Słucham ministra Krzysztofa Gawkowskiego, który z troską godną babci wkładającej szalik wnukowi w lipcowy upał opowiada o konieczności ochrony przyszłych pokoleń przed groźnymi treściami w internecie. I nagle ogarnia mnie przedziwne uczucie. Nie wiem, czy to déjà vu, czy może szelest kartek dawno minionych podręczników, w których zawsze ktoś wiedział lepiej, co obywatel powinien czytać, oglądać i myśleć.
Bo przecież historia polityki zna ten gatunek człowieka doskonale. To nie jest zwykły urzędnik. To Strażnik Dobra Publicznego. Człowiek, który budzi się rano z pytaniem: „Jak jeszcze mogę zwiększyć wolność obywateli poprzez ograniczenie ich swobody?”.
Internet okazuje się dziś miejscem tak niebezpiecznym, że bez ministerialnej opieki społeczeństwo najwyraźniej nie przetrwa tygodnia. Obywatel sam nie odróżni prawdy od fałszu. Rodzic nie dopilnuje dziecka. Nauczyciel nie wychowa ucznia. Potrzebny jest ktoś mądrzejszy. Ktoś, kto będzie filtrował rzeczywistość niczym oczyszczalnia ścieków filtruje wodę.
Oczywiście wszystko odbywa się pod szczytnymi hasłami. Nigdy nie słyszymy: „Chcemy mieć większą kontrolę nad przepływem informacji”. Skądże. Zawsze chodzi o bezpieczeństwo, ochronę, odpowiedzialność i dobro wspólne. To polityczny odpowiednik słów: „Nie będzie bolało”.
Najbardziej fascynujące jest jednak przekonanie, że państwo, które często nie potrafi naprawić własnych stron internetowych, nagle miałoby zostać arbitrem prawdy dla milionów użytkowników sieci. To trochę tak, jakby człowiek regularnie przypalający wodę na herbatę zgłaszał się na stanowisko szefa kuchni w restauracji z trzema gwiazdkami Michelin.
A gdy słyszę, że chodzi o walkę z dezinformacją, przypominam sobie starą zasadę polityki: każda władza kocha wolność słowa. Szczególnie wtedy, gdy mówi się dokładnie to, co chce usłyszeć.
Problem polega na tym, że wolność słowa nie została wymyślona po to, by chronić poglądy popularne, rozsądne i akceptowane przez wszystkich. Takie poglądy nie potrzebują ochrony. Wolność słowa istnieje właśnie dla opinii niewygodnych, kontrowersyjnych, a czasem nawet głupich. Bo kiedy urzędnik zaczyna decydować, które słowa są dopuszczalne, bardzo szybko okazuje się, że granica między „dezinformacją” a „niewłaściwą opinią” staje się zadziwiająco elastyczna.
Dlatego ilekroć słyszę kolejnego polityka obiecującego bezpieczniejszy internet poprzez nowe narzędzia kontroli, przypomina mi się stary dowcip. Wilk ogłasza, że od jutra będzie pilnował owiec. Wyłącznie w trosce o ich bezpieczeństwo. A owce mają się cieszyć, bo przecież ktoś wreszcie zajął się problemem drapieżników.
A kiedy minister z najwyższą powagą opowiada dziś o konieczności pilnowania obywateli przed niebezpiecznymi treściami, trudno nie przypomnieć sobie obrazków z przeszłości. Tych samych, na których podczas Kongresu Lewicy zachęcał uczestników do odśpiewania „Międzynarodówki”, określając ją mianem hymnu światowej lewicy. Sam później tłumaczył, że chciał pokazać emocje i że „bije serce lewicy”.
I oto paradoks naszych czasów. Człowiek, który jeszcze niedawno z zapałem intonował pieśń będącą przez lata hymnem Rosji Radzieckiej i później Związku Radzieckiego, dziś występuje w roli arbitra od dezinformacji, strażnika właściwych treści i wychowawcy cyfrowego społeczeństwa.
Historia bywa przewrotna. W dawnych czasach politycy marzyli o tym, by obywatele śpiewali właściwe pieśni. W nowych czasach marzą o tym, by czytali właściwe posty. Narzędzia się zmieniają, technologia pędzi do przodu, ale pokusa pozostaje zadziwiająco podobna: zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej, co wolno ludziom zobaczyć, usłyszeć i pomyśleć.
Zostaw komentarz