Życie akademickie, rozumiane jako swobodne badania, wymiana myśli, dyskusje, polemiki, wszystko to ponad sympatiami politycznymi i światopoglądami, z zachowaniem szacunku dla adwersarza, niestety umiera na naszych oczach. Postępująca korporyzacja Uniwersytetu, administracyjna i bezsensowna przemoc wobec uczonych w imię standaryzacji, unifikacji i … makdonaldyzacji nauki i dydaktyki przynoszą zatrute owoce. Kolejne reformy systemu edukacji i szkolnictwa wyższego ośmieszają państwo, które nie jest w stanie ich wprowadzić do końca, nawet gdy są nonsensowne. Kolejne rządy reformujące reformy, które nie zdążyły wejść w życie, fundują nam naukowcom przykry, przygnębiający i upokarzający spektakl, w którym rolę reformatorów powierza się osobom znanym z umiejętności polewania wódki i zaklinania węży w szafie.
W Uniwersytecie pracuję od ponad 20 lat, w 1994 roku zacząłem przygodę z Akademią. Mam, jak sądzę ponadprzeciętne IQ, żeby móc na chłodno ocenić ćwierć wieku „rozwoju” polskiej nauki. Nie będę powtarzał tego, o czym już wcześniej pisałem, ale skwituję to jednym zdaniem: postępująca degrengolada. Przyczyny? Rozliczne oczywiście jak to w sytuacji systemowej zapaści. Ale warto zwrócić uwagę na dwie, może najważniejsze.
Po pierwsze, układy, układziki, sitwy, spółdzielnie inne swoiste ugrupowania, które zawsze były u władzy i którym nie wolno podskoczyć. Dbają one o to by co bardziej niepokornym doktorom nigdy nie udało się uzyskać habilitacji, i co bardziej rezolutnym habilitowanym – profesury. Można w internecie znaleźć żenujące, wręcz skandaliczne recenzje służące „dyscyplinowaniu” niepokornych. Ale to niestety działa też w drugą stronę. Niemała część polskiej „kadry naukowej” uzyskała awanse na dr. hab. i tytuł profesorski, mimo że niemal wszyscy rozsądni reprezentanci danej dyscypliny mają o nich opinię, którą idiotyzm, nazywa się w wielkim skrócie myślowym a jednocześnie z poczuciem niesmaku. Wszelkie dyskusje na ten temat w gronie ciał już ukonstytuowanych, legalnych z perspektywy obowiązującego prawodawstwa nie mają sensu. Z wiadomej przyczyny.
Po drugie, przyczyna pozasystemowa – cholerny konformizm. Niemała część polskich naukowców nagięła kręgosłup, lub nawet pozwoliła mu go złamać, aby osiągnąć awans naukowy. Naukowcy ukrywają swoje światopoglądy, część stara się dostosować do obecnej linii programowej, która w naukach społęcznych jest niezmienna od 1945 roku. Widzę to, pisząc coraz rzadziej zresztą recenzje habilitacyjne i profesorskie. I to mnie boli, bo tak być nie powinno. Polityka i światopogląd nie powinien tu mieć znaczenia. A jednak ma, wciąż.
Piszę te słowa po troszę z myślą wyłączenia się ze środowiska, na którego tożsamość nie mam większego wpływu, w którym jestem ciałem obcym. Takim wariatem, który czegoś chce i potrafi to nazwać. Pasterzem na Wołoszcyźnie pragnę zostać. Kibicujcie mi.
Przesłanie dla tych, którzy chcą bronić idei uniwersytetu przeciwko kolejnym zakładom środowiskowym, by uwalić każdą reformę i po drugie przeciwko samym reformom, które tylko niszczą polską naukę, przynajmniej w sferze szeroko pojętej humanistyki. Jak macie jeszcze siły to walczcie, ja już swoje wywalczyłem, a teraz chcę mieć tzw. święty spokój.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz