Nigdzie poza Rumunią nie widziałem tylu wolnych i szczęśliwych psów. Całe psie watahy gęstniejące w okolicach przejść granicznych, stacji benzynowych i w miastach na obrzeżach targowisk. Nie wyglądały prawie nigdy na wygłodniałe, raczej na wysportowane.
W 1994 roku pierwszy raz ich sfora dopadła mnie na przejściu granicznym Ártánd-Borș w drodze do Oradei na pociąg pośpieszny w kierunku Morza Czarnego, które wtedy zobaczyłem pierwszy raz w życiu. Na dworcu kolejowym w Oradei zostałem osaczony po trzykroć: najpierw przez cygańskie dzieci wąchające klej i będące na innym niż ja poziomie świadomości, potem przez bezpańskie psy, a na końcu przez wszechobecne pluskwy. To był mój chrzest bojowy. Pierwszy, bałkański.
Na plaży w Konstancy znów otoczyła nas zgraja bezpańskich psów. Wydawało mi się, że rozstaliśmy się z nimi tylko na czas przejazdu koleją, tak jakby psie hordy wymieniały się aby dotrzymać nam towarzystwa.
W pociągu były myszy i szczury. Jak się leżało spokojnie na siedzeniu z nagrzanego czerwonego skaju, to szczury tylko stawały na łapkach, ale nie wskakiwały na siedzenia. Jak się co jakiś czas rzuciło jakieś żarcie na podłogę, dawały spokój.
Po Konstancy pojechaliśmy do Kawarny leżącej w Dobrudży ale już po bułgarskiej stronie granicy. Zainteresowało mnie wówczas to, że granica państwowa ma moc zatrzymywania zjawisk, które wydają się siłą rzeczy transgraniczne. Bo po bułgarskiej stronie granicy spotkaliśmy natomiast tylko jednego psa, który za nami chodził cały czas i którego karmiliśmy, a pod koniec wycieczki pojawił się nierozsądny pomysł, żeby zabrać go do Polski.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz