Przy okazji kolejnej rocznicy porozumień sierpniowych – fajnie to brzmi porozumień, podpisanych pomiędzy przedstawicielami (na czele z TW. Bolkiem) strajkujących robotników w Gdańsku i władzy komunistycznej w Polsce, pojawia się pytanie czy warto być dziś członkiem związku zawodowego – jakiegokolwiek.
I sam co do tego mam poważne wątpliwości patrząc przez pryzmat działalności przywódców związkowych – wszelkiej maści oraz tego jak związki zawodowe są wykorzystywane do bieżących rozgrywek politycznych.
Najpierw jednak napiszę dlaczego nadal sam jestem związkowcem.
1. Pierwszy powód – bo jestem członkiem NSZZ „Solidarność” – ma aspekt historyczny. Z antykomunistyczną opozycją formalnie jestem związany od momentu rozpoczęcia studiów w 1981 w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, choć antykomunizm przekazali mi w swoim systemie wartości moi Rodzice. Tu przyznam, że też niektórzy duchowni, choć nie bardzo zdawali i zdają sobie z tego sprawę – np. jeden z młodych moich katechetów ksiądz Wacław Kozicki, no i oczywiście ksiądz Franciszek Blachnicki. O roli księdza arcybiskupa Karola Wojtyły/papieża Jana Pawła II nie należy też zapomnieć. Kształtowało się to też przez pryzmat takiego naiwnego oporu w czasach licealnych – wspólne takie szkolne protesty przeciw nauczycielowi historii, dyrektorowi szkoły zaangażowanemu w promowanie komunizmu. No i to potem także się ukierunkowało i wzmocniło w czasach studenckiego strajku w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie oraz w Nowej Hucie, wówczas im. Lenina (dlatego nigdy nie wybaczę jednemu z członków uczelnianej „Solidarności”, który te dwa dni spędzone w otoczonej przez wojsko, zomowców i ormowców – uznał za niewiele znaczący epizod, podczas gdy ona sam przebywał pewnie w ciepłym łóżeczku albo na jakimś posterunku ORMO). To jest zasadniczy powód, że członkiem „Solidarności” będę do końca swojego życia i jak będę mógł, to będę o jej ideały walczyć. Myślę, że podobnymi powodami kieruje się też wiele osób – w moim wieku.
2. Drugi aspekt ma wymiar ideologiczny – nadal wierzę w to, że przynależność do związku „Solidarność” określa postawę antykomunistyczną i konserwatywną. Określa też opowiedzenie się za tzw. chrześcijańskim modelem obrony praw pracowniczych. Nie zawsze to jednak wychodzi.
3. By było też jasne – z przynależności do NSZZ „Solidarność” nie miałem żadnych korzyści. Nigdy nie dostałem jakiegokolwiek odznaczenia związkowego i państwowego. A dostawali je – także z protekcji „Solidarności”, ci którzy tę „Solidarność” wykorzystywali, oszukiwali, a niektórzy nawet okradali.
Dlaczego inni są związkowcami – członkami związku zawodowego jakiejkolwiek orientacji ideologicznej (częściowo też politycznej)?
1. Część – chyba coraz mniejsza – z powodów historycznych. No bo PESEL tu jest zasadniczym argumentem.
2. Duża część traktuje to jako zewnętrzny wyraz swojej postawy ideologicznej i politycznej.
3. Część osób ma nadzieję, że przynależność do związku zawodowego obroni ich przed zwolnieniem. I takich ludzi, bez względu do tego, do jakiego związku zawodowego należą, trzeba najbardziej cenić. Oni comiesięcznie odprowadzają niemałe składki związkowe – niestety część z nich jest marnotrawiona na bezsensowne przedsięwzięcia – przykłady to choćby nieudolne inwestycje w jakieś beczki z whisky czy balowanie w klasowych hotelach, organizacja wycieczek. Ja wiem, że w dzisiejszych czasach siermiężność nie jest cnotą, ale jakiś umiar powinien jednak być. Część tych składek jest po prostu rozkradana. I osoby za tę kradzież – tak jak i ci, którzy ich ochraniają – muszą odpowiedzieć.
4. Do tych, którzy należą do związku zawodowego i mają ku temu jakiś powód trzeba zaliczyć także tych, którzy na tym tracą. Są wyrzucani z pracy – np. Grzegorz Zmuda z Nexteer’u (czytaj więcej). Im trzeba szczególnie pomagać. Bo oni walczą o prawa pracownicze. I za nimi powinien się opowiedzieć cały związek „Solidarność”. Bo jak te osoby zostaną usunięte, to taki zwykły członek związku zawodowego powie sobie – po co ja mam do tego związku należeć.
Przez kilkadziesiąt lat płacę składki. Tak konkretnie w moich przypadku to jest tego ok. 60 zł miesięcznie. Więc po 40 latach – nie licząc oprocentowania – a tylko biorąc pod uwagę inflację zebrałoby się tego ponad 20 tys. To jest argument za tym, by przywódcy związkowi jednak wzięli się do roboty w interesie przede wszystkim członków swoich związków zawodowych.
5. No i na koniec przyczyna najmniej chwalebna przynależności do związku zawodowego – chęć osiągnięcia osobistych korzyści. Jest normalną rzeczą, że każdy ma ambicje. Normalne jest, że ktoś staje się przywódcą tego związku – najlepiej by było, gdyby tak się stało ze względu na docenienie jego postawy pracowniczej i związkowej a ni manipulacje oraz układanie się podczas wyborów. I taki przywódca związkowy często osiąga stanowisko wiceministra, nawet ministerialne. I wtedy zapomina o swoich korzeniach. Oczywiście to dzieje się także na niższym poziomie.
No więc czy warto być członkiem związku zawodowego? Tak warto, ale trzeba w tym związku działać!
Autor: dr hab. Józef Brynkus, prof. UP Kraków
Pracownik Katedry Edukacji Historycznej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pochodzi z rodu górali podhalańskich i orawskich. Polski historyk i nauczyciel akademicki, profesor UP Kraków, poseł na Sejm VIII kadencji.
Zostaw komentarz