No proszę – wszystko dokładnie tak, jak to w swoim pierwotnym tekście napisałem jedynie na podstawie wiedzy ogólnej, tego, że po prostu od lat czytam gazety, obserwuję świat wokół siebie i mam jako tako ugruntowaną wiedzę dzięki własnym zainteresowaniom i dobrym szkołom. Żadna specjalistyczna „ekspercka” wiedza nie była mi potrzebna, żeby bez większych trudności zdiagnozować sytuację. Nie wiedziałem, oczywiście, że to akurat algi z gatunku Prymnesium parvum a nie jakieś inne okażą się ostatecznym wykonawcą wyroku na Odrze, ale co do mechanizmu, który doprowadził do katastrofy, żadnych wątpliwości nie miałem.

Jasny był też dla mnie mechanizm psychologiczny, który nakazywał jednym do upadłego szukać pojedynczego winnego a innym – uparcie twierdzić, że sytuacja jest normalna, że właściwie nic się nie stało – ot, przyducha…

Tymczasem mamy jak na dłoni efekt ciągnących się przez dekady zaniedbań, olewactwa, przymykania oka, znajdowania tysięcy powodów, żeby sprawy ochrony przyrody odsuwać w niekreśloną „lepszą” przyszłość.

W tym sensie katastrofa ekologiczna na Odrze jest przykładem „kroniki zapowiedzianej śmierci”. Czymś, czego można właściwie było się spodziewać, ale – któż by chciał o takich rzeczach myśleć poważnie, skoro są pilniejsze sprawy?

Każdy kolejny rząd miał swoje priorytety. Jak nie budownictwo mieszkaniowe, to przemysł. Jak nie przemysł, to sądy. Jak nie sądy, to wojsko. Jak nie wojsko, to zanieczyszczenie powietrza. Jak nie powietrze, to samotne matki… Wszystko pod naporem tzw. spraw bieżących, tego czym akurat żywiły się media, co rozpalało społeczne emocje i różne okoliczności polityczne. Odwieczny problem „krótkiej kołdry”, krótkowzroczności władzy, splotu interesów, polityki kadrowej itd. Po prostu banały…

Zarazem jednak – widoczna jak na dłoni systemowa tolerancja dla ciągnących się przez lata oczywistych niedomagań.

Zapewne teraz, ponieważ mamy tu kolejne „moralne wzmożenie”, władza szczerze postara się „coś” zrobić, żeby nałożyć plaster na bolącą ranę. Czy jednak coś to pomoże? Czy faktycznie BĘDZIE W STANIE zainicjować konsekwentną poprawę?

Nawet, gdybym był wielkim optymistą, uważam, że będzie to nadzwyczaj trudne. Coś tam się zapewne poprawi, ale aby trwale zmienić kurs potrzeba by ogromnego wysiłku przez całe lata. Wysiłku na rzecz dobrostanu przyrody, który w bieżącym rachunku jest właściwie… czystym kosztem a z którego korzyści są widoczne po latach i to wyłącznie w jakichś makroekonomicznych szacunkach.

Wychodzi tu największy problem: braku powszechnie uznanych mechanizmów finansowej kalkulacji pozwalających na buchalteryjne ujęcie korzyści z dobrostanu przyrody. Mechanizm taki znany właściwie jest jeden i jest bardzo trudny do wprowadzenia. Wymagałby bowiem szerokiej zgody społecznej na potraktowanie KAŻDEGO użycia zasobów przyrody za koszt, który musi być zaksięgowany. Wówczas – pozostawienie natury samej sobie byłoby… oszczędnością i jedynie bardzo precyzyjnie skalkulowane interwencje miałby sens ekonomiczny.

Dyskusja na ten temat od pewnego czasu toczy się wśród przyrodników i „lewicowych” ekonomistów, ale na prawicy i wśród liberałów poglądy te są uważane za radykalne. Mechanizmy te są powoli wprowadzane – przykładem jest słynny podatek węglowy w Unii Europejskiej, ale sami widzimy, że wzbudzają one ogromne kontrowersje, gdyż gospodarki różnych krajów znajdują się na różnym etapie modernizacji i co dla jednych kosztem już właściwie żadnym nie jest, dla innych może okazać się wręcz zabójcze… Zarazem, jak zapewnić równowagę konkurencyjną na wspólnym rynku, jeśli jednym się na emisje pozwoli a innym nie? Korekcie nierówności miał służyć handel kwotami emisji, ale – wyszło jak zawsze. Kwoty się skończyły a gospodarka emisyjna została jak była, bo przecież były inne priorytety (a że takie też były, to inna sprawa).

Tymczasem mamy wojnę pod bokiem, zaplanowane w związku z tym ogromne wydatki wojskowe i uwaga państwa będzie siłą rzeczy skupiona na tym najważniejszym dziś zadaniu… Wojna pociąga za sobą też ogromny wzrost inflacji i kosztów życia. Miliony Kowalskich i Nowaków będą szukać okazji, aby ominąć niewygodne przepisy i obniżyć koszty. Tak samo będą postępować firmy, gospodarstwa rolne a w końcu też samorządy…

Koniec końców wyjdzie na to, co stale powtarzam: ludzie nauczyli się (a przynajmniej tak im się wydaje), że można w sumie żyć bez przyrody, ale nie da się żyć bez pieniędzy.

Wybaczcie mi więc, ale wielkim optymistą tu nie jestem! Czytaj więcej tutaj.

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.