, środowisk intelektualnych oraz części prasy. Podkreślano, że bombardowanie miast prowadzi wyłącznie do sterroryzowania ludności cywilnej. Pewną krytykę wyraził nawet Winston Churchill (który wcześniej domagał się zbombardowania miasta). Premier stwierdził: „Nadszedł moment, w którym kwestia bombardowania miast niemieckich w celu po prostu zwiększenia terroru bądź w innych celach musi być ponownie przedyskutowana. W przeciwnym razie przejmiemy kontrolę nad całkowicie zrujnowanym krajem”.
Bombardowań broniły koła wojskowe. Air Commodore (gen. bryg. lotnictwa) Collin McKay Grierson w rozmowie z dziennikarzem Associated Press wskazał, że Drezno jest punktem zbornym uchodźców, skrzyżowaniem szlaków komunikacyjnych pomiędzy frontami, oraz znajduje się na bezpośrednich tyłach Frontu Wschodniego, co jego zdaniem uzasadniało bombardowania. Marszałek Arthur T. Harris w liście do Ministerstwa Lotnictwa z 29 marca 1945 r. podkreślał, że bombardowania miast niemieckich są uzasadnione strategicznie gdyż przyczyniają się do skrócenia wojny. Harris stwierdził, że niemieckie miasta „nie są warte kości ani jednego brytyjskiego grenadiera”. Była to parafraza słów pruskiego kanclerza Otto von Bismarcka z XIX w. („Całe Bałkany nie są warte kości jednego pomorskiego grenadiera”). Słowa marszałka spowodowały, że Churchill zmienił zdanie, wycofał swoje wcześniejsze pismo i zastąpił je nowym, w którym wskazywał, że bombardowanie miast w Niemczech spowoduje m.in. kłopoty z zakwaterowaniem wojsk okupacyjnych.

Panorama zniszczonego Drezna, luty 1945 r. Domena publiczna.
W efekcie lotnictwo alianckie nie zaprzestało nalotów. W nocy z 23 na 24 lutego 367 Lancasterów RAF zbombardowało miasto Pforzheim w Saksonii – centrum produkcji zegarków i biżuterii (dowództwo uzasadniało nalot produkcją w mieście urządzeń precyzyjnych). Scenariusz nalotu był podobny jak w Dreźnie, w wyniku nalotu w centrum powstała burza ogniowa. Zniszczone zostało 83% zabudowy, śmierć poniosło 17,6 tys. osób. W kolejnych tygodniach bomby spadły m.in. Berlin, Bremę, Hamburg, Frankfurt i inne. Ostatnim akordem był dzienny nalot 255 Lancasterów na siedzibę Adolfa Hitlera w Berghof koło Brechtesgaden w Alpach Salzburskich 25 kwietnia 1945 r. W ataku brało udział 14 bombowców polskiego 300. Dywizjonu Bombowego im. Ziemi Mazowieckiej, w eskorcie brały udział Mustangi polskich 303., 306., 309., 315. i 316. Dywizjonów Myśliwskich.
X. Reperkusje
Kwestia bombardowania Drezna, podobnie jak i całej strategicznej ofensywy bombowej przeciw Niemcom w czasie II Wojny Światowej do dziś budzi wiele kontrowersji i jest tematem niekończących się dyskusji. Wiele środowisk, w szczególności negacjonistycznych, lewicowych, neonazistowskich, ale też wielu badaczy zajmujących się kwestią praw człowieka i filozofów (np. Gregory Stanton, A. C. Grayling i inni) twierdzi, że nalot na Drezno był zbrodnią wojenną lub przynajmniej „zbrodnią moralną” i przekroczeniem zwyczaju wojennego. Podkreśla się, że faktyczne znaczenie militarne miasta nie było wielkie, a nalot skierowany był przede wszystkim przeciw ludności cywilnej. Tymczasem, według tej grupy, w lutym 1945 r. przegrana III Rzeszy była już tylko kwestią czasu i tego typu działania nie były potrzebne.

Ostatni akord alianckiej ofensywy bombowej przeciw III Rzeszy – nalot na siedzibę Adolfa Hitlera w Brechtesgaden, 25 kwietnia 1945 r. Domena publiczna.
Nie wiadomo dziś dokładnie, jakie cele faktycznie przyświecały decyzji o bombardowaniu Drezna i innych miast Saksonii w lutym 1945 r. Być może Winston Churchill faktycznie zamierzał w ten sposób wspomóc działania Armii Czerwonej. Ale w tym czasie, po konferencji w Jałcie, stosunki pomiędzy Aliantami i ZSRS zaczęły się psuć i dla Churchilla było jasne, że tak wielkie wzmocnienie Stalina i rozszerzenie sowieckiej strefy wpływów prędzej czy później doprowadzi do konfrontacji pomiędzy mocarstwami. Wiele wskazuje zatem, że bombardowania miast wschodnich Niemiec – w tym Drezna, ale też Chemnitz, Pforzheim, Lipska, Magdeburga czy Berlina miały uwidocznić Sowietom skuteczność brytyjskiego strategicznego lotnictwa bombowego. W istocie lotnictwo bombowe dalekiego zasięgu Wojenno-Powietrznych Sił Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej nie mogło się równać potędze RAF Bomber Command w 1945 r. Co prawda, posiadało ono wówczas na froncie w Europie ok. 950 samolotów, lecz większość z nich stanowiły używane do działań strategicznych dwusilnikowe średnie bombowce (np. Iliuszyn Ił-4 czy amerykańskie B-25 Mitchell), a sowieckie ciężkie bombowce Petlakow Pe-8 były mało udane. Operacje strategiczne tych sił nigdy nie odniosły poważniejszych sukcesów i nie odegrały większej roli.
Innym możliwym motywem działania Brytyjczyków było zniszczenie infrastruktury na terenach mających docelowo wejść w skład sowieckiej strefy wpływów. Może o tym świadczyć fakt, że ofensywa bombowa przeciw Saksonii i innym częściom Niemiec wschodnich – do tej pory rzadko atakowanym – rozpoczęła się bezpośrednio po zakończeniu konferencji jałtańskiej, gdzie granice owej strefy zostały wytyczone. Np. jeszcze 16 kwietnia 1945 r., a więc w momencie gdy wojna wyraźnie zbliżała się ku końcowi, lotnictwo brytyjskie zbombardowało kompleks zakładów przemysłowych w Pilźnie w Czechosłowacji, a ostatni nalot na Berlin miał miejsce w nocy z 24 na 25 kwietnia 1945 r., wkrótce przed rozpoczęciem oblężenia.
W ocenie działań lotnictwa bombowego Aliantów przeciw III Rzeszy w czasie II Wojny Światowej należy rozgraniczyć dwie kwestie: ofensywy bombowej w ogóle, oraz nalotu na Drezno i podobnych rajdów bombowych na początku 1945 r.
![]()
W odróżnieniu od Brytyjczyków, którzy przez większą część wojny przeprowadzali nocne naloty powierzchniowe na niemieckie miasta, Amerykanie preferowali dzienne ataki punktowe na obiekty o znaczeniu strategicznym. Na zdjęciu: samolot bombowy Boeing B-17 Flying Fortress („latająca forteca”) podczas nalotu na fabrykę samolotów myśliwskich Focke-Wulf Fw-190 w Marienburgu 9 października 1943 r. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Nie ulega wątpliwości, że ostatnie akordy alianckiej ofensywy bombowej w 1945 r., której częścią była seria nalotów na Drezno, miały charakter bardziej polityczny, niż militarny. Trzeba jednak pamiętać, że działania te mieściły się w ramach ówczesnego prawa międzynarodowego i były częścią wojny totalnej, którą rozpoczęły Niemcy właściwie jeszcze w 1939 r.. Krytycy działań Aliantów wysuwają zarzut, że niemieckie naloty na miasta nigdy nie przybrały takich rozmiarów, jak aliancka ofensywa przeciw miastom III Rzeszy. Na kwestię tę trzeba jednak spojrzeć całościowo.
