Ludmiła Jackiw wraz z dwunastoletnią córką Angeliną, matką Nadieżdą i suczką Moniką wyszły z Mariupola na piechotę 20 marca. Trzy tygodnie spędziły przedtem w piwnicy bloku, który dwukrotnie zaczynał się palić i systematycznie był ostrzeliwany. Od początku marca nie było tam ani ogrzewania, ani gazu, ani wody, ani elektryczności. Oswietlali piwnice łuczywem zrobionym ze skręconych szmat, maczanych w oleju.
Luda gotowała jedzenie z tego co zostało w domu, z reszty makaronu, kaszy… na kuchence z cegieł przed domem, paląc drewnem wziętym skąd się dało, wybiegając na chwilę i znów chowając się do piwnicy, bo pociski spadały co chwila. Czasem co kilkanaście minut.
14 marca szczęśliwie spadł śnieg i ze śniegu ludzie roztapiali wodę. Część osób z domu, głównie mężczyzn poszło wcześniej po wodę, ale wielu już nie wróciło.
Po trzech tygdniach gehenny, kobiety zdecydowały się uciekać „gdziekolwiek” z przemysłowej dzielnicy Mariupola gdzie mieszkały. Bały się, wśród padających obok już nie tylko fosforowych pocisków, które wypalały sąsiednie mieszkania do ostatniego drobiazgu, zostawiając goły beton, ale i coraz potężniejszych, burzących bomb, że dom razem z piwnicą zawali się im w końcu na głowy.
W bloku zaczął już panować głód, bo zapasy się kończyły a i wyjście na ulice choć na kilka minut, by coś ugotować coraz częściej groziło śmiercią. Nie wzięły ze soba nic poza kilkoma drobiazgam i pieskiem Moniczką. Szły mijając na ulicach trupy, widziały ludzkie szczatki zawieszone na drzewie, zapewne wyrzucone z jakiegoś mieszkania. Szły z płachtami pociętymi z białych prześcieradeł w kierunku morza, aż na posterunek rosyjskich żolnierzy (Czeczeńców jak mówią).
Po 7 godzinach oczekiwania w kolejce do blokpostu okazało się, że nie ma mowy przejściu na stronę ukraińską. Rosjanie zapakowali uciekinierów do autobusów i wywieżli do punktów filtracyjnych po stronie tzw. DNR. Stamtąd pociągi zabierały uchodżców w różne punkty Rosji. One, po półtorej doby jazdy pociagiem, który nie stał na stacjach, trafiły do Ulianowska. Tam udało się im dostać rosyjską kartę SIM i skontaktować sie z kuzynką pracującą za granicą.
Kuzynka zdołała przesłać im pieniądze i dać wskazówki co robić dalej. Kupiły bilety kolejowe i przez Moskwę dotarły do Mińska, a dalej z kilkoma jeszcze perypetiami do polskiej granicy. Białoruscy pogranicznicy szczęśliwie przepuścili je pomimo, że nie miały przy sobie zagranicznych paszportów, a tylko dokumenty krajowe.
Ponieważ tej gtanicy nie wolno pokonywać pieszo, a zaden miedzynarodowy autobus nie chciał ich zabrać bez paszportów, ostatecznie przejchały dzięki młodej Bialorusince, ktora wzięła je do samochodu.
Ludmiła, Nadeżda i Angelina sa teraz od niedzieli w ŁODZI. Wciaż zszokowane, ale niewiarygodnie dzielne, pozbierane, rozsądne. Nadzieja (babcia) niestety jest po operacji zalożenia stentów półtora roku temu. Nie ma nawet koniecznych jej leków. W Warszawie po drodze dostała porcję na cztery dni, miała jeszcze mieć wizyte u kardiologa ale zdecydowały sie pojechać do znajomej z Maroupola do Łodzi. Teraz mieszkaja tam w pięc osob ze znajomą i jej corka w jednym pokoju.
Szukają w Łodzi, albo GDZIEKOLWIEK INDZIEJ mieszkania i jakiejkolwiek pracy, z której mogłby się utrzymać. Każdy kto może coś dopomóc w tej sprawie proszony jest o kontakt ze mną na priv FB.
Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Zostaw komentarz