Gdzie nie przyłożę ucha, tam zbrojenia. Kupujemy na potęge rózne leopardy, produkujemy tyle broni, że każdy z nas może mieć mały arsenał w domu i w piwniczce. Strzelnice co krok. I już nie musimy latać na drzwiach od stodoły bo amerykanie wyposażą nas w super samoloty.

Można by cynicznie powiedzieć: życ nie umierać. I tak bym pewnie powiedziała 60 lat temu. Uszyłabym panterkę, za pasem broń co błyszczy z dala i jakiś granat w torebce. A chłopaki za taką dzielną panną sznurem. Ale po sześćdziesięciu latach widze wszystko całkiem opacznie.

Ukraina jest dozbrajana nieustannie. Gdyby nie była, nie byloby tych zburzonych miast, wiosek i zabitych – po obu stronach. tak wielu, że chyba nawet statystyki już nie ogarniają – ilu pochowanych, zaginionych i nie pochowanych, ale nieżywych. Domy w gruzach. Dobytek życia tysięcy ludzi przepadł. Tyle cierpienia ile jest na wojnie – czyli bezmiar.

A Polska?

My jesteśmy malutkim krajem. Wielokrotnie mniejszym od Ukrainy i nawet gdybyśmy wszyscy stanęłi w szeregu – łącznie z przedszkolakami i pensjonariuszami domów opieki to nawałnicy ze wschodu nie zatrzymamy bronią konwencjonalną. Walcząc w ten sposób raz jeszcze zburzymy wszystko to, cośmy odbudowywali z mozołem przez osiemdziesiąt lat. Raz jeszcze zniszczone zostaną te nieliczne zabytki, które nam po poprzedniej wojnie zostały.

Teraz wojna konwencjonalna jest jedynie na wyniszczenie i zrujnowanie. O tym, kto wygra – zadecyduje nie najnowszy czołg ale jedna, dwie bombki nuklearne. Wystrzelone przez jedną i drugą stronę. Może świat się po tym nie rozleci na kawałki, ale cudnie już na nim nie będzie. Taka wielgachna Hiorroszyma. A na Marsa się nie wyprowadzimy.

Więc wcale a wcale nie zachwycają mnie codzienne komunikaty, że mamy coraz liczniejszą i coraz chętniejszą do strzelania armię, że wydamy mnóstwo pieniędzy na zbrojenie i będziemu dzięki temu uzbrojeni po zęby.

Ich – czyli Rosjan i Chińczyków jest po prostu więcej. I żeby Kaczyński nie wiem jak udawał Zeleńskiego, wojny z Rosjanami nie wygra. Zeleński zresztą też nie.

Pewnie jest jakiś sposób na powstrzymanie zagłady i Sodomy i Gomory, ale ja bym nie szła tym tropem, że im więcej mamy karabinów tym mniej guzików oddamy. Oddamy wszystkie, a ceną każdego guzika to będzie życie naszych najbliższych. Nasze też, ale to się mniej liczy, bo po sobie płakać nie będziemy.

Pacyfizm? Ależ skąd!

Słaba byłam z matematyki, ale na tyle umiem ocenić siły po jednej i drugiej stronie. Bilans nie jest korzystny choćbyśmy stanęli w jedny szeregu i jak kamienie.. To już żeśmy przerobili i żyją tacy jak ja, którzy pamiętają konsekwencje. Nie chciałabym powtórzenia….

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.