Każda nasza decyzja lecznicza wiąże się z możliwością pojawienia się pewnego ryzyka dla chorego. Nie ma leczenia bez ryzyka. Ryzyko jest wkalkulowane w proces leczenia, a także w diagnostykę, szczególnie inwazyjną. Tego zdają się nie wiedzieć decydenci oraz …. pacjenci. Albo inaczej: jeśli są jakieś skutki choroby, leczenia, diagnostyki, to nie wynikają one z samego procesu chorobowego lub objawów niepożądanych leków, a WYŁĄCZNIE z błędów medycznych. I to na pewno umyślnych. Tacy jesteśmy przecież, że dybiemy na każdego chorego i niepomierną radość daje nam oglądanie jak ich „zabijamy” lekami. W końcu studiowaliśmy latami i robiliśmy specjalizacje nie po to, by dawać chorym zdrowie i życie, ale żeby ich perfidnie dręczyć i zabijać. Logiczne. …… cały czas nas dziwi, po co przychodzą te tłumy do poradni, pracowni i na oddziały szpitalne, kiedy wiedzą co ich tam może spotkać….
Żarty na bok. Traktowanie każdego z nas, jako potencjalnego mordercę da jeden skutek: będziemy chronić się przed odpowiedzialnością i niezawinioną karą ( a nie odpowiedzialnością!!) setkami kolejnych konsultacji i badań diagnostycznych. I to już się dzieje od lat. Jesteśmy ludźmi inteligentnymi i potrafimy wyciągać wnioski z kolejnych nagonek na lekarzy, kolejnych zaostrzeń prawa karnego, unikania wprowadzenia rozwiązań prawnych obowiązujących w cywilizowanym świecie. Nikt nie chce być karany za coś, co mimo największej staranności naszych działań i stosowania się do wytycznych naukowych okaże się niepomyślnym dla chorego działaniem.
Pan profesor ma rację. Rządzących nie interesują pacjenci, jedynie wyborcy. I dopóki tak będzie, nie będzie bezpiecznej pracy lekarza i ochrony dla pacjenta. Bo wbrew pozorom, zaostrzanie prawa karnego nie służy ani nam, ani pacjentom. Jedynie politykom.
Po co ryzykować? – Kiedy zaczęłaby obowiązywać przygotowana przez rządzących ustawa o jakości, zamiast dyskusji i wyciągania wniosków z popełnionych błędów – oraz odpowiedzialności za nie w adekwatnym zakresie – mielibyśmy za wszelką cenę ukrywanie ich i zamiatanie spraw pod dywan albo… niepodejmowanie ryzyka w ogóle – komentuje prof. Tomasz Banasiewicz (czytaj więcej).
Zostaw komentarz