Postanowiłem, że będę pisał o fajnych rzeczach. Te złe, mamy każdego dnia. I o ciekawych, dobrych ludziach. W tym tekście o dwojgu Ukraińców i paniach z pewnej kawiarni w Łomiankach.
Robotnik drogowy
W Sadowej, na Turystycznej ekipa robi od kilku dni przepust kanalizacyjny. Ulica jest zamknięta ogrodzeniami, za którymi straszy głęboki wykop. Dla samochodów jest objazd, ale rowerzyści jadący od strony ulic Konopnickiej i Odysei mają tylko wąskie przejście. Dziś jednak było zamknięte. Już myślałem, że będę musiał wracać i szukać objazdu gdy podszedł do mnie robotnik, który czystą polszczyzną, ale z charakterystycznym lwowskim zaśpiewem, spytał:
– „A może panu pomóc? Przeprowadzę rower.”
Oddałem mu swój rower, a on wziął go pod pachę i przeniósł nad rozkopaną jezdnią. Trzeba dodać, że moja „Kona” jest cholernie ciężka i waży ponad dwadzieścia kilogramów.
Postawił go po chwili na ziemi i uśmiechając się dodał – „Miłego dnia”.
Trochę zaskoczony, bo na ogół polscy robotnicy reagują opryskliwie, odpowiedziałem- „Miłego dnia”.
Pani Rita ze Lwowa
Pani Rita mieszka w Polsce już ponad dwadzieścia lat. U nas sprząta od około miesiąca. Z wykształcenia jest muzykiem, ale niestety w tym zawodzie nie znalazła pracy więc sprząta i pracuje w biurze ubezpieczeniowym.
W przypadku kobiet o wieku się nie mówi, ale osiemnastkę dawno już ma za sobą. Mimo swoich lat jest jednak żywa jak iskra i tryska zaraźliwym optymizmem. Jeszcze zanim przekroczy próg słyszę przez otwierane drzwi jej radosny głos – „dzień dobry pani Jolu, dzień dobry panie Antoni”. I nawet kiedy kiepsko się czuję lub mam fatalny humor jej głos działa na mnie jak najlepszy antydepresant. Zdaję sobie sprawię, że nie miała w życiu lekko dlatego podziwiam jej stosunek do życia wyrażający się w powiedzeniu – „co było a nie jest, nie pisze się w rejestr”. A to już słowa mego śp. Ojca.
Panie z kawiarni „Tiramisu”
Wiosną, latem po zakupy do Łomianek z domu, jakieś pięć kilometrów, jeżdżę rowerem.
W drodze powrotnej zawsze wstępuję na podwójne expersso do „Tiramisu” przy ulicy Warszawskiej, lokalnej kawiarni i ciastkarni słynącej z pysznych ciast.
Już od wejścia, po przywitaniu, wołam – „to co zawsze”.
Kładę na ladzie pieniądze, a któraś z obecnych pań robi mi kawę, do której zawsze (bezpłatnie) dorzuca jakieś małe ciasteczko. A to florentynkę, a to mini-pączka. Niekiedy coś większego. To już taka nasza „świecka tradycja”.
Ktoś powie, miła obsługa, to normalka. Nie ma się czemu dziwić lub dziękować. Nie zgadzam się. Jak mawiał Hans Kloss – „kawa z uśmiechem zawsze lepiej smakuje jak bez”.
Sytuacje i ludzie, których opisałem są zwyczajne. Trafiają nam się często. Po ich wpływem my sami stajemy się lepsi.
Na zdjęciu, witam się z wierzbą nad Wisłą, foto Jolanta Styrczula.
Autor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz