Moje pasje i przyzwyczajenia ulegają starczej erozji. Niewiele już z nich zostało, zupełnie wygasł we mnie twórczy niepokój, który owocował ceramicznymi rzeźbami.
Wcześniej przestałem malować. Z kajakowania też zrezygnowałem, bo przez swoją niepełnosprawność nie potrafiłbym z niego samodzielnie wysiąść.
Dyskopatia lędźwiowa, odebrała mi przyjemność spacerowania o kijkach nordic wal king. Z powodu szyjnego kręcza, który dopadł mnie w drodze powrotnej z basenu kąpielowego, zawiesiłem pływanie krytą żabką.
Ulubionego mojego auta VW Caravella Camper też się pozbyłem, jak zdałem sobie sprawę z tego, że chyba już nie potrafiłbym samodzielnie w przypadku defektu, wymienić koła. Z petanque jeszcze się definitywnie nie rozstałem, bo liczę na to, że w końcu pokonam zeza, który mi się na starość objawił i przyzwyczaję się do okularów pryzmatycznych i będę widział jedną, a nie dwie kule naraz.
Pozostał mi z tego wszystkiego rower. Bardzo późno nauczyłem się jeździć na rowerze, miałem chyba 22 lata, kiedy pokonałem lęk przed wykopyrtnięciem się… i od tego czasu zacząłem zachłannie jeździć, początkowo na motorowerze siostry. Jak zacząłem lepiej zarabiać, bez obawy, że przez zakup roweru dzieci nasze będą głodne — nabyłem „Waganta” Rometa z Bydgoszczy. Niby sama myśl konstruktora była dobra, ale … zacierały się w nim łożyska. Gehenna! Następnie kupiłem bardzo udanego „Pegaza” motorower z automatyczną skrzynią biegów, którym nawet jeździłem na delegacje do innego szpitala wariatów.
Na początku transformacji ustrojowej postanowiłem się odchudzić i zacząłem się katować, jeżdżąc po czeskich górach wielką damką trzybiegową, którą wcześniej musiała się przemieszczać jakaś bardzo ciężka oma. Potrafiłem nią pojechać za granicę… z Branic do Karlovej Studzianki, tam ją przywiązywałem do latarni, przy wodospadach, a sam drałowałem dalej przepiękną trasą białej Opawy ( a może czarnej?) pod sam szczyt Pradziada. 60,70 km w sobotę, albo w niedzielę, raczej w niedzielę, bo w szabas robiłem figurki- nie stanowiło dla mnie problemu.
Wybrałem się nawet raz w Tatry na rowerze. Startowałem z Czarnego Dunajca, w którym w stodole rodziców posła AWS , mojego ucznia zresztą Kazia Dzielskiego — schowałem „Poloneza”, dalszą drogę aż do wejścia do Morskiego Oka odbyłem na kole. Z przyjacielem, który zresztą na mnie podstępnie najechał i porzucił na środku drogi w obcym kraju, przez 10 lat przejechałem tysiące kilometrów czeskim ścieżkami.
Na Krym, czy do Grecji też z żoną zabieraliśmy rowery. Potem już mi się znudziła jazda po wzniesieniach i przeprowadziłem się do Ciechocinka, w którym zasadniczo wszędzie jest płasko, poza oczywiście perwersyjnym zamiarem jechania na rowerze do Raciązka.

Zupełnie nie wiem ( dlaczego ( he,he…), zaczęło się mi jeździć trudniej. Z wypraw do Biedronki, czy na targ wracałem zziajany… No, pomyślałem … widocznie przyszła ta pora, żegnania się z pasjami. Resztką konceptu, który jeszcze we mnie nie wygasł, chodzi o to oleum, które jak mawiał Onufry Zagłoba, które wraz z winem, albo whisky idzie do głowy, wymyśliłem — wymyśliłem, kupię welocyped a z elektrycznym wspomaganiem. No i proszę, ubyło mi przy kręceniu pedałami lat, przestało mnie nękać widmo karawanu.
Zostaw komentarz