Tak z grubsza wygląda obecnie stan mojej nogi i ogólnej kondycji psychicznej. Na szczęście sytuacja nie jest stabilna, bo ta kojarzy się raczej z cmentarzem, ale rozwojowa bo dowiaduję się nowych rzeczy o swojej nodze.
W szpitalu powiedziano mi, że to nie jest stłuczenie, ale zerwanie mięśnia. Teraz to bez skalpela nie obędzie się, ale mam nadzieję, że dają znieczulenie albo chociaż napić się czegoś mocniejszego przed operacją. Życie uczy pokory, o ile nie obrażamy się na nieszczęścia, które nas spotykają. Pewne rzeczy będzie trzeba sobie na nowo poukładać i przemyśleć. Nic nie dzieje się przypadkowo, nasze myślenie bywa przypadkowe.
Sprawa jest prosta i oczywista. Zerwany mięsień przedni lewej nogi. Prowincjonalny cieszyński lekarz pyta mnie dlaczego lekarze w Warszawie tego nie zauważyli przy wypisie. Nie wiem tego, nie znam się na medycynie. Może nie umieli, może nie chcieli lub chcieli się pozbyć pacjenta z oddziału. Oatrz oan – mówi lekarz po wbiciu igły z sącznikiem w lewe kolano – krew schodzi jak na świniobiciu. Odlicza każde 10 ml. Doszło do 120. Pielęgniarka pogłaskała mnie po głowie. Bała się, że zemdleję.
Potem skierowanie na oddział. Idę na oddział po schodach w dół, żeby ponownie wjechać na VI piętro. Pielęgniarka odbiera zlecenie krojenia mnie na stole i pyta o numer telefonu. Pytam kiedy zostanę przyjęty na oddział. Otrzymuję odpowiedź, że najszybciej za pół roku.
Patrzę na tą swoją chorą nogę, z którą już jakos się nawzajem oswoiliśmy i zastanawiam się nad znaczeniem czasu w ludzkim życiu. Przez chwile pomyślałem sobie, że to może nawet dobrze, że przez jakiś czas będę niepełnosprawny. Może inaczej zacznę patrzeć na świat i ludzi. Może ta dysfunkcyjność jest jednak do czegoś i komuś porzebna?
Tyle rzeczy, sytuacji i osób zostanie nieuchronnie wyeliminowanych z mojego kalendarza. Ale litości, nie wyjazd do Rumunii końcem kwietnia. Wolałbym amputację raczej niż pobyt w szpitalu. Rumuńskie powietrze przywraca podobno żywotność w ścięgnach.
Zostaw komentarz