Po pierwsze Niemcy nie posiadały lotnictwa strategicznego i do tego typu działań używali średnich samolotów bombowych o dość niewielkim udźwigu i zasięgu. Powód tego był dość prozaiczny: przed wojną w III Rzeszy nie zakładano prowadzenia długotrwałego konfliktu zbrojnego i Luftwaffe zamawiała przede wszystkim samoloty do zastosowań taktycznych i operacyjnych na foncie lub jego bezpośrednim zapleczu. Niemieckie próby zbudowania własnych ciężkich bombowców w czasie wojny miały niski priorytet i zakończyły się niepowodzeniem.
![]()
Nie mając możliwości odpowiedzieć na alianckie naloty, Niemcy w 1944 r. rozpoczęli ostrzał Londynu i innych miast Wlk. Brytanii, a potem też wyzwolonych Francji i Holandii, pociskami V-1 i V-2. Na zdjęciu: pocisk rakietowy A-4 (V-2). Rakieta miała zasięg 320-380 km, latała z prędkością 2,5-5,5 tys. km/h, przenosiła 975 kg materiału wybuchowego. Jedyną możliwością jej zwalczania było bombardowanie wyrzutni. Łącznie odpalono ok. 5500 rakiet. Ich celność była niewielka (ok. 1600 m), ale wystarczająca do trafiania w cele powierzchniowe jak miasta. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Po drugie: bestialstwo Niemców nie wyrażało się w tylko w nalotach lotniczych, lecz w całokształcie ich działań, w których na pierwszym miejscu trzeba wymienić eksterminację ludności państw okupowanych i całych grup etnicznych oraz wielokrotne przypadki łamania prawa wojennego w różnych jego przejawach. Tymczasem brytyjskie Dowództwo Lotnictwa Bombowego (RAF Bomber Command) w początkowym okresie wojny (1939-40) powstrzymywało się od wszelkich działań mogących zaszkodzić ludności cywilnej, a nawet własności prywatnej (!). Dopiero zaostrzenie się konfliktu zmusiło Brytyjczyków do podjęcia bardziej radykalnych działań. Alianci zatem prowadzili działania w warunkach narzuconej im wojny totalnej.
O ile prowadzone przez Amerykanów od 1943 r. naloty dzienne przeważnie miały charakter punktowy i skierowane były przeciwko zakładom przemysłowym lub innym obiektom o znaczeniu strategicznym (choć pod koniec wojny także US Army Air Force prowadziła naloty powierzchniowe, m.in. w Dreźnie), to Brytyjczycy od 1941 r. praktycznie zaprzestali przynoszących duże straty dziennych nalotów na cele w Niemczech i krajach okupowanych i prowadzili niemal wyłącznie nocne ataki powierzchniowe. Taktyka ta została przyjęta po niepowodzeniu prób bombardowań precyzyjnych w nocy, podczas których rozrzut bomb i tak powodował straty wśród ludności cywilnej. Podejście takie miało przede wszystkim na celu sterroryzowanie niemieckiej ludności, ale także zadanie konkretnych strat gospodarce III Rzeszy.

Zbombardowana stocznia w Hamburgu i dwa zatopione niemieckie okręty podwodne. Domena publiczna.
Osobną sprawą jest ocena wielkiej ofensywy bombowej Aliantów przeciw III Rzeszy pod kątem jej skuteczności. Na ten temat napisano wiele książek i rozpraw, wypowiedziano wiele zdań i przeprowadzono liczne analizy. Nie ulega wątpliwości, że plan marsz. Arthura T. Harrisa z 1942 r. by „rzucić Niemcy na kolana” samymi nalotami bombowymi nie powiódł się pomimo, że w latach 1944-45 dzięki wsparciu Amerykanów, nad Niemcami operowała ogromna ilość alianckich samolotów, bliska postulowanym przez Harrisa 4000.
Krytycy podkreślają, że przewidywane załamanie morale niemieckiej ludności poprzez ciągłe bombardowania, śmierć bliskich, zniszczenie domów czy ciągłe narażenie życia nie nastąpiło, przynajmniej nie w takim stopniu, jakby życzył sobie tego brytyjski marszałek. Podobnie zresztą rzecz się miała podczas niemieckich bombardowań Anglii w 1940 r.
W wyniku alianckiej ofensywy bombowej śmierć poniosło ok. 306 tys. Niemców, kolejne 750 tys. zostało rannych, a 7,5 mln zostało pozbawionych dachu nad głową.
![]()
Monument poświęcony ofiarom bombardowania Drezna. Napis głosi: „Ilu zginęło? Kto zna liczbę? W waszych ranach widać mękę bezimiennych, zwęglonych ogniem piekielnym wznieconym rękoma człowieka”. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Co do strat zadanych przemysłowi niemieckiemu przez bombardowania lotnicze, to sprawa ta nie jest tak prosta do oceny. Krytycy wykazują, że niemiecka produkcja wojenna nie spadła w wyniku nalotów, lecz w latach 1941-43 wzrastała, osiągając maksimum w 1944 r. Wynikało to z faktu, że po stratach zadanych pierwszymi nalotami, proces produkcyjny wielu elementów uzbrojenia i wyposażenia rozłożono pomiędzy sieć kooperantów, często wzajemnie się dublujących. Wiele zakładów rozśrodkowano, rozkładając je na mniejsze części, a w wielu wypadkach pod koniec wojny linie produkcyjne przeniesiono do podziemnych hal, sztolni, tunelów lub jaskiń.
Wzrost produkcji wojennej niemieckiego przemysłu w latach wojny wynikał także z faktu, że – wbrew temu, co się powszechnie sądzi – Niemcy rozpoczynały II Wojnę Światową mając przemysł pracujący niemal pokojowym trybem. Wynikało to z faktu, że w 1939 czy 40 r. spodziewano się szybkiego zakończenia wojny, dopiero porażka Niemców w Bitwie o Anglię w lecie i jesienią 1940 r., atak na ZSRS i zaangażowanie w Afryce i na kolejnych frontach uwidoczniły kierownictwu III Rzeszy, że wojna będzie długotrwała i wyniszczająca. Stąd stopniowe przestawianie się niemieckiego przemysłu wojennego na tory wojenne. I tu nasuwa się pytanie: jak wyglądałby wzrost niemieckiej produkcji wojennej w wypadku braku bombardowań? Można domniemywać, że bez nich poziom produkcji z 1944 r. osiągnięto by znacznie wcześniej.
![]()
Nie tylko Niemcy były celem alianckich nalotów strategicznych w Europie. Na zdjęciu: amerykański samolot bombowy Consolidated B-24 Liberator nad płonącą rafinerią w Ploesti w Rumunii, operacja Tidalwave („fala przypływu”), 1 sierpnia 1943 r. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Skuteczność ofensywy powietrznej Aliantów wyrażała się także różnie w różnych gałęziach przemysłu. O ile nie udało się w poważny sposób ograniczyć produkcji samolotów czy pojazdów pancernych, to alianckie, a szczególnie amerykańskie uderzenia w niemiecki przemysł naftowy (rafinerie oraz wytwórnie paliw syntetycznych) okazały się b. skuteczne. Jak twierdzili po wojnie minister gospodarki Rzeszy Albert Opeer i wysoki oficer Luftwaffe, gen. Adolf Galland, od 1943 r. dał się zauważyć wyraźny brak paliwa, który np. paraliżował działalność lotnictwa (np. utrudniał szkolenie młodych lotników). Z kolei dowódca Sił Podwodnych (U-bootswaffe), a od 1943 r. całej Marynarki Wojennej (Kriegsmarine) wielki admirał Karl Dönitz zapisał w swoich wspomnieniach, że naloty alianckie sparaliżowały przemysł stoczniowy i znacznie opóźniły np. wejście do służby okrętów podwodnych nowej generacji.
Jeszcze jednym aspektem ofensywy bombowej Aliantów było związanie znacznych sił Luftwaffe i obrony przeciwlotniczej nad III Rzeszą. Niemieckie lotnictwo doskonale radziło sobie podczas wojny tak długo, jak prowadziło na raz jedną kampanię (np. w 1939 r. w Polsce, w 1940 r. we Francji, potem w Wlk. Brytanii, a także częściowo na początku inwazji na ZSRS). Otwieranie kolejnych frontów oznaczało stopniowe rozpraszanie wysiłków Luftwaffe, a obrona Niemiec przed nalotami była dla tego rodzaju niemieckich sił zbrojnych kolejnym teatrem działań. Ogołacanie frontów z lotnictwa przy rosnącej przewadze liczebnej Aliantów i ZSRS oznaczało utratę panowania w powietrzu. Było to jedną z przyczyn klęsk Wehrmachtu w 1944 r. na Froncie Wschodnim i w Normandii. Ponadto, jak wspominał Albert Speer, Niemcy byli zmuszeni do ściągnięcia z frontów do Niemiec ok. 10 tys. ciężkich dział przeciwlotniczych kal. 88 mm, które były także doskonałą bronią przeciwpancerną.
![]()
Monument poświęcony pamięci 55 573 lotników bombowców RAF, w tym 924 Polaków, którzy zginęli podczas II wojny światowej, w Green Park w Londynie. Pomnik odsłoniła królowa Elżbieta II w 2005 r. Wcześniejsze odsłonięcie nie było możliwe z przyczyn politycznych. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
Dla brytyjskiego lotnictwa bombowego ofensywa przeciw Niemcom była niezwykle kosztowną kampanią. Podczas całej wojny przez szeregi RAF Bomber Command przewinęło się ok. 125 tys. lotników. Z tej liczby w operacjach bojowych i wypadkach zginęło 55,573 (w tym 924 Polaków), do niewoli dostało się ok. 9,8 tys., kolejne 8,4 tys. zostało rannych. Statystycznie podczas jednej tury bojowej ze 100 lotników ginęło 55, trzech zostawało rannych, 12 dostawało się do niewoli, a końca tury doczekiwało 27. Były to b. wysokie straty, najwyższe statystycznie w całych siłach zbrojnych Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.
Alianckie naloty strategiczne na III Rzeszę, jej sojuszników i kraje okupowane nie zadecydowały o losach wojny, ale z całą pewnością stanowiły jeden z elementów, który doprowadził do pokonania Niemiec. Wiara w to, że samymi nalotami strategicznymi da się doprowadzić do wygrania wojny była przejawem pewnej naiwności i ślepej wiary ówczesnych oficerów lotnictwa w teorię gen. Gulio Douheta z lat I Wojny Światowej. Nikomu zresztą w historii nie udało się samym lotnictwem wygrać konfliktu zbrojnego, czy choćby kampanii – udowodniła to Bitwa o Anglię w 1940 r., wspomniana ofensywa bombowa na Niemcy oraz amerykańska na Japonię w latach 1944-45, wojna w Korei 1950-53, w Wietnamie 1963-72, w Iraku 1991 r., Afganistanie w 2002 r. oraz działania w Libii w 2012 r. Wygraną w działaniach wojennych przynieść mogą jedynie działania broni połączonych.
XI. Marszałek Arthr T. Harris – bohater czy morderca?
Po zakończeniu wojny i zdobyciu władzy Wlk. Brytanii przez labourzystów marszałek Harris stanął w ogniu krytyki ze strony lewicy, gdy wyszła na jaw prawdziwa liczba ofiar brytyjskich nalotów dywanowych (ok. 305 tys. zabitych). Marszałek został pominięty na liscie zasług wojennych przez nowego premiera Clementa Atlee, jego załogom odmówiono także ustanowienia specjalnego orderu za kampanię bombową i nie dopuszczono do wielu odznaczeń pomimo tego, że personel lotnictwa bombowego poniósł b. wysokie procentowo straty (średni czas życia lotnika Bomber Command był krótszy, niż brytyjskiego piechura w okopach podczas I Wojny Światowej). W tej sytuacji marszałek Harris w ramach protestu w 1946 r. odmówił przyjęcia szlachectwa, odszedł z RAF i przeszedł na emeryturę. W 1948 r. wyjechał do Południowej Afryki, gdzie utworzył i prowadził w latach 1946-52 przedsiębiorstwo żeglugowe.

Demonstracja zwolenników upamiętnienia marsz. Arthura T. Harrisa w 2005 r. Napis na transparencie: „Żadnych łez dla Szkopów!”. Zdjęcie na licencji Wikimedia Commons.
W 1953 r., po ponownym objęciu urzędu premiera przez Winstona Churchilla, marszałek Harris ostatecznie zgodził się przyjąć tytuł baroneta, przeniósł się do Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkał do śmierci. Udzielał szeregu wywiadów i spisał wspomnienia, w których m.in. bronił idei nalotów dywanowych. W sprawie nalotu na Drezno pisał w swojej książce p.t. „Ofensywa Bombowa” z 1946 r.:
„…wiem, że zniszczenie wielkiego i wspaniałego miasta na tym etapie wojny nie jest uważane za konieczne nawet przez wiele osób, które pierwotnie uznawało ideę nalotów za normalny sposób prowadzenia wojny. Ze swej strony powiem tylko, że militarna konieczność ataku na Drezno była dostrzegana przez ludzi o wiele ważniejszych ode mnie.”
Marszałek Arthur T. Harris zmarł w swoim domu w Goring nad Tamizą 5 kwietnia 1984 r., wkrótce przed swoimi 92 urodzinami. Harris był dwukrotnie żonaty i miał czworo dzieci. W 1996 r. zmarł bezpotomnie jego jedyny syn Anthony, tym samym wygasł tytuł baroneta Harris.
Postać marszałka RAF Arthura T. Harrisa, głównego architekta i orędownika ofensywy bombowej przeciw niemieckiej III Rzeszy, do dziś budzi kontrowersje. W Niemczech jest on oczywiście uznawany za zbrodniarza wojennego, podobne głosy podnosi część środowisk w Wlk. Brytanii. Pięć lat po jego śmierci, w 1989 r., brytyjska sieć BBC wyprodukowała film telewizyjny opowiadający o jego życiu. W filmie ukazano marszałka Harrisa (w roli głównej wystąpił John Thaw) jako człowieka podejmującego dramatyczne decyzje.
![]()
Pomnik marsz. Arthura T. Harrisa w pobliżu kościoła św. Klemensa Duńskiego w Londynie. Na licencji Wikimedia Commons
W 1992 r., po wieloletniej kampanii, utworzone przez weteranów stowarzyszenie Bomber Harris Trust, walczące o dobre imię marszałka, doprowadziło do odsłonięcia jego pomnika, zlokalizowanego w pobliżu anglikańskiego kościoła św. Klemensa Duńskiego w Londynie, pełniącego rolę świątyni garnizonowej RAF. Statua ma formę postaci marszałka z napisem „Naród ma u niego niespłacalny dług”. Uroczystość, w której brała udział m.in. Królowa Matka, wywołała szereg kontrowersji i protestów, przede wszystkim w Niemczech. Podczas ceremonii protestujący wznosili okrzyki „morderca Harris’”, w późniejszym okresie pomnik był obiektem ataków i musiał być pilnowany przez 24 h na dobę.
Marszałek Arthur T. Harris był odznaczony całym szeregiem medali i orderów, z których najważniejszym był brytyjski Order Łaźni. Wśród odznaczeń z różnych krajów należy też wymienić Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski (Polonia Restituta), nadany mu w czerwcu 1945 r. przez komunistyczne władze „lubelskie”.
M. O.
![]()
Zrekonstruowany w latach 90-tych XX w. kościół Marii Panny w Dreźnie. Na licencji Wikimedia Commons.
Zostaw komentarz