Widzę, że prawicowcy się wyżywają na Tylor Swift, o której już kiedyś napisałem, że jest fenomenem – zwłaszcza dla żeńskiej części publiczności.

Taylor Swift jest gwiazdą przede wszystkim dla dziewczyn, gdyż jej twórczość jest rodzajem opowieści opisującej relacje dziewczyn i młodych kobiet w świecie wciąż zdominowanym przez etos męski i męską perspektywę. Jest więc to twórczość emancypująca. Zarazem – jest osadzona w tradycji amerykańskiej muzyki country, z charakterystyczną dla niej poetyką i sentymentalizmem. Fanki Taylor Swift rosną wraz z nią – wraz z nią przeżyły pierwsze miłości, pierwsze rozczarowania, pierwsze wzloty i upadki. Taylor bardzo rzetelnie odtwarza dziewczęce i kobiece imaginarium, ich potrzeby, ambicje, aspiracje – trafia dokładnie w te rejestry emocji, które są dla współczesnych dziewczyn i młodych kobiet najważniejsze.

Jej piosenki mają głębię w warstwie tekstowej. Ona wcale nie śpiewa o „dupie Maryni”, ale wręcz przeciwnie – jest teksty są w zdecydowanej większości refleksyjne i zmuszające do zastanowienia.

Nawet jeśli muzycznie nie jest odkrywcza a jej muzyczny słownik obejmuje raptem kilka wypróbowanych tricków – jest niesłychanie rzetelna aranżacyjnie. Jej twórczość nie jest może zatem muzycznie szczególnie inspirująca, ale zarazem nie jest kiczem. Jeśli kicz się w niej pojawia – to użyty świadomie. Czyż bowiem pragnienia i uczucia dorastających kobiet nie są na swój sposób „kiczowate”?

To właśnie tym Tylor Swift uwiodła dziewczęcą publiczność na początku swojej kariery – na wypowiedzeniu na głos tego całego rejestru dziewczęcych marzeń, wyobrażeń o świecie i ich zderzeniu ze światem, zwłaszcza z mężczyznami, które okazują się często bolesne. Mówiąc krótko – ona opowiada dziewczynom o tym, że ich świat jest ważny – nie mniej ważny niż ten „męski” i że mają one do niego prawo i mają prawo cierpieć, kiedy ten świat wciaż jeszcze dziecięcych wyobrażeń się rozsypuje. I opowiada o tym, żeby dalej szły przez życie wiedząc, że ten rozpad nie jest czymś fajnym – czymś, na co są zawsze skazane, że mają prawo oczekiwać czegoś więcej, że powinny bardziej świadomie wybierać mężczyzn z którymi się wiążą. Dochodzi ostatecznie do wniosku, że „faceci pragną miłości jedynie wówczas, gdy jest ona torturą” – w innym przypadku tracą zainteresowanie. Więc siłą kobiety jest jej zdolność do podtrzymywania takiej relacji, w której facet musi stale o nią walczyć. Dopiero wówczas wie, że taka miłość jest coś warta.

Na dalszych etapach swojej kariery wciąż wraca do tych wątków opowiadając w duchu tradycji country-music o losach kolejnych wcieleń wykreowanej przez nią lirycznej bohaterki. O jej kolejnych życiowych sytuacjach, z których wyszła z tarczą lub na tarczy.

Taylor Swift z pewnością nie jest „produktem” przemysłu muzycznego. To ją starają się naśladować młode gwiazdy a ona nie naśladuje nikogo. Na swój sposób jest ona kobiecą wersją Bruce’a Springsteena – wyraża wielką tradycję „Great American Songbook” przepisaną w duchu kobiecej wrażliwości jej pokolenia.

Jej wielka kariera jest wynikiem dokładnie takiego „wstrzelenia się” w ducha amerykańskiej muzyki popularnej. Jej przebój „Dear John” jest np. pokoleniowym odpowiednikiem „You’re So Vain” – wielkiego przeboju Carly Simon z 1972 r.

To naprawdę wybitna artystka – nawet jeśli jej jej twórczość nie podpada szczególnie pod mój gust – doceniam jej dorobek, jej szczególność, jej dbałość o spójność jej artystycznego wizerunku.

Tak – jak nieomal każdy współczesny artysta – otacza się „specjalistami” od aranżacji, od brzmienia, od widowisk, ale swoje piosenki pisze na ogół sama, sama pisze do nich teksty i sama decyduje o ostatecznym kształcie swoich utworów. To jest jej muzyka i jej psychodrama. I jest jeszcze kuta na cztery nogi i robiąc swoje nie daje się zawłaszczyć przez cały ten skrajnie manipulancki show-biznes.

Powiem tak – każdej dziewczynie życzę, aby była jak Tylor Swift.

Foto: Eva Rinaldi / Flickr / Wikimedia Commons (CC BY-SA 2.0)