Miałem wtedy chyba 7-8 lat, gdy Tato postanowił mnie zabrać na ryby do Pruchnej. Wyjechaliśmy z Cieszyna białym dużym fiatem w pięć osób. Silnik pracował miarowo, a kierowca w przedziwny sposób starał się nawiązać kontakt wzrokowy z jezdnią, usiłując jechać między pasami po lewej i prawej stronie jezdni. Wtedy nic nie wiedziałem o nietrzeźwych kierowcach, o których robiło się głośno jak już coś dopiero wykręcili.
W niedzielny poranek wylądowaliśmy nad stawem w Pruchnej, zewsząd dobiegały odgłosy żabiego kumkania. Nad stawem unosiła się mgła. Między dwoma stawami stała drewniana budka, w której można było usiąść nie wiadomo po co. Tatko wraz z kolegami zarzucili wędki i oddali się dyskusji na tematy niepolityczne. Czyli o niczym rozmawiali. Ja zaś ze swoją miniaturową wędką zagnieździłem się w kącie stawu i po niemal 15 minutach złowiłem rybę o długości co najmniej 15 cm.
Tato doskonale wiedział, jaki jest dozwolony przelicznik i uznał, że ryba spełnia warunki do jej ukatrupienia i zjedzenia. To był lin. Ryba w kolorach tęczy. Była taka piękna, że nie miałem ochoty jej zabicia i zjedzenia. I tym sposobem ocaliłem rybę, której widok na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Potem wracaliśmy tym dużym fiatem, a że kierowca więcej spożywał wódkę niż łowił ryby, w pewnym momencie wylądowaliśmy w rowie. Pamiętam, że w sumie było fajnie i nikomu się nic nie stało. A że było grubo pod wieczór zewsząd rozchodził się rechot żab. Ja jako poszkodowany do czasu przyjazdu milicji siedziałem nad brzegiem jezdni i kiwałem się w przód i tył, co umożliwiło mi szybszy dostęp do opieki lekarskiej, podczas gdy kierowcy i pasażerom milicja zadawała szereg niewygodnych pytań.
Ten lin był najprzepiękniejszą rybą w moim życiu. Warto było wówczas pojechać do Pruchnej i nawet po pijaku wylądować w rowie.
Zostaw komentarz